statsy

sobota, 27 kwietnia 2013

Ludzie słono płacą


W książce Możliwość dobra (Wydawnictwo WAM. Kraków 2012) Wilhelm Vossenkuhl pokazuje ścisły związek związek między etyką i obyczajem, przy czym podkreśla, że o ile każda etyka zakłada jakieś obyczaje, o tyle nie każdy obyczaj musi i może być uzasadniony etycznie. Etyka, to już moja interpretacja, stoi na pozycji gorszej w porównaniu z pozycją obyczaju, bowiem nie ma i nie może być etyki niezależnej. Vossenkuhl pisze, że etyka posiada tylko ograniczoną niezależność. Swoje sądy może ona uzasadniać tylko wtedy, gdy potrafi korzystać z obowiązujących norm podstawowych. Normami tego rodzaju są np. zakaz zabijania i godność ludzka.

Obyczaj jest zatem niejako fundamentem etyki; w tle obyczaju stoi ludzki zmysł moralny, źródłem tego wszystkiego są emocje ludzi, emocje kształtowane w długim procesie ewolucji, a ta z kolei jest narzędziem dobrego Boga.

Obyczaj, poza wszystkim innym, dostarcza założeń, bez których nie da się przyjąć reguł prawnych. Kiedyś większą wagę przykładałem do podziału na koncepcje prawa naturalnego i prawa pozytywnego, ale od kiedy w jakiejś gadule w Necie referent Bulzacki napisał mi , że podział na prawo naturalne i pozytywne nie jest najważniejszy, coraz bardziej przychylam się do zdania referenta. Tak czy siak prawo, takie, jakie mamy w świecie Zachodu, to nie jest sacrum; sądy, sędziowie, wyroki sędziów, kodeksy – to nie jest sacrum. Ci, którzy palą świeczki przed ołtarzem Prawa, palą je niepotrzebnie.

W roku 1897 sędzia Oliver Wendell Holmes, Jr, który później został sędzią Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych Ameryki i który był jednym z twórców nurtu zwanego realizmem prawnym, opublikował artykuł Ścieżka prawa. Holmes pisze, że aby zrozumieć to, czym prawo jest naprawdę, trzeba postawić się w położenie jakiegoś hipotetycznego złego człowieka, któremu grozi proces:

Weźmy zasadniczą kwestię, czym jest prawo. Znajdziemy autorów, którzy twierdzą, że jest to coś innego niż rozstrzygnięcia sądów w Massachusetts lub w Anglii, że jest to racjonalny system, że są to konkluzje wysnute z etyki lub przyjętych założeń, które mogą, lub nie, pokrywać się z rozstrzygnięciami. Lecz jeśli przyjmiemy punkt widzenia naszego przyjaciela, złego człowieka, stwierdzimy, że zupełnie nie interesują go założenia czy konkluzje, lecz tym, czego naprawdę jest on ciekaw, jest to, co faktycznie może uczynić sąd w Massachusetts lub w Anglii. Podzielam jego podejście. Przewidywania dotyczące tego, jak rzeczywiście postąpi sąd - i nic ponadto - są tym, co rozumiem pod pojęciem prawa.


(Przekład: Anna Krzynówek. w: J. M. Kelly. Historia zachodniej teorii prawa. Wydawnictwo WAM. Kraków 2006).

Wydaje się, że w Polsce dochodzimy do sytuacji, w której ludzie nie będą mieć żadnych trudności z przewidywaniem wyroków sądów, tyle, że te wyroki idą i będą szły w, że tak powiem, złą stronę. Wydaje mi się, że sędzia Holmes nie byłby specjalnie zadowolony z takiego stanu rzeczy, a przynajmniej nie byłby zadowolony, gdyby takie rzeczy działy się w USA. Tak czy siak faktem jest, że ludzie coraz trafniej typują to, jak postąpią sądy, ale moim zdaniem nie ma się z czego cieszyć. Żeby trafnie typować wyroki polskich sądów trzeba opierać się na jeszcze do niedawna kuriozalnych założeniach (a może założeniach kuriozalnych gdzie indziej, nie u nas), na przykład na takim założeniu, że jak ktoś zginął od kuli, to znaczy, że został pobity ze skutkiem śmiertelnym. Dużo jeszcze podobnych rzeczy muszą nauczyć się ludzie, bo polskie sądy są niesłychanie twórcze w argumentowaniu swoich decyzji, ale ogólny trend ludzie złapali; wiedzą, w którą stronę wieje wiatr.

Ludzie słono płacą za to, że coraz bardziej pojmują, w którą stronę wieje wiatr. Płacą niedobrymi emocjami, utratą nadziei; łamany jest zmysł moralny ludzi, niszczone są więzy wspólnotowe, upada obyczaj i gaśnie Duch. To jest bardzo wysoka cena.

Na koniec powiem Wam, czego nie wiem. Otóż nie wiem, czy lepiej, żeby prokuratura złożyła wniosek o kasację wczorajszego wyroku w sprawie Beaty Sawickiej, czy też lepiej, żeby tego wniosku nie składała. Jeżeli prokuratura wniosku nie złoży, to odda pole walkowerem, nie wykorzysta wszystkich możliwości, a to byłoby bardzo złe. Z drugiej strony jeśli prokuratura wniosek złoży, a Sąd Najwyższy podtrzyma wyrok Sądu Apelacyjnego? Co wtedy?

piątek, 29 marca 2013

Krzyżu święty nade wszystko



To jest niesamowita pieśń. Mnie dupę urywają te dwa kawałki:

drzewo przenajszlachetniejsze!
W żadnym lesie takie nie jest

przy czym idzie mi głównie o frazę: W żadnym lesie takie nie jest. To jest trochę tak, jak w logice induskiej, ale może się mylę i teraz mniejsza z tym.

Drugi kawałek, który mi dupę urywa, to ten:

Spuść lekuchno i cichuchno
Ciało Króla niebieskiego.

przy czym istotne jest to: Spuść lekuchno i cichuchno.

***

Zabrakło mi soli w chałupie. Wszystko inne mam; mięcho, chleb, wódę, szlugi. Ale zabrakło mi soli. No to polazłem do Lewiatana, bo tam jest taka sól, co ja ją kupuję - o'Sole. Kupiłem tę sól, do tego landrynki i dwa piwa Harnaś w butelce. I pani na kasie mówi, że mam zapłacić sześć sześćdziesiąt sześć. Jak pani powiedziała, że mam zapłacić sześć sześćdziesiąt sześć, to ja powiedziałem: - O matko! Trzy szóstki! To znak Szatana! - Na co pani powiedziała: - Nie przywiązywałabym żadnej wagi do tej symboliki. - Wtedy ja powiedziałem, że w takim razie życzę pani dobrych świąt Zmartwychwstania Pańskiego, na co pani odpowiedziała, że też mi życzy dobrych świąt Zmartwychwstania Pańskiego.

wtorek, 26 marca 2013

Ayka

Człowieki wzięły Aykę ze schronu. Ayka to prześliczna pieska. Człowieki dały Ayce domek i miłość. Niedługo mieszkała Ayka w swoim nowym domku, bo dwa dni temu zginęła i poszła za Tęczowy Most.


Ayka

Ja mówię, że teiści są nie tylko mądrzejsi od pogan, ale też bardziej cwani, a to dwie różne rzeczy. Nie chodzi o to, ile teiści zarabiają pieniędzy, ani o to, czy są premierami i prezydentami czy szefami premierów i prezydentów (no chyba wiecie, że premierzy i prezydenci miewają szefów?), tylko o to, że ich życie osadzone jest w kontekście teleologicznym. Tu uwaga dla Ciotek Matyld - nie chodzi o teologię, tylko o teleologię. Idzie o to, że życie człowieka osadzone w kontekście teleologicznym jest lepsze od życia człowieka, który nie umie odpowiedzieć na pytanie o to, po jaki chuj to wszystko jest. Spotkałem wielu ludzi (osobiście albo w tekstach), którzy twierdzili, że chcieliby wierzyć w Pana Boga, ale nie mogą, natomiast nie spotkałem żadnego teisty, który twierdziłby, że chciałby być poganinem. Podobnie spotkałem mnóstwo ludzi, którzy utrzymywali, że chcieliby być bogaci, ale nie umieją i nie spotkałem żadnego bogacza, który stwierdził, że chciałby być ubogi.

Sześć lat temu napisałem tekst, który zaraz zacytuję. Byłbym wdzięczny, gdyby po przeczytaniu tego tekstu nikt nie napadał na mnie w związku z tym, że nie godzi się zestawiać informacji o Ayce, czyli o psie, z ideą Platona, bo tu nie chodzi o zwierzęta, tylko o to, jak myślimy, że jest. Tu chodzi o nas, człowieków. Oto mój tekst sprzed sześciu lat, napisany w BUW-ie, wieczorem, wiosną:

Czytałem małą boksowankę w Necie. Na temat eschatologii. Jeden gościu powołał się na Platona. Że dusza, że jeśli w czasie ziemskiego życia była OK, to po opuszczeniu ciała uda się na Wyspy Szczęśliwe, że jeśli w życiu ziemskim trochę nawalała, ale nie tak dość, to dostanie w dupę po czym odbierze swoją nagrodę, no i że jeżeli na ziemi dopuszczała się nieprawości nieuleczalnych to nie ma zmiłuj – zostanie zesłana do Tartaru.

Sięgnąłem po teksty Platona i znalazłem niesamowity kawałek w „Fedonie”. Oto Platon, jak już przedstawił ten swój mit eschatologiczny, na koniec zaznacza, żeby tak całkiem serio tego mitu nie brać, bo to w końcu tylko mit – o eschatologii na poziomie logosu pogadać się nie da. Po czym puszcza oko do czytelnika mając nadzieję, że czytelnik pojmie aluzyjny aspekt całej zabawy. No i pisze ten Platon tak:

„Spierać się o to, że właśnie tak, a nie inaczej jest, jak ja to opowiedziałem – to nie wypada człowiekowi, który ma rozum w głowie”.

Z zachwytu szczęka mi opadła po tym zdaniu. No niech się zbiorą wszyscy analityczni na jakimś sabacie czy synodzie i popracują zgodnie, a i tak temu zdaniu nie dadzą rady :-) Dalej Platon jedzie po szczytach, ale tak, żeby nie porazić do końca:

„Ale że bądź to tak jest, bądź też jakoś tak podobnie ma się rzecz z naszymi duszami i z miejscem ich pobytu, skoro dusza okazuje się czymś nieśmiertelnym, to zdaje mi się, wypada i warto ryzykować przypuszczenie, że tak jest.”

Jasne. I teraz gościu pisze coś, co później Pascal ubrał w formę swojego Zakładu. Ale co tam Pascal – patrzcie, jak zrobił to Platon:

„Ryzyko bardzo piękne i trzeba sobie samemu takie słowa wiecznie niby do snu śpiewać”.

poniedziałek, 25 lutego 2013

Efekt halo


Posłuchajcie Donalda Tuska:


Ludzie powiesili w Necie notki, w których Tuska wyśmiewają, dają wyraz swojej wściekłości z powodu tego, że aż taki ignorant jest premierem, a niektórzy nawet napisali w swoich notkach czy komentarzach brzydkie wyrazy. Przy tym wszystkim nie ma znaczenia ani to, czy ludzie mają jakąkolwiek wiedzę na temat paktu fiskalnego, ani to, czy rzeczywiście chcieliby się dowiedzieć tego, o co Tuska pytała dziennikarka. Istotne jest tylko to, że na konferencji prasowej Tusk pokazał, że jest zupełnym amatorem i nieważne, czy ta amatorszczyzna wynika z jego predyspozycji intelektualnych, z lenistwa, czy z czegokolwiek innego, dość, że Tusk ani nie umiał odpowiedzieć na pytania, i to nie umiał w sposób znakomicie spektakularny, ani nie był w stanie wybrnąć z klasą spod ostrzału dziennikarki, tak, żeby tylko najbardziej kumaci zorientowali się, że Tusk jest zupełnie zielony w dziedzinie, o którą go zapytano. Kiedy już Tusk pokazał swoją ignorancję, i to pokazał w taki sposób, że wydaje się niemożliwe, aby przytomny człowiek owej ignorancji nie zauważył, kiedy już ludzie powiesili w Necie te swoje notki, w których kpią z Tuska, byłem ciekaw, jak na te notki zareagują ci, którzy, tak to ujmę w skrócie, zawsze muszą brać stronę Tuska. Muszą, bo nie są w stanie uwolnić się od skutków mechanizmu, o którym napiszę za chwilę. No bo co niby mogli napisać Tuskowi apologeci? Że premier nie musi znać efektów czegoś, co podpisuje? Że Kaczyński też nic o pakcie fiskalnym nie wie?

Zbyt wielu wpisów Tuskowych apologetów nie znalazłem, ale jeden wpis jest kapitalny. Oto pod notką Zbigniewa Kuźmiuka komentarz zamieścił Kazimierz Wóycicki, ten sam, który niedawno opisał, jak to był w Berlinie i tam, w tym Berlinie wszyscy Polskę chwalili, a później, w samolocie, kiedy Wóycicki czytał prasę zachodnią, to przeczytał, że w tej prasie też Polskę chwalili, więc Wóycickiemu wyszło na to, że w Berlinie i w zachodniej prasie inaczej Polskę postrzegają, niż u nas, w kraju, gdzie masa ludzi narzeka na to, że jest źle; na koniec Wóycicki na ulice wyszedł, rozejrzał się dookoła i skonstatował, wbrew byłemu ministrowi Drzewieckiemu, że, ach, znowu jest w normalnym kraju. I udał się do kawiarni na rogu, tam espresso zamówił, je wypił, a przy tym wszystkim spokojnie oddychał niemedialnym powietrzem. W komentarzu pod tekstem Kużmiuka Wóycicki napisał:

To nie Tusk, ale Pan nie wie, co Pan pisze. Jest Pan zupełnie zaślepiony emocjomi i stąd jest Pan całkowicie niezdolny do oceny polskich interesów i polskich spraw.


Ponieważ jest Pan posłem (płacę na Pana podatki i utrzymuję Pana) chciałbym aby się Pan czegoś uczył a nie używał jak maczugi swego ignoranctwa.


Moim zdaniem to świetny komentarz, bo jest klarownym przykładem na zjawisko nazywane efektem halo (halo effect), czyli efektem poświaty. Termin efekt halo, a powtarzam za Danielem Kahnemanem (D. Kahneman. Pułapki myślenia Media Rodzina. Poznań 2012), w psychologii funkcjonuje od stulecia, ale w języku potocznym specjalnej popularności sobie nie zdobył. Efekt halo polega na tym, że jak człowiek polubi drugiego człowieka za coś tam, to najczęściej będzie go lubił za wszystko inne i pomimo wszystkiego innego. Kahneman wyjaśnia to tak:

Jeśli odpowiadają ci poglądy polityczne premiera, zapewne podoba ci się też jego głos i wygląd. Skłonność do lubienia (lub nielubienia) wszystkich aspektów danej osoby – łącznie z tymi, których nawet nie zauważamy, nazywamy efektem halo. (…)

Kolejność, w jakiej zauważamy cechy osoby, jest często kwestią przypadku. Mimo to jest ona ważna, bo efekt halo sprawia, że pierwszym wrażeniom nadajemy większą wagę – do tego stopnia, że informacje uzyskane później zostają kompletnie zmarnowane. [ss. 111; 113]

Dla mnie w całej tej sprawie najciekawsi są właśnie Tuskowi apologeci, no bo wiadomo, że Tusk jest jaki jest i wiadomo, że istnieje coś takiego jak efekt halo. Ale weźmy kogoś, kto Tuska polubił, zawierzył mu w kwestiach politycznych i bardzo był zadowolony, kiedy Tusk atakował radary na drogach czy podwyższanie podatków. Później Tusk podatki podniósł i chciał nastawiać mnóstwo nowych radarów. To jak jest? Taki Tusk też się podoba, wbrew tamtemu Tuskowi? Czy efekt halo może być, że tak powiem, obrotowy? Ktoś wie?

poniedziałek, 18 lutego 2013

Znowu pytania

W najnowszym numerze tygodnika W Sieci Stanisław Janecki znęca się nad projektem ustawy o udziale zagranicznych funkcjonariuszy lub pracowników we wspólnych operacjach lub wspólnych działaniach ratowniczych na terytorium Rzeczpospolitej Polskiej. Janecki znęca się merytorycznie i zasadnie. Dużo ważnych rzeczy pisze Janecki i stawia ważne pytania. Ja nie umiem o tym projekcie ustawy napisać tak długiego tekstu, jaki Janecki napisał, ale spróbuję wyrzeźbić jakąś dłuższą notkę, z tym, że ona będzie się składać głównie z dygresji; ot, tak, żeby nastukać dużą liczbę znaków.

Projekt ustawy możecie znaleźć choćby tutaj. Na początku tekstu idzie to całe formalne bla, bla, bla, po czym Donald Tusk pisze:

Szanowna Pani Marszałek 
Na podstawie art. 118 ust. 1 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 2 kwietnia 1997 r. przedstawiam Sejmowi Rzeczypospolitej Polskiej projekt ustawy - o udziale zagranicznych funkcjonariuszy lub pracowników we wspólnych operacjach lub wspólnych działaniach ratowniczych na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. 

Projekt ustawy ma na celu wykonanie prawa Unii Europejskiej.

Fajnie to napisał Tusk: Projekt ustawy ma na celu wykonanie prawa Unii Europejskiej.

Wedle mojej wiedzy, która być może jest niewiedzą, żadne prawo Unii Europejskiej nie nakazuje nam wprowadzać ustawy pozwalającej gliniarzom z Niemiec, Rosji, Belgii, Malty czy skąd tam jeszcze, na robienie czegokolwiek Polakom w Polsce, na przykład na legitymowanie Polaków, zatrzymywanie ich, bicie, skuwanie itd. Rzecz jasna Tusk nie napisał, że prawo Unii Europejskiej nakazuje nam wprowadzić ustawę pozwalającą obcym gliniarzom na robienie czegokolwiek Polakom w Polsce, bo napisał tylko, że projekt ma na celu wykonanie prawa Unii Europejskiej. The question is: po co Tusk chce pozwolić gliniarzom niemieckim, holenderskim, francuskim, ruskim czy jakim tam jeszcze na to, żeby mogli legalnie robić cokolwiek Polakom w Polsce?

Są dwie możliwości: albo służby polskie pod rządami Tuska są w stanie wywiązać się ze swoich obowiązków i nie trzeba nam tu gliniarzy ruskich, portugalskich, czeskich, angielskich czy jakich tam jeszcze, albo też Tuskowe służby nie dają sobie rady. Jeżeli służby Tuska dają sobie radę ze swoją robotą, to, i tu powtórzę pytanie, po co Tusk chce pozwolić gliniarzom niemieckim, holenderskim, francuskim, ruskim czy jakim tam jeszcze na to, żeby mogli legalnie robić cokolwiek Polakom w Polsce? Jeżeli jednak Tuskowe służby nie dają sobie rady, to trzeba zapytać tak: po co nam Tusk?

W związku z poruszoną kwestią można oczywiście stawiać kolejne pytania. Na przykład takie pytanie można postawić: czy Janecki myli się pisząc w swoim tekście tak: hipoteza, że idzie o lęk przed nielojalnością polskich funkcjonariuszy w wypadku masowych protestów przeciwko obecnemu rządowi wydaje się szyta zbyt grubymi nićmi? Albo takie pytanie można zadać: czy Janecki błądzi pisząc: Nieprawdopodobne wydaje się również, że ktoś w rządzie działa na zlecenie z zewnątrz? Można zadać i takie pytanie: Czy Tusk w końcu zdał sobie sprawę ze swojej niekompetencji?

Pytań można stawiać mnóstwo, ale, w kwestii, o której piszę, pytaniami podstawowymi są te dwa, które zadałem w swoim tekście:

1. Jeżeli służby Tuska dają sobie radę ze swoją robotą, to po co Tusk chce pozwolić gliniarzom niemieckim, holenderskim, francuskim, ruskim czy jakim tam jeszcze na to, żeby mogli legalnie robić cokolwiek Polakom w Polsce?

2. Jeżeli Tuskowe służby nie dają sobie rady, to po co nam Tusk?

niedziela, 17 lutego 2013

Pytania

Na wp.pl powiesili notkę pod takim tytułem:

Polscy biegli będą pracować w Smoleńsku od 17 lutego

Treść notki jest taka:


Polscy biegli ponownie zbadają miejsce katastrofy prezydenckiego Tu-154M. Tym razem eksperci i prokuratorzy skoncentrują się na pomiarach drzewa, o które zawadził skrzydłem polski samolot. 


Ekipa biegłych i prokuratorów będzie pracować w Rosji do 8 marca. Część ekspertów zajmie się pomiarami pnia brzozy, rosnącej na obrzeżach lotniska Siewierny w Smoleńsku. Chodzi o dokładne ustalenie, na jakiej wysokości skrzydło Tupolewa ścięło brzozę. 

Początkowo Naczelna Prokuratura Wojskowa podała, że na wysokości 770 centymetrów, a następnie sprostowała, że na wysokości 666 centymetrów. Według ekspertów, ta różnica jest istotna dla ustalenia trajektorii lotu Tu-154M. Pozostali prokuratorzy udadzą się do Moskwy, gdzie mają przejąć dowody rzeczowe zabezpieczone na miejscu katastrofy. Wszystkie czynności będą odbywały się pod nadzorem rosyjskiego Komitetu Śledczego.


Może znacie jakiegoś pana Józia, który u Was pracuje, albo pracuje u Waszego znajomego, albo w spółdzielni mieszkaniowej, albo na wiosce, do której jeździcie; idzie o takiego pana Józia, co to i konia podkuje jak trzeba, i naprawi cieknącą rurę, i pomaluje płot, i studnię wykopie, i altankę postawi i w ogóle wszystko to zrobi, co dobrze, żeby chłop umiał zrobić. Jeśli znacie takiego pana Józia, a każdy takiego pana Józia zna, to zapytajcie go, czy dałby radę zmierzyć wysokość jakiegoś złamanego drzewa, ot, takiego, którego wysokość mieści się między 4 a 8 m. Jeśli pan Józio zapewni Was, że jasne, że dałby radę, ale nie uwierzycie mu, to kupcie dwa razy po pół litra, zaprowadźcie pana Józia pod jakieś drzewo w ogrodzie, w lesie czy w parku i poproście, żeby pan Józio zmierzył wysokość od ziemi do np. jakiegoś sęka, konara czy jakiegokolwiek punktu na drzewie, takiego, żeby mieścił się między 4 a 8 m.

Kiedy już pan Józio zmierzy, co ma zmierzyć, a przecież zmierzy w trymiga, to po tym, jak wypijecie z panem Józiem jedną butelkę gorzałki, a drugą butelkę dacie panu Józiowi na drogę, i kiedy pan Józio już sobie pójdzie, usiądźcie wygodnie w fotelu, nalejcie se takiego drinka, jakiego lubicie, zapalcie szlugę i spróbujcie odpowiedzieć na pytanie, na które na razie nie ma dobrej odpowiedzi; pytanie, którego nie zadają asy polskiego dziennikarstwa, pytanie, którego nie stawiają sobie miliony Polaków, pytanie, które niektórzy Polacy nawet sobie pomyśleli, ale odpowiedź na które ich nie interesuje, pytanie, które inni Polacy zadają sobie i chcą uzyskać na nie odpowiedź, ale nie potrafią jej udzielić samym sobie, a nikt inny im tej odpowiedzi nie podsuwa, pytanie, na które odpowiedź niektórzy Polacy znają, ale ją ukrywają. Idzie o to proste pytanie: jak to jest możliwe, żeby w XXI wieku ekipa specjalistów w stosownej dziedzinie, od prawie trzech lat nie potrafiła zmierzyć wysokości parometrowego kikuta jakiegoś drzewa?

Kiedy znajdziecie jakąś odpowiedź, to podzielcie się nią na tym blogu. A później poszukajcie odpowiedzi na pytanie drugie: jak to jest możliwe, że ludzie pozwalają na to, aby naszą piękną Polską rządziła ekipa, której służby od prawie trzech lat nie potrafią zmierzyć wysokości parometrowego kikuta jakiegoś drzewa? Podzielcie się i tą odpowiedzią, ale proszę Was – zróbcie rzetelny wysiłek i spróbujcie poszukać odpowiedzi na właściwe pytania, te, które zadałem, bo odpowiedzi na pytania heurystyczne mamy w nadmiarze. Oto przykłady takich pytań heurystycznych, które zastępują moje pierwsze pytanie; od razu podaję najbardziej klasyczne odpowiedzi na te heurystyczne pytania:

1. A nie zmierzyli tego jeszcze? - Odp. No przecież wszystko jest dokładnie opisane w raporcie Millera.
2. A trzeba to mierzyć? - Odp. Nie ma znaczenia, czy samolot zawadził o drzewo metr wyżej czy metr niżej.
3. Jakie to ma znaczenie, dlaczego nie zmierzyli? - Odp. Żadnego, bo istotne jest tylko to, że ten samolot nie powinien w ogóle wystartować.

czwartek, 14 lutego 2013

Ci dwaj


Andrzej Nowak powiedział, że nie znał człowieka mądrzejszego niż Joseph Ratzinger. Nowak zaznaczył, że idzie o tych ludzi, których teksty czytał, bo Ratzingera osobiście nie poznał.


Bryan Magee w książce Wyznania filozofa napisał o tym, że kiedyś Ray Monk powiedział mu po swoim pierwszym spotkaniu z Karlem Popperem, że jak się z Popperem pogada, to człowiek wie, że gadał z wielkim filozofem, a nie po prostu z mądrym człowiekiem.

To jest ciekawa sprawa, to rozróżnienie na ludzi mądrych i na wielkich filozofów. Rzecz jasna człowiek mądry może być wielkim filozofem, a wielki filozof może być mądrym człowiekiem, ale istnieją wielcy filozofowie niebędący mądrymi ludźmi, podobnie jak istnieją mądrzy ludzie. którzy nie są wielkimi filozofami.  Mniejsza o mądrych ludzi niebędących wielkimi filozofami, natomiast oczywiście chcecie wiedzieć, których to wielkich filozofów nie uważam za ludzi mądrych, ale tego Wam nie powiem :-)

Kiedy usłyszałem, co Nowak o Ratzingerze powiedział, zacząłem się zastanawiać, kogo ja uważam za najmądrzejszego człowieka, którego teksty czytałem. Nie biorę pod uwagę starożytnych Greków czy św. Tomasza, tylko ograniczam się do autorów z dwudziestego i dwudziestego pierwszego stulecia. Ratzingera czytam od jakichś trzydziestu lat i mogę zgodzić się z Nowakiem. Kto jeszcze? Przez chwilę myślałem, że nikt, ale jest jeszcze ktoś, mianowicie Hans Urs von Balthasar.

Podam dwa przykłady tekstów autorstwa Ratzingera i von Balthasara. W encyklice Deus caritas est Benedykt XVI pisze tak:

Uwierzyliśmy miłości Boga – tak chrześcijanin może wyrazić podstawową opcje swojego życia. U początku bycia chrześcijaninem nie ma decyzji etycznej czy jakiejś wielkiej idei, ale jest spotkanie z wydarzeniem, z Osobą, która nadaje życiu nową perspektywę, a tym samym decydujące ukierunkowanie.

A w rozmowie z Michaelem Albusem opublikowanej przez Herder Korrespondenz (zeszyt 2, luty 1976) von Balthasar pytany o bilans swojego życia, mówi:

Bardzo mi przykro, ale nie potrafię tego zrobić. Jestem zbyt słabym rachmistrzem, aby pierwiastkować samego siebie. Jeżeli mogę posłużyć się obrazem: bomba, która wybuchła, nie może po fakcie zmierzyć średnicy swojego leja.

I dalej:

Żadna prawda objawiona, od Trójcy Świętej do krzyża i sądu, nie może mówić o niczym innym, jak tylko o chwale ubogiej miłości Bożej, która oczywiście jest zupełnie czymś innym niż to, co my tu „na dole” wyobrażamy sobie pod pojęciem miłości – jest mianowicie duchem i ogniem. Kto zbliża się do mnie, zbliża się do ognia.

Ci dwaj, Ratzinger i von Balthasar. Jeżeli znacie mądrzejszych ludzi, to macie cholerne szczęście.

niedziela, 16 grudnia 2012

Czy Woodwardowie i Bernsteinowie wyginęli?


Nickowi kiedyś powiedziałem, że moim zdaniem, gdyby Bob Woodward i Carl Bernstein trafili na aferę w wykonaniu nie republikanów, tylko demokratów, to by tę aferę opisali w Washington Post, zupełnie tak, jak napisali o Watergate. Nicek na to stwierdził: - No nie wiem.

Nie da się sprawdzić, co by się stało, gdyby Woodward i Bernstein trafili na aferę w wykonaniu demokratów, w każdym razie Woodward i Bernstein w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku nie byli jedynymi amerykańskimi dziennikarzami; gdyby nie napisali oni, napisałby ktoś inny.

Wklejam pierwszy filmik z zapisem wystąpienia Barbary Fedyszak-Radziejowskiej w gdańskim Akwenie:


Później idą dwa kolejne odcinki tego zapisu.

Fedyszak-Radziejowska mówi wiele ciekawych rzeczy i, między innymi, nawiązując do tych wszystkich afer w wykonaniu dzisiejszych kierowników Polski, pyta publiczność o to, jak to się dzieje, że ani prokuratorzy, ani inni prawnicy, ani policjanci, ani przede wszystkim dziennikarze, choćby nieliczni, nie chcą zrobić dużej zawodowej kariery na dojściu do prawdy w którejkolwiek z tych licznych afer. No jak to się dzieje?

Kiedy Fedyszak-Radziejowska zadała pytanie, ludzie od razu odpowiedzieli: - Seryjny samobójca!

Jasne, że trochę w tej odpowiedzi żartu, ale też trochę nie, jednak jestem zdania, że seryjny samobójca nie tłumaczy wszystkiego, że nie trzeba aż hipotezy seryjnego samobójcy do tego, żeby w kwestii tego, o co zapytała Fedyszak-Radziejowska, było tak, jak jest teraz.

Odpowiedź na pytanie o to, czego trzeba, aby było tak, jak jest teraz, jest jedną z najważniejszych odpowiedzi, albowiem odpowiedź na pytanie o to, co sprawia, że nie ma dziennikarzy chcących zrobić karierę na dojściu do prawdy, jest ważniejsza od tego, że dzisiejsi kierownicy Polski nie umieją zbudować drogi i jest ważniejsza nawet od tego, że w drugiej dekadzie XXI wieku polskie szpitale nie przyjmują chorych dzieci.

sobota, 1 grudnia 2012

Michał Boni powiedział


Niezalezna.pl pisze:

Okazuje się, że to Michał Boni stanie na czele rządowej rady monitorującej przejawy „mowy nienawiści”. Ministrowi, zarejestrowanemu przez SB jako TW "Znak", nie podobają się m.in. treści kazań głoszonych w kościołach.

Moja teza jest taka, że zawsze gdzieś tam na początku jest moralność, zawsze gdzieś tam na początku jest etyka, zawsze gdzieś tam na początku jest cnota (tak, jak cnotę rozumieli Grecy czy św. Tomasz z Akwinu – ci ludzie dobrze wiedzieli, co to jest cnota i po co jest cnota; temat jest olbrzymi i nie ma tu miejsca na osobny wykład dotyczący moralności, etyki i cnoty). Niezależna oddała dobry strzał przypominając, że Boni był współpracownikiem komunistycznej bezpieki. To, że twierdzę, iż niezalezna.pl oddała dobry strzał pisząc, że Boni był współpracownikiem komunistycznej bezpieki, nie jest mową nienawiści, albowiem już w roku 2007 Boni przyznał się do współpracy, o czym Gazeta Wyborcza napisała tak:

Michał Boni, wymieniany jako kandydat na ministra pracy w rządzie Donalda Tuska przyznał się do podpisania deklaracji współpracy z SB. Jak tłumaczył, zrobił to w 1985 roku pod wpływem szantażu. - Jest mi wstyd i żałuję. Przez wiele lat żyłem z presją tego upokorzenia i lęku przed utratą twarzy. W końcu jednak uznałem, że od strachu, upokorzenia i poczucia błędu, ważniejsza jest pokora - mówił Boni na konferencji.

I teraz tak – kiedy człowiek wie, że Boni współpracował z komunistyczną bezpieką, to weźmie pod uwagę ów fakt współpracy dokonując oceny Boniego. To, jak kto Boniego oceni, jest pochodną tego, jakie kto wyznaje poglądy w kwestii moralności, etyki czy cnoty. Znowu – to duży temat, którego teraz rozwijać nie mogę, ale też nie martwię się tym, że nie mogę, bo przecież nie piszę dla idiotów.

Niezalezna.pl pisze dalej tak:

Na antenie radia TOK FM Boni zapewniał, że rząd nie wprowadza cenzury, choć w dalszej części swojej wypowiedzi tłumaczył, że wprowadzenie swoistej „tamy przeciwko obojętności na mowę nienawiści” jest konieczne.

Za cel swojej działalności Michał Boni obrał głównie internet oraz... kościoły, zwłaszcza te, w których księża w czasie homilii ośmielają się mówić krytycznie o władzy.

- Nie będzie żadnej cenzury. Nikt tu niczego nie będzie blokował. Chodzi o to, żeby po prostu troszkę inną normę wprowadzić w tym, co się dzieje na forach internetowych, ale też w kościołach w czasie niedzielnych kazań. Padają tam słowa poza normą deprecjonujące polski rząd – mówił Boni w TOK FM.

Oryginalne jest stwierdzenie Boniego, że rząd nie wprowadza cenzury, a jedynie zamiaruje wprowadzić tamę przeciwko obojętności na mowę nienawiści. Stwierdzenie Boniego pokazuje, że język to istotny element naszego życia, element, za pomocą którego można, między innymi, zrobić ludziom wodę z mózgu.

Kiedy na portalu niezalezna.pl przeczytałem te słowa, jakoby wypowiedziane przez Boniego: - Chodzi o to, żeby po prostu troszkę inną normę wprowadzić w tym, co się dzieje na forach internetowych, ale też w kościołach w czasie niedzielnych kazań. Padają tam słowa poza normą deprecjonujące polski rząd, - bardzo byłem ciekaw, czy Boni rzeczywiście tak powiedział. Wysłuchałem zatem rozmowy, którą z Bonim przeprowadziła Janina Paradowska (Paradowska jest jedną z tych dziennikarek, które mówią dlatego, bo – posłuchajcie od 2 minuty 52 sekundy). Okazało się, że Boni nie powiedział tak, jak niezalezna.pl napisała, że powiedział. Boni mianowicie powiedział tak (od 8 minuty 11 sekundy): - I oczywiście żadnej cenzury, nikt tu nie będzie niczego blokował, tak, tylko po prostu trzeba troszkę inną normę wprowadzić, tego, co się dzieje na forach, jak powiedziałem, ale tego co się dzieje podczas niedzielnych kazań w wielu kościołach, gdzie też padają słowa deprecjonujące, i to w sposób poza normą, polski rząd.

Nie wiem dlaczego ludzie z portalu niezalezna.pl po prostu nie przepisali dokładnie słów Boniego, ale warsztat ludzi z portalu niezalezna.pl nie jest istotny; istotne jest to, co powiedział Boni. A Boni powiedział, że on, Boni, wie, jaka powinna być norma, do której powinni stosować się księża wypowiadający podczas niedzielnych kazań słowa deprecjonujące polski rząd.

Jak już napisałem to ostatnie zdanie, to chciałem dać cytat z Richarda Rorty’ego, który kapitalnie wyśmiewa filozofów moralnych pytając o to, jakie to ci filozofowie mają kwalifikacje predestynujące ich do tego, żeby o moralności mówić coś ważniejszego, niż mówią pozostali ludzie. Zrezygnowałem jednak z tego cytatu, bo uznałem, że zamieszczenie fragmentu z tekstu Rorty’ego (z książki Filozofia jako polityka kulturalna) mogłoby skutkować tym, że niektórzy Czytelnicy uznaliby, że obrażam Ich inteligencję.

Dobra, istota sprawy jest taka, że Boni, który współpracował z komuszą bezpieką, dzisiaj, w roku 2012, idzie sobie do radyjka, gdzie w rozmowie z Paradowską obwieszcza, że on, Boni, jest strażnikiem, a może nawet twórcą, norm regulujących to, co księża mają mówić na kazaniach.

Wydawać się może, że nawet ci, którzy nic nie rozumieją z tego, co się wydarzyło w Mirosławcu i w Smoleńsku, którzy nie dziwi to, że do Polski sprowadzamy niemiecki cukier, którzy nie wyciągają żadnych wniosków z tego, że zadłużenie Polski wynosi około biliona złotych, którzy nie umieją odpowiedzieć na pytanie, gdzie się podziała forsa wydana na autostrady, skoro autostrad nie ukończono, a mnóstwo firm najęty do budowy zbankrutowało, powinni zrozumieć konsekwencje tego, o czym mówi Boni. Mnie się jednak nie wydaje, że każdy powinien zrozumieć to, co mówi Boni. Nie wydaje mi się dlatego, że wiem, iż ludzie są naprawdę świetni w sztuce nierozumienia rzeczy najprostszych. A o to, dlaczego ludzie są świetni w sztuce nierozumienia rzeczy najprostszych, pytajcie naukowców.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Przezwyciężenie metafizyki


Większość ludzi żyje sobie najzwyczajniej w świecie. Ludzie zakładają rodziny, chodzą do roboty, zarabiają, kupują telewizory, piją wódkę, okłamują te babki w banku w kwestii swoich dochodów po to, żeby dostać kredyt, robią mniejsze lub większe romanse na boku, oglądają meczyki w nogę, chodzą do kościoła, czasami idą na wojnę zabijać innych ludzi, głodują, chorują, zdrowieją. Normalne życie.

Jest jednak trochę takich ludzi, którzy dodatkowo porządkują sobie swoje widzenie świata. Ci ludzie koniecznie chcą stworzyć lub przejąć od kogoś, a później wyznawać jakąś teorię tłumaczącą świat. To są ci ludzie, którzy utrzymują, że teraz jest postmodernizm, albo że globalizacja, a Jadwiga Staniszkis szarżuje najbardziej i opowiada o usieciowieniu oraz o tym, że w dziedzinie epistemologii porządku nie trzeba nam już tomistycznego realizmu, bo to przeżytek, tylko trzeba nam czegoś innego, ale to już sobie sami doczytajcie, czego. Jakie jeszcze teorie wyznają ludzie? Ano takie, że społeczeństwo nie powinno się kłócić, tylko iść w jednym słusznym marszu, że musimy wrócić do jaskiń, bo jak nie, to umrze Matka Ziemia, że lepiej abyśmy, pod płaszczykiem pomagania Grecji, dawali te pieniądze niemieckim bankierom, aczkolwiek nikt nie wie co by się stało, gdybyśmy bankierom tej kasy nie dali.

Jedną z najciekawszych teorii wyznawanych przez ludzi, którzy jakieś teorie porządkujące świat muszą wyznawać, jest teoria, w myśl której religia umiera, a za to panuje nauka. Ludzie wyznający tę teorię powiadają o sobie, że oni mają światopogląd naukowy. Wyznawca światopoglądu naukowego to człowiek, który przezwyciężył metafizykę. To nic, że człowiek wyznający światopogląd naukowy nie całkiem wie, jak to z tym przezwyciężaniem metafizyki było, to nic, że nie ma pojęcia o tym, że metafizykę w najbardziej spektakularny sposób przezwyciężył Rudolf Carnap w klasycznym dziele opublikowanym w roku 1931 i zatytułowanym – uwaga, to spora niespodzianka - Przezwyciężenie metafizyki przez logiczną analizę języka; dość, że człowiek wyznający światopogląd naukowy metafizykę przezwyciężył. A jak przezwyciężył metafizykę, to automatycznie przezwyciężył wiarę w bogów i w ogóle wszelkie myślenie religijne tudzież magiczne. Człowiek racjonalny wie, że jak grzmi, to nie dlatego, że Zeus ciska pioruny, tylko dlatego, że coś się tam dzieje w chmurach no i z tego właśnie grzmi, a kiedy Waldek kocha Baśkę to nie dlatego, że Waldek ma jakąś miłość do Baśki, tylko dlatego, że w Waldku działa chemia, a mówiąc precyzyjniej, naukowo, w Waldku zachodzą określone procesy chemiczne, które skutkują tym, że Waldkowi się wydaje, że kocha Baśkę.

Tu chciałbym mocno podkreślić, że człowiek wyznający światopogląd naukowy nie jest idiotą, który uważa, że nauka znalazła już odpowiedzi na wszystkie pytania. O nie, człowiek wyznający światopogląd naukowy doskonale wie, że czeka nas jeszcze mnóstwo odkryć naukowych, które pozwolą nam lepiej rozumieć świat, w którym żyjemy. Człowiek wyznający światopogląd naukowy jest świadom tego, że nauka to nie jest jakieś hop siup, tylko że nauka to jest coś takiego, co wymaga stosownej metody, właściwych badań, no i czasu.

Podam przykład. Ludzie, którzy nie przezwyciężyli metafizyki, przede wszystkim katole, a osobliwie polscy katole, wierzą w to, że w Smoleńsku był zamach. Niewiele potrzebują do tej wiary. Ot, posłuchają bełkotu Macierewicza, poczytają GaPola albo tekst Gmyza i już wierzą w to, że w samolocie był wybuch. No musiał być wybuch, skoro znaleziono trotyl. W taki właśnie prosty sposób funkcjonują ludzie, którzy nie przezwyciężyli metafizyki. Co innego człowiek wyznający światopogląd naukowy. Otóż człowiek wyznający światopogląd naukowy doskonale rozumie, że kiedy prokuratorzy i biegli pobrali próbki i wstępnie zbadali je najnowocześniejszymi urządzeniami do wykrywania materiałów wybuchowych, to po dwóch miesiącach od tych badań wiedzą już, jako specjaliści, bardzo dużo. Wiedzą, że na tych próbkach być może znajdują się cząsteczki trotylu czy nitrogliceryny, ale też wiedzą, że tychże cząsteczek może nie być, natomiast mogą tam być cząsteczki kosmetyków albo namiotów. Człowiek, który nie przezwyciężył metafizyki nie rozumie tego, a człowiek wyznający światopogląd naukowy rozumie to doskonale.

A, i jeszcze jedno rozumie człowiek wyznający światopogląd naukowy, mianowicie to, że do tego, aby stwierdzić, czy najnowocześniejsze urządzenia wskazały materiały wybuchowe, czy może namioty, trzeba badań trwających mniej więcej pół roku, z tym, że najpierw zabezpieczone próbki muszą trochę poprzebywać w Rosji.

środa, 7 listopada 2012

Prorocy, jurodiwi oraz lud

Profetyzm to jest poważna sprawa. No bo ci prorocy piszą te swoje teksty, w których opisują co będzie i nie ma znaczenia, czy prorocy piszą w czasie przeszłym, teraźniejszym i przyszłym, albowiem prorocy zawsze opisują to, co dopiero będzie. A lud, kiedy już przeczyta teksty proroków, często jest zdezorientowany, gdyż nie wie, jakie zająć stanowisko wobec tego, co prorocy przepowiedzieli, że będzie. Lud nie wie, czy jakiś determinizm jest, ananke jakaś, czy jeszcze coś innego, co sprawia, że będzie co ma być i czy z tym czymś da się cokolwiek zrobić, skoro już prorocy obwieścili, co obwieścili.

Skoro będzie, co ma być – myśli sobie lud – to może lepiej nie wiedzieć, co ma być? Przecież jeżeli ma być coś złego, a lud się o tym dowie, to zamiast martwić się dopiero wtedy, kiedy to coś złego się zdarzy, lud zaczyna martwić się wcześniej, w momencie, kiedy pozna treść pism proroków.

Podam przykład ilustrujący tezę, że przepowiednie proroków często są niewygodne dla ludu. Oto jeden z tekstów proroka:

Gdzie strumyk płynie z wolna,
Rozsiewa zioła maj,
Stokrotka rosła polna
A nad nią szumiał gaj.

"W tym gaju tak ponuro,
Że aż przeraża mnie,
Ptaszęta za wysoko,
A mnie samotnej źle".

Wtem harcerz idzie z wolna:
"Stokrotko, witam Cię,
Twój urok mnie zachwyca,
Czy chcesz być mą, czy nie?"

Stokrotka się zgodziła
I poszli w ciemny las,
A harcerz taki gapa,
Że aż w pokrzywy wlazł.

A ona, ona, ona,
Cóż biedna robić ma?
Nad gapą pochylona
I śmieje się cha! cha!


Kiedy lud poznał to proroctwo, to już się wkurwił na tę stokrotkę; że ona zamiast żyć sobie w swoim naturalnym środowisku, bardzo przyjemnym, bo gaj, bo strumyk, bo ptaszęta, choćby i za wysoko, na to środowisko wybrzydzała, następnie harcerzowi we łbie namieszała, za nim w świat poszła, a kiedy harcerz popadł w poważne tarapaty, nie podała mu pomocnej ręki, tylko wyśmiała chłopaka.

Lud zatem wkurwił się na stokrotkę i to wkurwił się niejako na zapas, ponieważ stokrotka miała się dopiero pojawić w przyszłych pokoleniach. Kiedy już się pojawiła, to znowu lud, w tym nowszym pokoleniu, popadł w kałabanię, bo niektórzy mówili, że stokrotka to stokrotka, a inni utrzymywali, że to jednak nie stokrotka.

Takie rzeczy działy się i wcześniej, a najbardziej znanym przypadkiem jest przypadek Mesjasza. Wielu proroków pisało o Mesjaszu i kiedy przyszedł Jezus, jedni uznali Go za Mesjasza, a drudzy Go za Mesjasza nie uznali. Spór o to, czy Jezus jest Mesjaszem trwa już dwa tysiące lat. Bardzo dowcipnie opisał to Szewach Weiss (uwielbiam dowcip i nie tylko dowcip Szewacha Weissa), który w rozmowie z Anną Jarmusiewicz (Takie buty z cholewami. Wydawnictwo M. Kraków 2012) stwierdził, że my, chrześcijanie, dostaliśmy pół Mesjasza, a jak Jarmusiewicz zaprzeczyła, że pół, bo my uważamy, że to cały Mesjasz, to Weiss powiedział tak: - Ale to dobrze jest mieć nawet pół Mesjasza; ja się z tego bardzo cieszę, bo to przecież jest także Żyd.

Gołym okiem widać, że prorocy często przysparzają kłopotów ludowi. Prorocy potrafią nawet powiedzieć ludowi, że lud nie mieszka na zielonej wyspie, a to jedna z najgorszych rzeczy, jakie lud może usłyszeć. W związku z tym, że prorocy mówią ludowi złe rzeczy, lud generalnie nie lubi proroków, bardzo nie lubi.

I tak sobie myślę, że być może, kiedy już nie da się rady się być zwyczajnym człowiekiem, to lepiej być jurodiwym niż prorokiem. Taki jurodiwy to owszem, bardziej jest spektakularny od proroka, więcej ludzi o nim wie, bo sobie o nim poczytają w Necie i zobaczą go w telewizorze; co prawda więcej ludzi śmieje się z jurodiwego niż z proroka, ale za to lud uważa, iż jurodiwy jest mniej od proroka szkodliwy, bo jurodiwego zawsze można wywalić z roboty. Rzecz jasna lud się myli, gdyż nie wie tego, o czym napisał Dostojewski w liście do nieznanego adresata, mianowicie, że dziwy dzieją się między ludźmi, kiedy taka zjawa, jak książę Myszkin, raptem wśród nich na chwilę zamieszka. Zjawa znika swoim zwyczajem, a dziwy zostają.

wtorek, 6 listopada 2012

I tak mamy lepiej niż mają w Korei Północnej

W swoich wystąpieniach Andrzej Zybertowicz mówi między innymi o tym, że mnóstwo ludzi, którzy czegoś się tam dowiedzą, w związku z tą świeżo nabytą wiedzą odczuwa potrzebę natychmiastowego wypracowania ostatecznej konkluzji. Zybertowicz podkreśla, że owa potrzeba jest cechą ludzi niedojrzałych.

Sprawa Cezarego Gmyza jest klasycznym przykładem ilustrującym tezę Zybertowicza. W Necie pełno jest tekstów, których autorzy już to rozstrzygnęli, że Gmyz dał dupy i fajnie, że go Rzepa wywaliła z roboty, już to utrzymują, że wywalenie Gmyza z roboty jest zamachem na wolność słowa i że właściciele Rzepy trzymają komusze standardy. Niezależne od tego, po której stronie barykady ustawiają się piszący o sprawie Gmyza, każdy, kto tę kwestię rozstrzygnął ostatecznie, pokazuje, że nie oparł się pokusie wypracowania ostatecznej konkluzji.

Co wiemy na temat tekstu Gmyza? Ano niewiele. Jest parę możliwych wersji, ale nie wiemy, która wersja jest prawdziwa. Oto możliwe wersje:

1. Informatorzy Gmyza powiedzieli mu o tych materiałach wybuchowych, może pokazali stosowne kwity i Gmyz rzetelnie napisał o tym, czego się dowiedział. Krótko mówiąc – Gmyz napisał, jak jest.
Rzecz jasna Gmyz nie może ujawnić swoich źródeł, bo tzw. tajemnica dziennikarska działa, że tak powiem, w obie strony. Nie można żądać od dziennikarza, aby palił swoich informatorów (tu są określone wyjątki od tej zasady – art. 180 kpk), ale i dziennikarzowi, który ujawni swoje źródła grożą sankcje karne (art. 266 § 1 kk oraz art. 12 ust. 1 pkt 2 i art. 15 ustawy Prawo prasowe).
2. Informatorzy nakłamali Gmyzowi, a Gmyz dał się wpuścić w kanał.
3. Informatorzy przekazali Gmyzowi rzetelne informacje, z których Gmyz wyciągnął nieuprawnione wnioski.
4. Gmyz sobie to wszystko zmyślił.

Nie wiemy, jak było i dlatego tworzenie ostatecznych konkluzji jest dziecinadą.

A teraz powiem Wam, co mnie cieszy. Otóż cieszy mnie to, że gazety (nieliczne, ale zawsze) wiedzą i piszą o pewnych rzeczach (jakiego to sprzętu do wykrywania kosmetyków i namiotów używali polscy prokuratorzy, które ciała ofiar smoleńskich będą ekshumowane itd.) zanim reżim o tych rzeczach powie w telewizorach (zauważcie – reżim zawsze jest spóźniony, ZAWSZE). Bo to oznacza, że reżim nie panuje nad wszystkim, że w strukturach podległych reżimowi są ludzie, którym zależy na prawdzie. Jasne, że byłoby lepiej, gdyby reżim działał tak, jak trzeba, ale w sytuacji, kiedy nie działa, trzeba cieszyć się z tego, że są ludzie działający przeciwko reżimowi, co oznacza, że zakończenie radosnej twórczości naszego reżimu wydaje się łatwiejsze, niż zakończenie działalności ichniego reżimu np. przez północnych Koreańczyków.

piątek, 2 listopada 2012

Zdziecinniały kraj



Jacek Karnowski napisał tak:

W czasach PRL-u powszechnie uważano, że jesteśmy "najweselszym barakiem w obozie". Dla wielu to twierdzenie było źródłem pocieszenia, nie bez pewnych podstaw, choć owa domniemana "wesołość" fałszuje jednak dość zwarte i chyba głębsze niż zwykliśmy sądzić panowanie komunistów nad życiem społecznym i politycznym.

Także dziś jesteśmy bez wątpienia "najweselszym barakiem" w całej Unii Europejskiej. Z tym, że o ile w PRL-u "wesołość" oznaczała społeczną, choćby niszową i wykrzywioną autonomię, dziś oznacza niebezpieczne dla naszej przyszłości zdziecinnienie o skali w innych krajach niespotykanej. (…)

Z perspektywy dziesięcioleci będziemy widzieli, jaki to koszmar, jak bardzo III RP "odleciała", jak zdziecinniały to kraj. Wówczas może być jednak za późno.

Karnowski ma rację. III RP to zdziecinniały kraj. Weźmy to, co się dzieje po 10 kwietnia 2010 roku. Takich głupot, jakie w kwestii Smoleńska naopowiadały w telewizorach rozmaite pajace, nie opowiadano nawet w PRL-u. Owszem, za PRL-u telewizory mówiły, że Polska jest dziesiątą potęgą gospodarczą świata, ale na miły Bóg – nikt nie mówił, że jesteśmy drugą czy trzecią światową potęgą gospodarczą. Tu uwaga dla ciotek Matyld – nie twierdzę, że teraz pajace w telewizorach opowiadają, że Polska jest drugą lub trzecią potęgą gospodarczą; tu o co innego chodzi - niech ciotki Matyldy zapytają starszych i mądrzejszych o co.

Idzie nie tylko o to, że kiedyś, za PRL-u, nie opowiadano w telewizorach aż takich głupot, jakie opowiada się teraz (wracam do Smoleńska i do tego, co plotą te wszystkie Tuski, Szelągi, Hypkie, Millery, Jasie Flanelki itd.). Idzie o to, że za PRL-u mało kto wierzył w bajki opowiadane w telewizorach; właściwie to nikt nie wierzył, a teraz mnóstwo ludzi w bajki płynące z telewizora wierzy. I to jest istota sprawy – nie to, że te wszystkie Tuski, Szelągi, Hypkie, Millery, Jasie Flanelki itd. opowiadają bajki, tylko to, że ludzie w te bajki wierzą. Bo patrzcie – nie byłoby żadnego problemu, gdyby te wszystkie Tuski, Szelągi, Hypkie, Millery, Jasie Flanelki itd. opowiadały swoje bajki, w które to bajki nikt by nie wierzył. Niby jaka szkoda mogłaby wynikać z tego, że ktoś coś tam sobie gada od czapy? Problem pojawia się wtedy, kiedy ludzie w te bajkowe opowieści wierzą, kiedy wielu ludzi wierzy w te bajkowe opowieści. A w III RP wielu, zbyt wielu ludzi wierzy w bajkowe opowieści tych wszystkich Tusków, Szelągów, Hypkich, Millerów, Jasiów Flanelków itd.

III RP to zdziecinniały kraj – to jest stwierdzenie faktu. Myślę, że szukanie przyczyn takiego stanu rzeczy jest ważne, ale ważniejsze jest pokazanie, co, jeżeli cokolwiek w ogóle, można zrobić, aby ten stan rzeczy zmienić. Moim zdaniem nie da się nareperować mózgów ciotek Matyld tak, żeby te mózgi działały racjonalnie (to skrót myślowy, ale kto kumaty, to wie, o co biega). Co zatem pozostaje? Ano chyba tylko skuteczne zarządzanie emocjami, które przecież są ważniejsze od jakkolwiek pojętej racjonalności (tego właśnie nie rozumieją racjonaliści). Pierwszym warunkiem skutecznego zarządzania emocjami jest zrozumienie, że emocje są najważniejsze.

OK, a co dalej? O tym, co dalej, to będzie kiedy indziej; będzie między innymi o tym, że jak nie wrócimy do cywilizacji cnoty, to dalej będziemy tkwić w tej głębokiej dupie, w której tkwimy teraz. 

sobota, 20 października 2012

Tekst nie dla triariusa, bo tu o szachach jest

Pełno jest ludzi, którzy wypowiadają się w jakiejś dziedzinie, o której nie mają zielonego pojęcia (te dziedziny, to mogą być polityka, sport, historia, medycyna, filozofia, automobilizm itd.), w swoich wypowiedziach robią błędy ortograficzne i napadają na innych ludzi, a jak już się wypowiedzą, jak już narobią tych błędów ortograficznych, jak napadną na innych ludzi, to się dobrze czują, bo to są takie typy, które dobrze się czują kiedy się wypowiedzą i kiedy napadną na innych ludzi; o tym, że robią błędy ortograficzne, te typy nie wiedzą.

Mój doktor od zwierząt (doktor od zwierząt to jest albo doktor od zwierząt, albo lekarz weterynarii albo wet, natomiast to nie jest weterynarz) od lat nie zagląda na fora, na których ludzie gadają o tym, jak leczyć zwierzaki i jacy to głupi są doktorzy od zwierząt. Po co ma zaglądać i czytać te wszystkie głupoty?

A portale szachowe, kiedy na żywo transmitują partie, to zapuszczają jakiś silnik, który pracuje jak umie, podaje najlepsze według siebie warianty i pokazuje, jaką to przewagę ma jeden gracz nad drugim graczem. Ostatnio na chessbomb.com śledziłem sobie rozgrywki Klubowego Pucharu Europy, a osobliwie partie Radka Wojtaszka. Jak portale szachowe transmitują partie na żywo i podają wskazania jakiegoś szachowego proga, to wielu komentatorów na czacie, gapiąc się w te wskazania, jest bardzo mądrych. Ci mądrzy komentatorzy piszą, że jeden arcymistrz jest głupi, bo nie zagrał tego, a drugi arcymistrz jest jeszcze głupszy, bo nie zagrał owego. Mądrzy komentatorzy wiedzą, co powinni grać arcymistrzowie, a wiedzą stąd, że patrzą na wskazania proga. I za chuja nie wytłumaczysz mądrym komentatorom, że instytucja ruskich szachistów to jednak poważna instytucja i że progi nie są w stanie ruskich szachistów zastąpić.

W szóstej rundzie wspomnianego European Club Cup Wojtaszek grał z Raznikowem. Grali sobie tak:

1. c4 c6 2. Nf3 d5 3. e3 Nf6 4. Nc3 a6 5. d4 Bf5 6. Ne5 Nbd7 7. Qb3 Ra7 8. cxd5 cxd5 9. Nxd7 Qxd7 10. Bd2 e6 11. Rc1 Ra8 12. Be2 Bd6 13. Na4 Rc8 14. O-O Rxc1 15. Rxc1 O-O 16. Nb6 Qd8 17. Nc8 Ne4 18. Nxd6 Nxd6 19. Bb4 a5 20. Bxd6 Qxd6 21. Qxb7 h6 22. Rc8 Rxc8 23. Qxc8+ Kh7 24. Qc5 Qb8 25. b3 Qb4 26. Qxb4 axb4 27. Kf1 Kg8 28. Ke1 Kf8 29. Kd2 Ke7 30. Bd3


Trzeba kliknąć w obrazek, to on się powiększy

W tym momencie silnik uruchomiony na chessbomb.com, Houdini 2.0c x64 (niebieskie zakreślenie), pokazywał, że Radek ma przewagę 0,71 punktu (zielone zakreślenie). Taka przewaga to mała przewaga; właściwie partia, przy poprawnej grze obydwu szachistów, powinna zakończyć się remisem. A jednak Raznikow poddał grę. Dlaczego poddał? Ano dlatego, że wiedział to, o czym wiedział komentator Padawan, który napisał na czacie (zakreślenie czerwone):

To jest klasyczny przykład partii, której komputery nie rozumieją :-)

OK, pytanie jest takie: czy ruscy szachiści wszystko wiedzą, czy nie robią błędów? A odpowiedź taka jest: nie, ruscy szachiści, dzięki Bogu, nie wiedzą wszystkiego i robią błędy. Ale jeżeli ktoś ruskich szachistów waży sobie lekce, kto nie rozumie, że są takie partie, których nie rozumieją komputery, to jest ostatni kiep, któremu nie pomoże nawet to, że będąc zielonym w branży, napada na innych ludzi i robi błędy ortograficzne.

poniedziałek, 1 października 2012

Czy dobrze jest płakać, kiedy Ptyś umarł?

Ptyś umarł wczoraj nad ranem, nie dożywając roku. Miał FeLV (Feline leukemia virus), czyli kocią białaczkę. Po nazwie choróbska widać, że to nie taka białaczka, jak u ludzi, tylko wirusowe ustrojstwo, zaraźliwe, w związku z czym koty z białaczką nie mogą mieszkać ze zdrowymi kotami, a konsekwencje są takie, że trudno znaleźć dom dla białaczkowego kociołka.

Ptyś, po tym, jak mieszkał schronie i w dwóch domkach tymczasowych, znalazł wreszcie swój dom. Wzięły go człowieki, które mają już jednego kocika z FeLV; ostatnie pół roku swojego życia Ptyś przeżył otoczony miłością; miał dobre jedzenie, dużo miejsca, bawił się ze swoją nową siostrzyczką i ze swoimi człowiekami, dostawał leki. Zgasł w kilka dni, ale z białaczkowymi kotkami tak już jest – mogą odejść w każdej chwili, o czym człowieków, którzy chcą wziąć do siebie kociołka z białaczką, informuje każdy wet.

Znałem Ptysia, bo znam człowieków, którzy wzięli go do siebie. Ptyś to kotek radosny, chętny do zabawy; a to podbiegał do człowieków robiąc na plecach łuk brwiowy wypukły, a to popisywał się paradując po chałupie z podniesionym ogonem, czyli prezentując ulicę lemurów, a to wymuszał na człowiekach, żeby mu piłeczkę rzucali, czy tam kasztanka jakiegoś. No i wszystkiego był ciekaw. To bardzo dobrze, że u Ptysia ciągle uruchomione były pozytywne systemy emocji, czyli zabawa i szukanie; emocji negatywnych, czyli wściekłości, strachu i paniki, Ptyś w swoim ostatnim domku nie przejawiał.

Kiedy Ptyś umarł, to jego człowieki płakały. Pewnie ciągle jeszcze popłakują. I dobrze, bo dlaczego nie płakać, kiedy umarł ktoś, kogo się kochało? Dla mnie jest rzeczą normalną, że człowiek kocha zwierzę, bo kochanie, to uczucie, a uczucia, jak napisał Marc Bekoff, to dar od przodków. A znowu Temple Grandin stwierdziła, że zwierzęta kochają inne zwierzęta i, jak to Temple Grandin, podała na to dowody.

Cytując zdanie Grandin o tym, że zwierzęta kochają inne zwierzęta, zapewne zbieram punkty u pogan, którzy w Pana Boga nie wierzą i dla których ludzie to zwierzęta (bo niby co innego?), a jednocześnie dostaję punkty minusowe u niektórych teistów (panteistami się nie zajmuję, bo się na nich nie znam, aczkolwiek rzetelnie przestudiowałem pana Barucha Spinozę), wedle których człowiek to nie zwierzę. Wedle niektórych teistów człowiek nie jest zwierzęciem, a istotna różnica między człowiekiem a zwierzęciem polega na tym, że człowiek ma duszę, a zwierzę duszy nie ma. Z duszą jest jednak jeden poważny problem, na który wskazuje Richard Dawkins; idzie mianowicie o kwestię paleontologicznego datowania powstania duszy.

Najogólniej (i niezbyt precyzyjnie) mówiąc, problem ze zwierzętami jest problemem poważnym i, moim zdaniem, dalekim od rozwiązania. Z jednej strony bowiem ludzie kochają swoje zwierzęta, koty, psy itd., a z drugiej strony jedzą nieswoje zwierzęta i mięso z zabitych nieswoich zwierząt podają swoim zwierzętom (nie da się zapewnić kotu dobrego życia karmiąc go wyłącznie marchewką i kaszą). Poza tym, jeśli jest się teistą, a do tego chrześcijaninem, to trudno lekceważyć tezę Eryka Mascalla, który utrzymuje, że błędem jest myśleć, iż Jezus Chrystus ma olbrzymie znaczenie dla istot ludzkich, lecz jest zupełnie bez znaczenia dla reszty stworzenia. A św. Paweł Apostoł napisał był w Liście do Rzymian (Rz 8, 19): Całe bowiem stworzenie z wielką tęsknotą wyczekuje objawienia się synów Boga.

Skoro całe stworzenie, to całe stworzenie, a nie tylko człowieki. Jestem zdania, że kto nie chce uczciwie rozważać słów Pawła i lekce sobie waży to, co napisał Mascall, ten ucieka od problemu.

Jakob von Uexküll, taki jeden ważny biolog, stosował termin Umwelt w takim znaczeniu, że każdy gatunek ma swój Umwelt, że każdy gatunek postrzega świat zgodnie ze swoim Umwelt. Dla człowieka telewizor to sprzęt, dzięki któremu można obejrzeć np. film czy mecz, ale dla mojego kota telewizor to miejsce, na którym można wygodnie spać, tym bardziej, że, o ile człowieki telewizor włączą, to jest to miejsce cieplutkie. Pies żyje zgodnie ze swoim Umwelt, kot zgodnie ze swoim, człowiek zgodnie ze swoim.

Leibniz nauczał o monadach i twierdził, że w konsekwencji tego, iż harmonia wszechświata (harmonia praestabilita - przedustawna) została ustanowiona przez Boga, monady rozwijają się niezależnie od pozostałych monad ale równolegle i zgodnie z rozwojem każdej innej monady. Dodawał, że monady nie mają okien, przez które cokolwiek mogłoby do nich się dostać czy też z nich wydostać, które to twierdzenie, w pewnych okolicznościach, można uznać za bardzo pesymistyczne. Monada Leibniza to substancja prosta, pozbawiona części i wchodząca w skład rzeczy złożonych. A gdyby, analogicznie, uznać, że Umwelt to taka bańka, w której zamknięty jest nie tylko każdy gatunek, ale też każdy osobnik każdego gatunku (no bo chyba jasne jest, że inny jest Umwelt Tuska, inny JarKacza, a jeszcze inny Titusa z Acid Drinkers)? Co wtedy? Czy też zrobi się pesymistycznie?

Tego nie wiem. Być może tak, być może nie, to zależy od tego, co kto chce i co uznaje za pesymistyczne. No a czy mamy jakiekolwiek porozumienie z drugim człowiekiem, skoro jego Umwelt jest osobny od naszego Umwelt? A z kotem takie porozumienie mamy? Czy dobrze jest kochać Ptysia i płakać, kiedy Ptyś umarł?

Po mojemu mamy porozumienie i z drugim człowiekiem i z kotem i dobrze jest kochać Ptysia i płakać, kiedy Ptyś umarł. O tym, dlaczego to dobrze, napiszę innym razem. A na razie obejrzyjcie i posłuchajcie tego:






Bibliografia: 

M. Bekoff. O zakochanych psach i zazdrosnych małpach. Znak. Kraków 2010.

R. Dawkins. Najwspanialsze widowisko świata. Wydawnictwo CIS. Stare Groszki 2010.

T. Grandin. Zrozumieć zwierzęta. Media Rodzina. Poznań 2011.

G. W. Leibnitz. Zasady filozofii, czyli monadologia. w: G. W.  Leibniz. Wyznanie wiary filozofa. Rozprawa metafizyczna. Monadologia. Zasady natury i łaski oraz inne pisma filozoficzne. PWN. Warszawa 1969.

E. L. Mascall. The Christian Universe. Darton, Longman and Todd 1971. Podaję za: A. Linzey. Teologia zwierząt. WAM. Kraków 2010.

Św.Paweł. List do Rzymian. Biblia. Święty Wojciech Wydawnictwo. Poznań 2009.