statsy

niedziela, 9 sierpnia 2009

O państwowym budżecie

W budżecie na rok 2009 jest zapisane, że na Krajową Radę Radiofonii i Telewizji zostanie przeznaczonych prawie 14,5 milona zyli. Ile śniadań dla dzieciaków można kupić za prawie 14,5 miliona zyli?

Urząd Rzecznika Praw Dziecka wyda 6,5 miliona zyli. Ile zeszytów można kupić dzieciom za 6,5 miliona zyli?

Na filharmonie, orkiestry, chóry i kapele przeznaczono ponad 59 milionów zyli. Ile kursów języka obcego można kupić za ponad 59 milionów zyli?

Wydatki na centra kultury i sztuki to ponad 209 milionów zyli. Ile ubrań i butów można kupić za ponad 209 milionów zyli?

Co w tym wszystkim jest najważniejsze? Otóż to, że ludzie, którym zabrano te pieniądze, już za TE pieniądze jedzenia, butów, ubrań, książek, kursów, komputerów, leków, samochodów, wczasów, wódki, mebli, domów i wszystkiego innego NIE KUPIĄ.

sobota, 8 sierpnia 2009

Ateiści mają gorzej, a teiści mają lepiej

Teiści, w pewien sposób, mają lepiej od ateistów. Teiści np. wiedzą, skąd się wziął świat. Otóż według teistów świat został stworzony przez Boga. I już. Bardzo mądry ateista, prof. Jan Woleński, w swoich Granicach niewiary przywołuje tekst Johannesa Benedieka [J. Benediek. Logiczna struktura dowodów na istnienie Boga (I), (II). w: W kierunku formalizacji tomistycznej teodycei. Red. I. M. Bocheński, E. Nieznański. ATK. Warszawa 1980], w którym Benediek przedstawia swego rodzaju dowód, ułożony na podobieństwo Tomaszowych Quinque viae. Woleński pisze:

W istocie rzeczy głosi on [dowód Benedieka], że nie jest tak, iż dla każdego x istnieje takie y, że x jest poruszane przez y - a więc [głosi on], że istnieje coś, co nie jest poruszane.

Dowód Benedieka jest formalnie poprawny. Dokładnie mówiąc, wykazuje on istnienie nieruchomego poruszyciela, od którego sekwencja poruszeń się zaczęła. O ile przyjąć, że relacja poruszania jest przechodnia, to otrzymany wniosek stwierdza, że pierwszy poruszyciel jest zarazem poruszycielem wszystkiego. Nie ma żadnej trudności w przeformułowaniu tej argumentacji tak, by stosowała się do drogi z przyczynowości sprawczej.

Zaraz potem prof. Woleński pyta:

Niemniej jednak stajemy przed pytaniem, dlaczego mamy przyjąć, że świat jest polem relacji P tak określonej, że ma ona element pierwszy, minimalny i taki, że nie porusza sam siebie.

Oczywiście pytanie Woleńskiego jest zasadne, bo co innego formalny dowód, a co innego przyjęcie, że jest tak, jak dowód pokazuje, że może być.

Niezależnie od tego, jak jest, dobre wieści dla teistów polegają na tym, że jeden mądry człowiek udowodnił, że jakiś pierwszy poruszyciel może istnieć, a drugi mądry człowiek, i do tego ateista, stwierdza, iż dowód jest formalnie poprawny. A zatem teiści spokojnie mogą utrzymywać, że świat został stworzony przez Boga. Ateiści mają gorzej, niż teiści, bo ateiści nie wiedzą, skąd się świat wziął i dlatego kombinują w tę stronę, że był wieki wybuch (ale skąd się wziął ten wybuch, to już nie wiedzą), że są jakieś różne światy, pulsujące czy inne takie, że kwestia ta nie ma dla nas żadnego znaczenia, a wreszcie, że pytanie o początek świata jest pytaniem bzdurnym i niedozwolonym. Oczywiście w konkurencji polegającej na podaniu odpowiedzi na pytanie, skąd się wziął, czy jak powstał świat, ateiści przegrywają z teistami wyraźnie.

Moim zdaniem podobnie jest i w innych kwestiach, co wynika z tego, że teiści mogą się powołać na Pana Boga, natomiast ateiści nie wiedzą, na co się powołać. Weźmy takie prawa człowieka. W książce Czy Pan Bóg jest szczęśliwy i inne pytania Leszek Kołakowski pisze:

Prawa wyrażone w amerykańskiej Deklaracji Niepodległości - a jest ich tylko trzy - mają ważność, ponieważ dał nam je Stwórca, jesteśmy więc, każdy z nas, nosicielami tych praw do życia, do wolności, do zabiegania o szczęście na mocy boskiego dekretu, którego kwestionować niepodobna.

Po czym przechodzi do praw zapisanych w ONZ-owskiej Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka z 1948 roku:

Deklaracja ONZ nie mówi jednak nic o tym, że Bóg dał nam prawa, które on wylicza, ani że natura je dała (...) Możemy przypuszczać, że jest to tekst normatywny, wyrażający opinię autorów, wedle której byłoby lepiej, gdybyśmy ja i inni dostawali godziwe wynagrodzenie za swoją pracę, albo że świat w ogólności byłby lepszy, gdyby ludzie nigdzie nie podlegali arbitralnym aresztom lub torturom. Jeśli tak, to Deklaracja jest po prostu spisem życzeń jej autorów i jeśli ja nawet dzielę te życzenia, jeśli wolałbym, aby świat był raczej lepszy niż gorszy w sensie, jaki Deklaracja sugeruje, to nie mogę się upierać przy tym, że moje lub innych ludzi życzenia są prawdami, a tym mniej prawdami wiecznymi, jak podpowiada interpretacja "praw" jako wypowiedzi metafizycznych.

Kołakowski postrzega zatem wypowiedzi o tym, że człowiek ma prawa nadane przez Boga, za wypowiedzi o charakterze metafizycznym, a stwierdzeń takich, jak ONZ-owska Deklaracja, za stwierdzenia metafizyczne nie uważa. Ale czy Kołakowski nie myli się? Cóż to bowiem za twierdzenie: Człowiek ma prawo do urlopu? Albo: Trzeba zabierać pieniądze ludziom, którzy pracują i dawać zasiłki biednym? Albo: Trzeba pod przymusem zagonić dzieci do szkoły? Albo: Nie wolno wykonywać wyroków śmierci na wielokrotnych mordercach? Albo: Trzeba wysyłać naszych żołnierzy do innych krajów po to, żeby zabijali tamtych ludzi?

Moim zdaniem są to twierdzenia jak najbardziej metafizyczne, bo zanim się te twierdzenia wypowie, trzeba najpierw odpowiedzieć na pytanie cui bono, wiadomo bowiem, że wszystko, co w praktyce idzie za tymi twierdzeniami ma służyć czyjemuś dobru, ale jeszcze bardziej trzeba odpowiedzieć na pytanie quid est bonum, gdyż aby zrobić coś dobrego, trzeba wiedzieć, co jest dobre.

Z pojęciem dobra, z powiedzeniem, co jest dobre, teiści mają mały kłopot, bo twierdzą, że dobre jest to, o czym Bóg powiedział, że jest dobre. Jedni teiści są zdania, że Bóg powiedział o tym i o tym, że to jest dobre dlatego, że to po prostu jest dobre, a drudzy idąc za Szestowem twierdzą, że to i to jest dobre, bo Bóg ustalił, że to jest dobre. Na ile różnica między tymi dwiema eksplikacjami jest istotna, nie wiem. To znaczy, trochę wiem, ale mniejsza teraz o to, bo to temat duży i osobny, a nie chcę, żeby tekst się rozlazł na boki. Ateiści z kolei nie mogą powołać się na Boga, a już ci ateiści, którzy nie wierzą w jakieś dobro naturalne, nie od Boga pochodzące, są w zupełnej kropce. Jeżeli bowiem jest tak, że zabiera się ludziom pieniądze, jeżeli zakazuje się im rozmaitych działań, jeżeli przymusza się ich do określonych zachowań, to chyba byłoby dobrze jakoś to wszystko wytłumaczyć, natomiast ateiście, który na dodatek nie wierzy w dobro naturalne, trudno jest dać jakieś dobre tłumaczenie, podobnie jak trudno mu jakiekolwiek tłumaczenie uznać. Uważam, że jak dotąd nikt dobrego tłumaczenia nie dał, bo utylitaryzm czy powiastki o tym, że trzeba olać takie rzeczy i jedynie tworzyć nowe narracje sprawy nie załatwiają. A co załatwia sprawę?

---------------------------------------------------------

DOPISEK

Jak się zdaje, kłopotów z ustaleniem tego, co jest dobre, nie ma mister Balls. Oto wp.pl, powołując się na Daily Express, pisze:

Tysiące Brytyjczyków zostanie objętych rządowym projektem, który ma na celu ścisłe monitorowanie najbardziej patologicznych rodzin w kraju. W domostwach obywateli zainstalowane zostaną kamery przemysłowe śledzące ich każdy ruch.

Edward Michael Balls, brytyjski minister ds. dzieci, szkół i rodzin, oznajmił, że rząd przeznaczy ponad 400 mln funtów na zakup i instalację kamer przemysłowych (CCTV), które będą 24 godziny na dobę śledzić 20 tys. najbardziej patologicznych rodzin w kraju.

Kamery przemysłowe mają monitorować każdy aspekt życia wytypowanych rodzin - w tym sprawdzać czy dzieci odrabiają prace domowe i chodzą do szkoły, o której idą spać, co jedzą oraz generalnie - jak zachowują się domownicy. W razie stwierdzenia jakichkolwiek nieprawidłowości, do monitorowanego domu zostanie wysłany specjalny patrol ochrony. Pomysłodawcy szacują, że dzięki temu zmniejszy się również poziom alkoholizmu czy narkomanii we wskazanych rodzinach.

Nie mam zielonego pojęcia, czy mister Balls jest teistą, czy ateistą, i nie wiem, czy wierzy on w dobro naturalne.

środa, 5 sierpnia 2009

Radosna twórczość Jolanty Biniak

Gazeta Wyborcza pisze:

Matce trójki dzieci zabrano czwarte, tuż po porodzie. I podano leki, by zatrzymać laktację. Sąd: Bo w domu bałagan, matka niezaradna, a ojciec za stary. (...)

42-letnia Wioletta Woźna mieszka z konkubentem Władysławem Szwakiem w małej wiosce koło Wronek w Wielkopolsce. Prowadzą gospodarstwo rolne i wychowują trójkę swoich dzieci w wieku 7, 9 i 11 lat. Dwa tygodnie temu kobieta urodziła córkę Różę, ale pięć dni po porodzie została jej na polecenie sądu odebrana.

Sędzia Jolanta Biniak uzasadniła to tak: Dobro dziecka jest zagrożone, a matka i jej konkubent nie dają gwarancji prawidłowego zajmowania się noworodkiem. Sąd oparł się na opinii kuratora: W domu jest bałagan, podłoga niezamiatana, brudne naczynia, okruchy na stole, kobieta jest niezaradna, a konkubent zajmuje się gospodarstwem rolnym i niewiele jej pomaga. Sąd stwierdził też, że kobieta jest upośledzona, a ojciec ma 63 lata. I umieścił noworodka w rodzinie zastępczej.

Super. Oto urodziła się dziewczynka, której rodzice dali na imię Jolanta. Jolanta rosła sobie, rosła, poszła na studia prawnicze, ukończyła je, porobiła te wszystkie aplikacje, czy czego tam państwo polskie wymaga i dostała robotę w sądzie. A teraz kazała zabrać dzieciaka rodzicom, bo wiadomo: w chałupie bałagan, naczynia brudne, podłoga niepozamiatana, a na stole okruchy.

W związku z tym, że rodzice nie skrzywdzili dziecka i wobec tego, że nie ma wobec nich zarzutów o to, iż krzywdzą pozostałą trójkę dzieci, pytaniem istotnym jest pytanie o to, czy dziecko jest czyjąś własnością, a jeżeli tak, to czyją. Jeżeli dzieciak nie jest niczyją własnością, to tak samo nie jest własnością rodziców, jak nie jest własnością Jolanty Biniak. Jakim zatem cudem cudem liczy się to, co w kwestii dziecka zadecyduje Jolanta Biniak???

Jeżeli jednak dziecko jest czyjąś własnością, to zapewne rodziców. Dlaczego zatem decydujący głos w sprawie dziecka ma Jolanta Biniak? Być może jednak dziecko jest własnością Jolanty Biniak, ale to, jak się zdaje, byłoby trudne do wykazania, przynajmniej dzisiaj, bo chuj wie, jakie postępy poczyni postęp. Wreszcie dziecko może być własnością państwa, w imieniu którego Jolanta Biniak prowadzi swoją radosną twórczość. Jeżeli tak, to uważam, że byłoby rzetelnie, gdyby państwo obwieściło powszechnie, iż ludzie są własnością państwa. Dlaczego nie? Przecież w demokracji suwerenem jest lud, jaki jest zatem powód, żeby lud trzymać w niewiedzy? I kto może robić lud w chuja? Ktoś ważniejszy od suwerena?


Czym się różnią od siebie wzajemnie ci wszyscy różniący się między sobą ludzie

Prawacki konserwatysta
Chce przymusić wszystkich, aby dawali kasę na wojsko i policję, a także na krzewienie wartości narodowych. Wojsko jest mu potrzebne do obrony przed Ruskimi, a policja do łapania bandziorów oraz do tego, żeby przymuszać wszystkich do oddawania kasy na wojsko i policję, a także na krzewienie wartości narodowych. Prawacki konserwatysta nie boi się nowych idei, owszem, niektóre z nich uważa za znakomite, aczkolwiek tylko te, które nowymi ideami były przed wiekami i przez wieki sprawdziły się znakomicie. Ma Wielki Plan, który uważa za najlepszy i chce, aby wszyscy byli przymuszeni do realizowania tego Planu.

Libertariański pojeb
Nie chce przymuszać nikogo do niczego i nie chce, aby jego ktoś przymuszał. Nie ma żadnego Wielkiego Planu. Uważa, że ludzie dopuszczają się grzechu zaniedbania rezygnując z dobrodziejstw dobrowolnej współpracy.

Ciotka Matylda, czyli demokrata, "liberał" i socjaldemokrata
Chce, aby wszyscy byli przymuszani do wszystkiego i wszyscy na wszystko oddawali kasę. Nie ma Wielkiego Planu, natomiast jak świnia grzmotu słucha kierowników kuli ziemskiej, którzy Wielki Plan mają. Wierzy we wszystko, co mu kierownicy kuli ziemskiej do wierzenia podadzą, nawet w takie rzeczy, które kierownicy kuli ziemskiej wprowadzają po to, żeby testować zachowania Ciotek Matyld, a czasami nawet porobić sobie z Ciotek Matyld jaja, jak np. przestawianie czasu co pół roku.

________________________________________________

Ten tekścik jest tylko brykiem z bryku z bryku ze skryptu i, jako taki, wymaga dalszego opracowania.

wtorek, 4 sierpnia 2009

Czy Pan Bóg jest szczęśliwy i inne pytania

Jest nowa książka Leszka Kołakowskiego; będzie mieć premierę 6 sierpnia. Miała wyjść w listopadzie chyba, ale Kołakowski umarł, więc Znak przyspieszył sprawę. Tom zawiera teksty publikowane w rożnych miejscach, a wszystko poskładał do kupy Zbigniew Mentzel.

W pierwszym tekście - Leibniz i Hiob: Metafizyka zła i doświadczenie zła, będącym zapisem wykładu, który Kołakowski wygłosił na uniwersytecie w Tilburgu w czerwcu 2002 roku (pierwodruk w Zeszytach Literackich 2002/4; tekst jest też tutaj), autor pisze o tym, jak ludzie radzili sobie z problemem zła w świecie i m.in. opisuje ideę, która przyświecała Leibnizowi, kiedy ten pisał swoją teodyceę. Teodyceę tę, po trzęsieniu ziemi w Lizbonie, które wydarzyło się 1 listopada 1755 roku i pochłonęło około 100 tysięcy ofiar śmiertelnych, zaatakował Wolter. No i Kołakowski kwituje wolterowski ataki tymi słowy: Sławne szyderstwa Woltera w tej sprawie są zbyt łatwe.

W ten oto sposób Kołakowski, który z pistoletem po uniwersytecie warszawskim ganiał, który o religii źle pisał i który na pogrzeb Wolińskiej poszedł, staje się sojusznikiem tych teistów, którzy przywiązani są do teodycei zbudowanej na wzór tej, którą Leibniz napisał.

A w innym tekście, Troska o Boga w pozornie bezbożnej epoce (pierwodruk w Przeglądzie Politycznym 2008 nr 88), taki oto strzał Kołakowski oddaje: Wraz z pewnością wiary załamała się też pewność niewiary. I poprawia: Załamanie się chrześcijaństwa - przez Oświecenie wyczekiwane z radością - w takiej mierze, w jakiej do niego istotnie doszło, okazało się niemal równoczesne z załamaniem się Oświecenia.

W ostatniej, piątej części książki, zatytułowanej O tym, co ostateczne, tylko jeden jest tekst, o takim tytule: Kompletna i krótka metafizyka. Innej nie będzie. Innej nie będzie (pierwodruk w Tygodniku Powszechnym 2004/43). Tekst zaczyna się tak:

Na czterech węgłach wspiera się ten dom, w którym, patetycznie mówiąc, duch ludzki mieszka. A te cztery są:

Rozum
Bóg
Miłość
Śmierć.

Do tego jest jeszcze pół strony tekstu. Przede wszystkim o Czasie. A ostatnie zdanie jest takie:

Wszystkie zatem wsporniki naszej myśli są narzędziami, za pomocą których uwalniamy się od przerażającej rzeczywistości czasu, wszystkie zdają się temu służyć, by czas prawdziwie oswoić.

Amen.

Pokoje pisarzy

Jane Austen

Rudyard Kipling

Richard Eyre

Marina Warner

Maggie Gee

David Starkey

Clive James

Charles Darwin

Ojciec Józef Maria Bocheński

Zdjęcie Bocheńskiego z książki Między logiką a wiarą. Z Józefem M. Bocheńskim rozmawia Jan Parys. Noir Sur Blanc. Warszawa 1998. Pozostałe fotki stąd.

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Trochę o Misesie

Ludgwig von Mises

Timmy pisze na swoim blogu kapitalne kawałki, a już te o filmach są smaczne że smaczne. Ostatnim razem Timmy napisał o Kasynie, z tym, że do tekstu wstawił Misesa i całkiem tekst rozwalił :-) Timmy pisze:

Mises dowodził, że wyłącznie w kapitalizmie ludzie mogą zachowywać się racjonalnie, ponieważ to właśnie dobrze pojęty egoizm wymusi na nich podejmowanie właściwych i ‘sprawiedliwych’ decyzji.

I jeszcze o wolnościowym koncepcie Misesa:

Żeby zagrał, wszyscy co do jednego muszą go zaakceptować. Wystarczy jeden, który się wyłamie i cała konstrukcja rozsypie się jak domek z kart. Wystarczy jeden, który nie zrozumie; tylko jeden, który wolności nie pokocha i nagle z tej całej wolności może zrobić się zupełnie niezgorsze niewolnictwo.

Moim zdaniem, żeby wiedzieć coś o tym, co Mises myślał o zachowaniach ludzi, o racjonalnym działaniu człowieka i w ogóle o działaniu człowieka, najlepiej jest przestudiować książkę Misesa zatytułowaną Ludzkie działanie [Human Action] :-))



W dziele tym czytamy:

Filozofowie od dawna starali się dociec, jakie zamierzenia Bóg lub też Natura realizuje w dziejach ludzkości. Poszukiwali praw rządzących losami i ewolucją człowieka. Jednakże nawet ci myśliciele, którzy w swoich dociekaniach potrafili zachować niezależność od teologii, nie osiągnęli celu, ponieważ posługiwali się błędną metodą. Badali ludzkość jako całość lub używali innych pojęć holistycznych, takich jak naród, rasa, kościół. Całkowicie arbitralnie określali cele, jakim miałyby służyć działania podejmowane przez takie zbiorowości. Nie potrafili jednak znaleźć zadowalającej odpowiedzi na pytanie, jakie czynniki skłaniają poszczególnych działających ludzi do zachowań, dzięki którym zostanie osiągnięty cel nieubłaganego rozwoju zbiorowości. (...)

Niektórzy filozofowie przejawiali więcej realizmu. Nie próbowali odgadnąć zamysłów Natury czy Boga. Na sprawy człowieka patrzyli z punktu widzenia rządu. Postanowili wprowadzić zasady politycznego działania, metody funkcjonowania rządu i państwa. Umysły skłonne do spekulacji kreśliły ambitne plany gruntownego zreformowania i przekształcenia społeczeństwa. Umysły mniej ambitne zadowalały się gromadzeniem i systematyzacją danych historycznych. Wszyscy jednak byli przekonani, że w sferze zdarzeń społecznych nie istnieje taka regularność i niezmienność zjawisk, jaką wykryto w ludzkim rozumowaniu i w sferze zjawisk przyrodniczych. (...)

Przekonanie to zostało podważone, gdy odkryto, że zjawiska rynkowe są połączone koniecznymi zależnościami. Zaskoczenie tym odkryciem spowodowało, że musiano spojrzeć na społeczeństwo z nowej perspektywy. Ze zdumieniem stwierdzono, że ludzkie działanie można ujmować w innym aspekcie niż dobro i zło, sprawiedliwość i niesprawiedliwość, uczciwość i nieuczciwość. W życiu społeczeństwa istnieje wiele prawidłowości i zjawisk, do których człowiek musi się dostosować, jeśli chce odnieść sukces. Przyglądanie się zjawiskom społecznym z punktu widzenia cenzora, który je pochwala lub gani w zależności od tego, jak dalece spełniają całkiem arbitralne standardy i do jakiego stopnia odpowiadają subiektywnym sądom wartościującym, jest jałowe.

I jeszcze jeden fragment:

Gospodarka rynkowa to stworzony przez człowieka sposób działania w warunkach podziału pracy. Nie wynika z tego jednak, że jest ona czymś przypadkowym lub sztucznym, czymś, co można by zastąpić innym sposobem działania. Gospodarka rynkowa to rezultat długiego procesu ewolucyjnego. Jest ona wynikiem dążenia człowieka do tego, by jak najlepiej dostosować swoje działania do zastanych warunków środowiska, którego nie może zmienić. Można powiedzieć, że jest to strategia, dzięki której człowiek odniósł wspaniały sukces na drodze wiodącej od barbarzyństwa ku cywilizacji.

Tyle cytatów z Ludzkiego działania, które, po mojemu, pokazują, jak bardzo myli się Timmy i wielu tych, którzy pod Timmy'ego tekstem zostawili komentarze. Mówiąc najogólniej - Mises nie mówi nam, co jest dobre, ani co mamy robić, ani jak żyć. Z takimi sprawami nie chodzi się do Misesa. Z takimi sprawami chodzi się do księdza, psychoterapeuty, przyjaciela, a Ciotki Matyldy z takimi sprawami chodzą do rządu. Po co natomiast możemy pójść do Misesa - prakseologa i ekonomisty? Ano po to, żeby zapytać, jak osiągnąć jakiś cel. Możemy też powiedzieć Misesowi, że zamierzamy zrobić to i tamto, a Mises powie nam, jaki efekt przyniosą nasze działania. Tak przedstawia się sprawa z Misesem.

I jeszcze trochę ogólniej w kwestii tych, którzy naskakują na wolnościowców (zakładam, że znacie tekst Timmy'ego i komentarze pod notką :-)). W filmie Ukryta strategia [Lions for Lambs] Meryl Streep jest dziennikarką, która robi wywiad z ważnym senatorem granym przez Toma Cruise'a. No i Cruise opowiada, że USA wpadły na kapitalny sposób załatwienia problemu w całym tym Afganistanie. Cruise mówi: - Dopiero po wyeliminowaniu wroga możemy wziąć się za podtrzymywanie nowej demokracji. - Na co Streep: - Czyli zabić ludzi, by pomóc ludziom.

Nie chce mi się szczegółowo wałkować tej sprawy po raz enty, więc powiem tylko, że ci, którzy kpią z wolnościowców funkcjonują tak, jak rząd USA – poświęcają wolność ludzi w imię jakiejś innej, WAŻNEJ SPRAWY. Jak to sprawa? Zapytajcie ich, jak chcecie wiedzieć.