W Autoprezentacji [w: Józef Maria Bocheński. Logika i filozofia. Wybór pism. PWN. Warszawa 1993.] ojciec Bocheński pisze tak:
Odkąd poznałem Hegla uważam go za bezwzględnie największego myśliciela w czasach nowożytnych. Dlatego też wychowałem paru zapalonych heglistów.
Ja sam jednak zdecydowałem się na rzecz Arystotelesa przeciw Heglowi. Nie bez ciężkich zmagań, właśnie na płaszczyźnie ontologicznej. Jeszcze dzisiaj zwykłem mówić, iż nawet, gdy Hegel powiada coś fałszywie, jest to wciąż jeszcze lepsze od prawdziwych wypowiedzi Kanta, bo niemal nieustannie porusza się na wyższej płaszczyźnie. (...)
Kiedy teraz myślę o tym, czemu poszedłem za Arystotelesem, a nie za Heglem, decydujące wydają mi się następujące powody. Najpierw logika formalna. Jest ona możliwa tylko u Arystotelesa, nie u Hegla. (...) Następnie jednak musi u mnie chodzić o bardzo głębokie przeświadczenie o prymacie jednostki, która u Hegla stała się nieuchronnie "pustym dźwiękiem". Wreszcie wydaje mi się, że Nicolai Hartmann ma rację, gdy nazywa Hegla największym bluźniercą w historii - i uważa za śmiesznych tych chrześcijan, którzy za nim pobiegli. Ja w każdym razie nie widzę, jak można pogodzić tę filozofię z wiarą chrześcijańską.
Mam nadzieję, że zanim umrę, mniej więcej pokumam co mówi Bocheński, w każdym razie rzetelnie pracuję nad tym, żeby kumać o co idzie, nie tylko w tej kwestii i nie tylko Bocheńskiemu, aczkolwiek psuję sam siebie bo czytam Bergsona i Szestowa :-)
Bocheński pisze o Heglu oraz Arystotelesie i takie coś:
Muszę też przyznać, że przynajmniej w jednym punkcie Hegel ma przewagę nad starożytnym mistrzem: jest ewolucjonistą, myślicielem rozwoju - podczas gdy ten stanowi zawsze dla Arystotelesa trudność.
Dobra. Ta wstawka o Heglu jest po to, żeby na Hegla uważać :-) i ja na Hegla uważam, czego wyrazem jest między innymi to, że podpieram się różnymi autorami. O Heglu pisał też Peter Singer - ten sam, któremu bardzo podobało się dobijanie dziadków i ludzi nieuleczalnie chorych. Podobało się, ale kiedy matka Singera była już w stanie terminalnym, dzielny ten filozof zweryfikował swoje stanowisko w kwestii eutanazji tłumacząc, że sprawa przedstawia się zupełnie inaczej, kiedy rzecz dotyczy twojej matki. Otóż w roku 1983 Singer opublikował niedużą książeczką pt. Hegel, w której pokazuje, jak niemiecki myśliciel widział rozwój idei wolności. Z tą wolnością było tak, że od żadnej wolności u Chińczyków, poprzez trochę wolności w Persji, jeszcze więcej w Grecji i jeszcze więcej w Rzymie, wreszcie chrześcijaństwo rozwinęło ideę wolności najpełniej. Hegel zatem oddaje chrześcijaństwu co należne i dobrze czyni. Dokonania chrześcijaństwa można rozpatrywać na różnych płaszczyznach, np. Ernst Bloch napisał, że To nie moralność Kazania na Górze umożliwiła chrześcijaństwu pokonanie rzymskiego pogaństwa, ale wiara, że Jezus powstał z martwych (świetne zdanie!), niezależnie jednak od tego, co kto widzi w chrześcijaństwie, każdy musi uznać owoce, jakie chrześcijaństwo przyniosło.
A co w tym wszystkim o czym piszę jest ważne? Ano ważne jest to, że ludzie nie rodzą się z jakimś prawem do wolności, że wolność nie przynależy ludziom z natury, że nie należy się im jak psu zupa, wolność bowiem ludzie muszą wydzierać światu pazurami, muszą uczyć się wolności, muszą rozwijać ideę wolności.
W gadule u smootnegoclowna Artur Nicpoń zaserwował bigos w postaci terminu friedmanizm-hayekizm :-), a na tę uwagę smootnego: friedmanizm to coś innego, niż wolnościowizm, też coś innego, niż hayekizm i coś jeszcze innego, niż ja - odpowiedział: dlatego to napisałem w "" i potraktowałem hasłowo. Co to w sumie za wielka różnica którą z odmian utopii wyznajesz?
Nie mam pojęcia dlaczego wielu ludzi zarzuca wolnościowcom, takim jak smootny, że ci wyznają jakąś utopię. Smootny przecież nie robi nic poza tym, że stawia pytania i zastanawia się na tym, czy rzeczywiście przymus jest konieczny aż w takim stopniu, w jakim mamy z nim do czynienia dzisiaj. Nie wiem co złego w stawianiu pytań i móżdżeniu, zwłaszcza w móżdżeniu, że tak powiem, w dobrej sprawie. W końcu różnie to bywało z tym przymusem - raz było go więcej, raz mniej i chyba nie ma niczego niestosownego w tym, że przymusu jest mniej niż więcej - w końcu chyba lepiej żyć w Szwajcarii czy w Norwegii, niż w Korei Północnej . Smootny nie chce realizować żadnej utopii, nie jest rewolucjonistą, nie chce burzyć systemu i nie proponuje w zamian gotowych, arbitralnych rozwiązań. Smootnyclown nie robi tego wszystkiego, bo nie ma mentalności kierownika kuli ziemskiej.
Mnie się się wydaje, że Artur i smootny zajmują się dwiema różnymi dziedzinami - Artur zastanawia się nad zorganizowaniem systemu rozgrywek ligowych, a smootny główkuje nad zasadami gry, bo chce, żeby grano fair-play. Mówiąc najogólniej - moim zdaniem nie można rezygnować z idei fair-play, niezależnie od postaci jaką przyjmie system rozgrywek. Co więcej - po Bożemu jest chyba tak, że aby zorganizować system rozgrywek, trzeba wiedzieć, w co mamy grać.
Odkąd poznałem Hegla uważam go za bezwzględnie największego myśliciela w czasach nowożytnych. Dlatego też wychowałem paru zapalonych heglistów.
Ja sam jednak zdecydowałem się na rzecz Arystotelesa przeciw Heglowi. Nie bez ciężkich zmagań, właśnie na płaszczyźnie ontologicznej. Jeszcze dzisiaj zwykłem mówić, iż nawet, gdy Hegel powiada coś fałszywie, jest to wciąż jeszcze lepsze od prawdziwych wypowiedzi Kanta, bo niemal nieustannie porusza się na wyższej płaszczyźnie. (...)
Kiedy teraz myślę o tym, czemu poszedłem za Arystotelesem, a nie za Heglem, decydujące wydają mi się następujące powody. Najpierw logika formalna. Jest ona możliwa tylko u Arystotelesa, nie u Hegla. (...) Następnie jednak musi u mnie chodzić o bardzo głębokie przeświadczenie o prymacie jednostki, która u Hegla stała się nieuchronnie "pustym dźwiękiem". Wreszcie wydaje mi się, że Nicolai Hartmann ma rację, gdy nazywa Hegla największym bluźniercą w historii - i uważa za śmiesznych tych chrześcijan, którzy za nim pobiegli. Ja w każdym razie nie widzę, jak można pogodzić tę filozofię z wiarą chrześcijańską.
Mam nadzieję, że zanim umrę, mniej więcej pokumam co mówi Bocheński, w każdym razie rzetelnie pracuję nad tym, żeby kumać o co idzie, nie tylko w tej kwestii i nie tylko Bocheńskiemu, aczkolwiek psuję sam siebie bo czytam Bergsona i Szestowa :-)
Bocheński pisze o Heglu oraz Arystotelesie i takie coś:
Muszę też przyznać, że przynajmniej w jednym punkcie Hegel ma przewagę nad starożytnym mistrzem: jest ewolucjonistą, myślicielem rozwoju - podczas gdy ten stanowi zawsze dla Arystotelesa trudność.
Dobra. Ta wstawka o Heglu jest po to, żeby na Hegla uważać :-) i ja na Hegla uważam, czego wyrazem jest między innymi to, że podpieram się różnymi autorami. O Heglu pisał też Peter Singer - ten sam, któremu bardzo podobało się dobijanie dziadków i ludzi nieuleczalnie chorych. Podobało się, ale kiedy matka Singera była już w stanie terminalnym, dzielny ten filozof zweryfikował swoje stanowisko w kwestii eutanazji tłumacząc, że sprawa przedstawia się zupełnie inaczej, kiedy rzecz dotyczy twojej matki. Otóż w roku 1983 Singer opublikował niedużą książeczką pt. Hegel, w której pokazuje, jak niemiecki myśliciel widział rozwój idei wolności. Z tą wolnością było tak, że od żadnej wolności u Chińczyków, poprzez trochę wolności w Persji, jeszcze więcej w Grecji i jeszcze więcej w Rzymie, wreszcie chrześcijaństwo rozwinęło ideę wolności najpełniej. Hegel zatem oddaje chrześcijaństwu co należne i dobrze czyni. Dokonania chrześcijaństwa można rozpatrywać na różnych płaszczyznach, np. Ernst Bloch napisał, że To nie moralność Kazania na Górze umożliwiła chrześcijaństwu pokonanie rzymskiego pogaństwa, ale wiara, że Jezus powstał z martwych (świetne zdanie!), niezależnie jednak od tego, co kto widzi w chrześcijaństwie, każdy musi uznać owoce, jakie chrześcijaństwo przyniosło.
A co w tym wszystkim o czym piszę jest ważne? Ano ważne jest to, że ludzie nie rodzą się z jakimś prawem do wolności, że wolność nie przynależy ludziom z natury, że nie należy się im jak psu zupa, wolność bowiem ludzie muszą wydzierać światu pazurami, muszą uczyć się wolności, muszą rozwijać ideę wolności.
W gadule u smootnegoclowna Artur Nicpoń zaserwował bigos w postaci terminu friedmanizm-hayekizm :-), a na tę uwagę smootnego: friedmanizm to coś innego, niż wolnościowizm, też coś innego, niż hayekizm i coś jeszcze innego, niż ja - odpowiedział: dlatego to napisałem w "" i potraktowałem hasłowo. Co to w sumie za wielka różnica którą z odmian utopii wyznajesz?
Nie mam pojęcia dlaczego wielu ludzi zarzuca wolnościowcom, takim jak smootny, że ci wyznają jakąś utopię. Smootny przecież nie robi nic poza tym, że stawia pytania i zastanawia się na tym, czy rzeczywiście przymus jest konieczny aż w takim stopniu, w jakim mamy z nim do czynienia dzisiaj. Nie wiem co złego w stawianiu pytań i móżdżeniu, zwłaszcza w móżdżeniu, że tak powiem, w dobrej sprawie. W końcu różnie to bywało z tym przymusem - raz było go więcej, raz mniej i chyba nie ma niczego niestosownego w tym, że przymusu jest mniej niż więcej - w końcu chyba lepiej żyć w Szwajcarii czy w Norwegii, niż w Korei Północnej . Smootny nie chce realizować żadnej utopii, nie jest rewolucjonistą, nie chce burzyć systemu i nie proponuje w zamian gotowych, arbitralnych rozwiązań. Smootnyclown nie robi tego wszystkiego, bo nie ma mentalności kierownika kuli ziemskiej.
Mnie się się wydaje, że Artur i smootny zajmują się dwiema różnymi dziedzinami - Artur zastanawia się nad zorganizowaniem systemu rozgrywek ligowych, a smootny główkuje nad zasadami gry, bo chce, żeby grano fair-play. Mówiąc najogólniej - moim zdaniem nie można rezygnować z idei fair-play, niezależnie od postaci jaką przyjmie system rozgrywek. Co więcej - po Bożemu jest chyba tak, że aby zorganizować system rozgrywek, trzeba wiedzieć, w co mamy grać.