
Książkę tę poświęcam anonimowym ofiarom zwycięstwa poronionej idei podatku dochodowego, urzędnikom w służbie fiskusa, którzy dzień w dzień muszą wykonywać najbardziej absurdalne akty prawne i tym sposobem przeżywają te same męki, co ich klienci.
Takie motto do swojej książki napisał Ephraim Kishon, taki jeden lewak, który w ogóle jest za podatkami pobieranymi przez państwo. Książka zaczyna się tak:
Nie, w tej książce nie chodzi o drobiazgi. Absolutnie.
Chodzi tu o najbardziej spektakularną klapę naszego stulecia, o nieporozumienie, przez które połowa ludzkości najzupełniej legalnie skazana jest na działalność w podziemiu. Mam na myśli magiczne słowo z dziedziny fiskalnej, które czyni z oszusta anonimowego bohatera, legalistę zaś zamienia w tchórzliwego psa. Mowa tu o kompromitującej wpadce aparatu państwowego, znanej pod nazwą podatku dochodowego i od wynagrodzeń, który pozostaje w oburzającej sprzeczności z ludzką naturą.
Tego, co napisał Kishon, nie rozumie 99,99999999657999999% lewaków, a może i więcej. 99,9999945459999% lewaków, a może i więcej, w ogóle nic nie rozumie z dziedziny podatków. Co mają zrobić co bardziej kumaci lewacy, żeby nie przyznać, iż instytucja podatku dochodowego czyni z oszusta anonimowego bohatera, a zwłaszcza, że legalistę zamienia w tchórzliwego psa i że podatek dochodowy stoi w oburzającej sprzeczności z ludzką naturą? Ano mają jedno wyjście - mogą utrzymywać, że nie ma czegoś takiego, jak ludzka natura.

