statsy

czwartek, 16 sierpnia 2012

Prosta tabelka

Mam tak, że jak czytam jakiś tekst, dajmy na to, z lutego 2010 roku, albo wspominam coś, co się wydarzyło, powiedzmy, w grudniu 2009, to sobie myślę: - To było jeszcze przed Smoleńskiem.

10 kwietnia 2010 to jest cezura. Każdy, kto od lat czyta mojego bloga, a nie jest idiotą pytającym o to, skąd ludzie mieliby prąd gdyby państwa nie było, już dawno zauważył, że po 10 kwietnia 2010 piszę inne rzeczy od tych, które pisałem wcześniej. No piszę inne teksty, bo jak niby mam pisać takie same, skoro stało się to, co się stało? A czy byłem zaskoczony tym, co się stało, czy może taki ze mnie twardziel i znawca życia, że wcale zaskoczony nie byłem? Otóż byłem zaskoczony, bardzo, ale po 10 kwietnia 2010 rzetelnie pracowałem i już mi to zaskoczenie minęło.

Bo wiecie, ja to bym chciał tylko czytać sobie filozofów, smakować sztukę, wódkę pić i prowadzić gaduły z kapitalnymi ludźmi, ale nie da się tak, jak ja bym chciał. Nie szukam kłopotów, nie latam za zmartwieniami, ale od jakiegoś czasu dobrze wiem, że kłopotów i zmartwień szukać nie trzeba, bo one przyjdą. Najlepsze co kiedykolwiek ktoś powiedział, to dla mnie to, co powiedział Jezus, mianowicie: - Dosyć ma dzień każdy swojej biedy (Mt 6,34). Rozumiecie, co Jezus mówi? Czy ktokolwiek kiedykolwiek powiedział coś lepszego?

***

Moim zdaniem trzeba słuchać i czytać Zybertowicza, który jest socjologiem i który mówi mnóstwo ważnych rzeczy, ale też trzeba słuchać i czytać Coryllusa, który w jednym zdaniu potrafi pokazać sedno sprawy, na przykład w takim zdaniu (mniej więcej, bo to nie jest cytat), że wedle planu pomyślanego ponad naszymi, polskimi głowami, nasza piękna Polska ma być komórką na niemieckie miotły. Tak to już jest, że jednym razem najlepszy jest naukowy wykład (jeśli chodzi o koty, to bardzo cenię sobie naukowe teksty traktujące o kotach, a lekce sobie ważę wszelkie bajki, które ludzie o kotach opowiadają - kiedyś dam o tym osobny tekst), a znowu innym razem najlepsza jest baśń albo sentencja, chociażby w rodzaju tych, jakie Dávila pisał.

***

Znalazłem takie coś:



fotka stąd

Jak ktoś rozumie, co powiedziano w tej tabelce, to mu niepotrzebni Mises, Hayek czy Nozick. Ale jak ktoś nie rozumie co w tabelce powiedziano, to mu Mises, Hayek czy Nozick nie pomogą.

poniedziałek, 23 lipca 2012

Trzeba przyjąć dogmat

Wojciech Sadurski napadł na Roberta Gwiazdowskiego, między innymi przyczepiwszy się tej oto wypowiedzi, którą dał Gwiazdowski:

Kiedy w stanie wojennym śledzili mnie na uniwersytecie jacyś ubecy, musieli się porządnie nachodzić, by czegokolwiek się o mnie dowiedzieć. A teraz urzędnik wpisuje do systemu mój PESEL i dowiaduje się o mnie wszystkiego. Mało tego, dziś sam na siebie muszę składać donosy: każe mi się wypełniać PIT, a jeśli cokolwiek przeoczę, urząd skarbowy nałoży na mnie karę.

Sadurski tę wypowiedź przytoczył i już na Gwiazdowskiego naskoczył pisząc:

Przykłady niegodziwości socjalistycznego państwa Prezydent Gwiazdowski mógłby dalej przytaczać. Oto np. w socjalistycznym sklepie samoobsługowym musi przy kasie składać na siebie donos, dotyczący tego, co kupuje, a jeśli coś przeoczy i zamiast do koszyczka, włoży sobie smakołyk do kieszeni, sklep albo jakiś urząd gotów na niego nałożyć karę.

W akcie czwartym, scenie trzeciej Hamleta jest taki dialog:

KRÓL
Hamlecie, gdzie Poloniusz?

HAMLET
Na kolacji.

KRÓL
Na kolacji? Gdzie?

HAMLET
Nie tam, gdzie on je, ale tam, gdzie jego jedzą
.

Po raz pierwszy czytałem Hamleta w podstawówce i moi kumple (niektórzy) też wtedy po raz pierwszy czytali Hamleta, i jakoś wszyscy rozumieli, że jest różnica między kolacją, podczas której ktoś coś je, a kolacją, w trakcie której tego kogoś jedzą. Wydaje się, że Sadurski powinien rozumieć, że jest różnica między sytuacją, w której ktoś musi oddać zarobione przez siebie pieniądze, a sytuacją, w której ktoś chce komuś innemu coś zabrać, na przykład poprzez kradzież towarów w sklepie. Tak się wydaje, ale Sadurski tego nie rozumie.

Sadurski nie rozumie podstawowych kwestii i już kiedyś o tym napisałem, cytując Wolniewicza:

W książce Bogusława Wolniewicza Filozofia i wartości, jest tekst zatytułowany W sprawie kary głównej, który zaczyna się tak:

Z powodu mojej wypowiedzi o karze śmierci ("Życie", 30 stycznia 2001) nieznany mi skądinąd p. Wojciech Sadurski próbuje mnie oczernić ("Rz", 1 lutego 2001). Uraziło go moje zdanie, że przeciwnicy tej kary niszczą ludzkie poczucie sprawiedliwości i stają się przez to współwinni narastającej fali zbrodni. (...) Sadurski pyta mnie retorycznie, czy "ci, którzy się sprzeciwiają cenzurze obyczajowej czasopism, są współwinni demoralizacji nieletnich" - jakby nie rozumiał, że oczywiście są. Może naprawdę nie rozumie, mniejsza z tym
.

Moim zdaniem Sadurski naprawdę nie rozumie, ale zgadzam się z Wolniewiczem, że mniejsza z tym. Nas nie powinny obchodzić poziom intelektualny i poziom moralny całego tego lewactwa, bo raz na zawsze powinniśmy przyjąć za dogmat, że lewactwo to jest klasa ludzi niekumatych i szkodliwych (nie mówię o takich ludziach jak Mao, bo Mao był prawdziwym władcą, cholernie kumatym człowiekiem, który umiał tak zrobić, że nawet Kissinger co chwilę latał z USA do Chin i z powrotem, bo Mao sobie wymyślił, że zada szyku na arenie międzynarodowej i sprowadzi Nixona do Pekinu; no i sprowadził; a po tym, jak 25 października 1971 w Organizacji Narodów Zjednoczonych przegłosowano, że Pekin zastąpi Taipei w ONZ-cie, Mao przeglądał wyniki głosowania i żartując ze swoimi dyplomatami powiedział: - Wielka Brytania, Francja, Holandia, Belgia, Kanada, Włochy - oni wszyscy stali się hunwejbinami).

Nie mówię zatem o ludziach pokroju Mao, tylko o tych wszystkich lewackich biedach, które pośród innych osobliwości kultywują ideę utylitaryzmu. Każdy normalny człowiek wie, że utylitaryzm to jedna z największych głupot, jakie wymyślili ludzie i że jeśli człowiek chce rzetelnie stać na pozycjach utylitarnych, to musi zrezygnować z logiki i tego, co powszechnie określa się mianem doświadczenia życiowego.

Utylitarne lewactwo bardzo ceni sobie życie, do tego stopnia je ceni, że jest za zakazem kary śmierci, nawet w przypadku ludzi, którzy zamordowali kilkudziesięciu innych ludzi. Utylitarne lewactwo do tego stopnia ceni sobie życie, że jest za tym, aby każdy mógł wybrać moment swojej śmierci i żeby miał prawo do tego, aby inni ludzie go zabili. Utylitarne lewactwo jest za eutanazją, a więc za tym, żeby jedni ludzie mogli zabijać innych ludzi, czyli za tym, żeby jedni ludzie mogli decydować o swoim życiu i swojej śmierci, a drudzy ludzie mogli tych pierwszych zabijać, jeśli ci pierwsi o to poproszą, a jednocześnie to samo utylitarne lewactwo utrzymuje, że człowiek nie powinien mieć prawa do decydowania o tym, co zrobi z całością zarobionych przez siebie pieniędzy. Utylitarne lewactwo nie widzi różnicy między kolacją, na której ktoś coś je, a kolacją, na której tego kogoś jedzą.

Utylitarne lewactwo jest przeciwko karze śmierci, a zatem przeciwko zabijaniu dorosłych ludzi za to, że ci zamordowali innych ludzi, a jednocześnie chce, aby ludzie mieli prawo zabijać malutkie dzieci w łonie matki.

W roku 1997 Ronald M. Green opublikował atrykuł zatytułowany Parental Autonomy and the Obligation Not to Harm One's Child Genetically (Journal of Law, Medicine & Ethics, 25, 5-15), który to artykuł został opublikowany po polsku pod tytułem Autonomia rodziców a obowiązek niewyrządzania genetycznej szkody swoim dzieciom w książce Początki ludzkiego życia wydanej w roku 2010 przez Universitas. W swoim tekście Green opisuje dwa, jak to nazywa, prowokujące przypadki, z których pierwszy jest przypadkiem hipotetycznym, klasycznym w literaturze przedmiotu (tekst Greena jest z roku 1997 i nie mam pojęcia, jak dzisiaj wygląda sytuacja w dziedzinie, do której można zakwalifikować pierwszy przypadek, ale to nie ma istotnego znaczenia).

Pierwszy przypadek jest taki, że mamy głuchych małżonków, którzy odziedziczyli głuchotę po swoich rodzicach. Kobieta zachodzi w ciążę i małżeństwo odwiedza konsultanta genetycznego, chcąc, aby ów konsultant poddał płód badaniom na obecność "genu głuchoty". Konsultant przeprowadza badania, których wyniki pokazują, że płód jest głuchy, w związku z czym konsultant stwierdza, że sprawa jest oczywista i że jak najbardziej głuche dziecko nadaje się do wyskrobania. A wtedy rodzice mówią, że nie, że jest na odwrót - oni chcą głuchego dziecka, bo przy głuchym dziecku, takim, jak oni sami, będą czuć się swobodniej, natomiast wyskrobaliby dziecko słyszące.

Drugi przypadek jest prawdziwy. Idzie o achondroplazję, czyli, mówiąc najogólniej, chorobę dziedziczoną autosomalnie dominująco i powodującą karłowatość. No i było małżeństwo, które zleciło badania swojego płodu. Ci ludzie od razu powiedzieli, że kobieta urodzi tylko dziecko karłowate, natomiast dziecko zdrowe wyskrobie.

Jeśli ktoś do dzisiaj myślał, że wszystkie te badania są po to, żeby, wedle ideologii utylitarystycznej, skrobać dzieci chore w celu zaoszczędzenia im cierpienia, niech wyłączy kompa,  telewizor i komórę, niech otworzy butelkę wódki i pomyśli wieczorem nad tymi dwoma opisanymi przypadkami. I niech spróbuje rzetelnie znaleźć odpowiedź na pytanie o to, po co są te badania.

Na koniec powtórzę - nas nie powinny obchodzić poziom intelektualny i poziom moralny całego tego lewactwa, bo raz na zawsze powinniśmy przyjąć za dogmat, że lewactwo to jest klasa ludzi niekumatych i szkodliwych. Kto tego nie przyjmie za dogmat, ten przegra mecz zanim sędzia zagwiżdże po raz pierwszy.

wtorek, 26 czerwca 2012

W naszym kraju

W naszym kraju niektóre tresowane tygrysy istnieją, jakkolwiek nie istnieją niektóre żółte tygrysy.

Niektórzy mówią, że to dobrze, niektórzy mówią, że to źle.

Tu muszę być precyzyjny, bowiem w naszym kraju istnieją cztery klasy ludzi, którzy zajmują stanowisko zarówno w kwestii istnienia tygrysów tresowanych, jak i w kwestii istnienia żółtych tygrysów:

A. Ludzie, którzy mówią, że to dobrze, iż naszym kraju niektóre tresowane tygrysy istnieją, i że to dobrze, iż w naszym kraju nie istnieją niektóre żółte tygrysy.

B. Ludzie, którzy mówią, że to źle, iż naszym kraju niektóre tresowane tygrysy istnieją, i że to źle, iż w naszym kraju nie istnieją niektóre żółte tygrysy.

C. Ludzie, którzy mówią, że to dobrze, iż w naszym kraju niektóre tresowane tygrysy istnieją, ale źle, że w naszym kraju nie istnieją niektóre żółte tygrysy.

D. Ludzie, którzy mówią, że to źle, iż w naszym kraju niektóre tresowane tygrysy istnieją, ale dobrze, że w naszym kraju nie istnieją niektóre żółte tygrysy.

W naszym kraju przedkłada się czułe oznaki wiosny i ptaki skromnie odziane, ponad cele odległe.

Niektórzy mówią, że to dobrze, niektórzy mówią, że to źle.

Matka dziecka, która nie jest w stanie kupić dziecku leków mówi, że to źle.

Ta matka mówi, że to źle, jakkolwiek mówiąc, że to źle, kiedy czułe oznaki wiosny i ptaki skromnie odziane przedkłada się ponad cele odłegłe, wychodzi z punktu, w którym utrzymywała, że dobrze jest ponad cele odległe przedkładać czułe oznaki wiosny i ptaki skromnie odziane.

Ta matka teraz jest bardzo daleko od punktu, w którym utrzymywała, że dobrze jest ponad cele odległe przedkładać czułe oznaki wiosny i ptaki skromnie odziane. Tej matki nie interesują teraz czułe oznaki wiosny i ptaki skromnie odziane. Ona ich w ogóle nie widzi. Powiem to jeszcze raz: ona w ogóle ich nie widzi. A cele odległe widzi? Tak, widzi, i dlatego ma kłopot, bo w naszym kraju przedkłada się czułe oznaki wiosny i ptaki skromnie odziane, ponad cele odległe.

Teraz dam groźby niekaralne.

Groźba pierwsza:

Jeżeli Bartek (BD) nie pochwali mnie za ten tekst, to aż do soboty nie wyślę Mu ani jednego sms-a, nawet w darmowej taryfie.

Groźba druga:

Jeżeli za ten tekst nie pochwali mnie Coryllus, to dzisiaj, aż do północy, nie przeczytam ani jednego Jego tekstu, które wiesza u Nicka, a do tej pory czytam wszystkie i niektóre bardzo lubię.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Posypywanie truskawek

Wirtualna Polska donosi:

Po drugiej rocznicy katastrofy smoleńskiej Centrum Badania Opinii Społecznej po raz kolejny zapytał Polaków o opinie na ten temat.

Nie bardzo precyzyjny jest to tekst, bo z tekstu nie wynika, o jaki temat chodzi, ale mniejsza z tym – wiadomo, co redaktor wp.pl chciał powiedzieć. CBOS zadał ludziom takie pytanie:

Czy uważa pan(i), że prezydent Lech Kaczyński mógł ponieść śmierć w wyniku zamachu?

Ludzie różnie odpowiadali, a wyniki ankiety są takie:

zdecydowanie nie: 38%
raczej nie: 25%
raczej tak: 17%
trudno powiedzieć: 12%
zdecydowanie tak: 8%

Wygląda na to, że jedyni przytomni to ci, których jest 8% i którzy odpowiedzieli, że tak, zdecydowanie tak, Lech Kaczyński mógł zginąć w zamachu. Ci, którzy twierdzą coś innego niż to, że Lech Kaczyński zdecydowanie mógł zginąć w zamachu, muszą wybrać jedno z dwóch poniższych twierdzeń albo obydwa te twierdzenia:

- nie jest możliwe, żeby Lech Kaczyński zginął w zamachu, bo nie było możliwe przeprowadzenie zamachu na Lecha Kaczyńskiego
- nawet gdyby przeprowadzono zamach na Lecha Kaczyńskiego, to nie jest możliwe, żeby Lech Kaczyńśki w tym zamachu mógł zginąć.

Mnie się wydaje, że zarówno twierdzenie, iż nie było możliwe przeprowadzenie zamachu na Lecha Kaczyńskiego, jak i twierdzenie, wedle którego nawet gdyby zamach na Lecha Kaczyńskiego został przeprowadzony, to Lech Kaczyński nie mógł w tym zamachu zginąć, nie mają jakichkolwiek podstaw poza metafizycznym przekonaniem tych, którzy takie twierdzenia głoszą. No ale ja jestem wariat i zamiast gównem, posypuję truskawki cukrem.

sobota, 23 czerwca 2012

Nie dlatego A, że B, tylko dlatego B, że A


W salonie24 na odcinku wmawiania publiczności, że ci, którzy mają jakiekolwiek wątpliwości w kwestii śmierci generała Sławomira Petelickiego to głupki, uaktywnił się Wojciech Sadurski. Jak się Sadurski uaktywnił, to na odcinku napadania na Sadurskiego uaktywniło się wielu blogerów. Ci blogerzy na Sadurskiego się wściekają, o nim niepochlebne rzeczy piszą, a że Sadurski za bardzo z blogerami gadać nie chce (pod notką Nie wierzę w samobójstwo... są 282 komentarze, z czego jeden komentarz Sadurskiego), to blogerzy wściekają się jeszcze bardziej.

Ja uaktywniłem się na odcinku zadania pytania Sadurskiemu. Pod tekstem Nie wierzę w samobójstwo..., w którym to tekście Sadurski wyśmiewa miłośników teorii spiskowych, wedle których to teorii istnieją zjawiska takie, jak tajemnicze mordy czy zabójstwa, zadałem takie pytanie:

No dobrze, ale Pan w ogóle wierzy w to, że czasami jacyś ludzie zabijają innych ludzi, czy Pan w takie rzeczy nie wierzy?

Rzecz jasna Sadurski na moje pytanie nie odpowiedział i w ten sposób zakończyłem swoją aktywność na wspomnianym odcinku.

A znowu kokos26 zacytował fragmenty tekstów Sadurskiego napisanych z okazji śmierci Andrzeja Leppera, pierwszej rocznicy Smoleńska i wypowiedzi Kazimierza Kutza, który nawiązując do raportu Kaliszowej komisji, o JarKaczu i Ziobrze powiedział: Oni zamordowali niewinną kobietę.

kokos26 swój tekst kończy tak:

Jednym słowem dla profesora Sadurskiego są na tym świecie ohydztwa, polityczne rozbebeszanie, wyrażanie pogardy. Z drugiej zaś strony jeżeli już jest coś na rzeczy to zaledwie hiperbole, parabole i interpretacje.

Ludzie, którzy wściekają się na Sadurskiego, wściekają się, że tak powiem, na jałowym biegu. Bokser wagi ciężkiej walący w worek treningowy rzetelnie pracuje, ale bokser uderzający z całą siłą w watę cukrową pracuje na jałowym biegu - treningowa praca boksera wtedy ma sens, kiedy bokser wali albo w odpowiednio masywny worek, albo w stosownego sparingpartnera.

Wściekać się w związku z tym, że ktoś coś powiedział albo napisał, i w ogóle brać na warsztat to, co ktoś powiedział lub napisał, można na dwa sposoby - albo koncentrując się na samej wypowiedzi, albo na szerszym kontekście. Zauważcie, że nikt przytomy nie dyskutuje z takimi postaciami jak Kora, Doda, Kuba Wojewódzki czy Michał Sutowski, ten z Krytyki Politycznej. Owszem, czasami zdarza się, że warto zająć się kontekstem, określonym, istotnym kontekstem, związanym z jakąś wypowiedzią wspomnianych osób (w przypadku Sutowskiego są to głównie teksty, w przypadku Kory, Dody czy Wojewódzkiego - wypowiedzi ustne), ale Kora, Doda, Wojewódzki czy Sutowski w tym kontekście, określonym, istotnym kontekście, zajmują mało znaczącą pozycję, bo niby jakim cudem mogliby zajmować pozycję znaczącą? Czasami znowu tak jest, że na tapetę trzeba wziąć samą wypowiedź, bo jest ważna, bo ma duży ciężar gatunkowy, bo autor tej wypowiedzi jest kimś znaczącym - w określonym, istotnym kontekście. A kto, na ten przykład, jest (lub był) znaczący w kontekście, który mam na myśli? Ano ś.p. Janusz Kochanowski. I Barbara Fedyszak-Radziejowska. I Adam Michnik.

***

W książce Bogusława Wolniewicza Filozofia i wartości, jest tekst zatytułowany W sprawie kary głównej, który zaczyna się tak:

Z powodu mojej wypowiedzi o karze śmierci ("Życie", 30 stycznia 2001) nieznany mi skądinąd p. Wojciech Sadurski próbuje mnie oczernić ("Rz", 1 lutego 2001). Uraziło go moje zdanie, że przeciwnicy tej kary niszczą ludzkie poczucie sprawiedliwości i stają się przez to współwinni narastającej fali zbrodni. (...) Sadurski pyta mnie retorycznie, czy "ci, którzy się sprzeciwiają cenzurze obyczajowej czasopism, są współwinni demoralizacji nieletnich" - jakby nie rozumiał, że oczywiście są. Może naprawdę nie rozumie, mniejsza z tym.

Otóż Sadurski to nie worek treningowy, ani nie stosowny sparingpartnetr, tylko wata cukrowa, a to dlatego, że Sadurski podstawowych spraw najzwyczajniej w świecie nie rozumie. Być może napiszę dłuższy tekst o tym, kto to liberałowie, a kto to - wedle terminologii triariusa - leberałowie i czy liberał musi zostać leberałem (już trochę ten tekst Nickowi zapowiedziałem, ale nie, że całkiem zobowiązująco :-), na razie jednak zakończę notkę tą oto tezą: Sadurski nie dlatego nie rozumie najprostszych rzeczy, że jest leberałem (a jest), tylko dlatego jest leberałem, że nie rozumie najprostszych rzeczy.

środa, 20 czerwca 2012

Tragikomedia

Nawet TVN24 donosi o tym, że prokuratura zleciła CBA prowadzenie śledztwa w sprawie ewentualnych wałków przy budowie autostrady A2. W walterowni i innych reżimowych mediach muszą mieć niezłą schizę przy okazji podawania takich wiadomości. No bo z jednej strony źle, że w państwie rządzonym przez Tuska cokolwiek mogłoby być nie tak, ale z drugiej strony w państwie rządzonym przez Tuska sprawnie działają prokuratura i CBA. Taka schiza występuje za każdym razem: dobrze to, że w Tuskolandii ludzi się nie morduje, tylko sami się zabijają, czy może źle, że aż tylu ich się zabija? Czy to dobrze, że w Smoleńsku nie było zamachu, czy może źle, że Tuskolandia nie potrafiła ochronić tego samolotu nawet wtedy, kiedy na samolot nikt się nie zamachnął?

Reżimowe media od paru lat są w bardzo trudnej sytuacji, bo nie jest łatwo, zamiast rzetelnego podawania informacji,  mówić o czymś tak, żeby osiągnąć zamierzony efekt - co prawda tuskowa publiczność nie jest za bardzo wymagająca, ale ta publiczność się kruszy, jest jej coraz mniej i trzeba coraz bardziej się narobić, żeby stosowny kit skutecznie sprzedać odpowiednio dużej części ludu, który jest suwerenem. Co prawda o pewnych rzeczach można nie mówić (jak choćby o śmierci Jerzego Pronobisa, który być może popełnił samobójstwo trzy dni po tym, jak samobójstwo popełnił Sławomir Petelicki), niemniej jednak o innych mówić trzeba, bo tego, o czym reżimowe media najchętniej by nie mówiły, najzwyczajniej w świecie jest za dużo.

Żyjemy w kraju, w którym ludzie publicznie wygłaszają oświadczenia o tym, że nie zamierzają popełnić samobójstwa, a Krazue rysuje coś takiego:



Oczywiście czegoś takiego nie rysuje Mleczko.

Żyjemy w kraju, w którym celebryta powiada w telewizji rządowej, że dla niego Smoleńsk jest materiałem na tragikomedię.

Żyjemy w kraju, w którym drogi nie zostały zbudowane, a firmy zatrudnione do budowy bankrutują, bo nie dostały pieniędzy za swoją pracę. Żyjemy w kraju, w którym miliony ludzi nie rozumieją, że co prawda dróg nie pobudowano, kasy ludziom nie zapłacono, ale ta kasa gdzieś jest, bo przecież nikt nie spalił kilkuset kilogramów czy kilku ton banknotów.

W najnowszych PRESSJACH Wojciech Jakóbik omawia 29. numer Krytyki Politycznej poświęcony Chinom, no i przy okazji referowania tekstu Hui Wanga, który pisze o tym, że w Chinach doszło do opisywanej przez Carla Schmitta neutralizacji idei przez kapitał, stawia następujące pytanie: Czy pod tym względem Chiny nie są podobne do Polski? Czy i u nas nie obowiązuje umowa zakładająca, że władza będzie miała pełną swobodę działań, o ile pozwoli obywatelom na swobodne bogacenie się?

Podkreśliłem sobie to zdanie Jakóbika i opatrzyłem je śmieszkiem, o tak:

Swobodne bogacenie się - no rewelacja! Ciekawe kiedy ci wszyscy biedni ludzie, którzy nie rozumieją niczego z otaczającego ich świata, dla których Smoleńsk jest materiałem na tragikomedię, i którzy jednego tylko chcą: aby im pozwolono swobodnie się bogacić, zakumają, jak się sprawy mają naprawdę i że sami są materiałem na tragikomedię? Po tym, jak im dowalą katastralny czy wtedy też nie?

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Cud

David Hume był wielkim twardzielem, bo każdy empirysta to wielki twardziel. No i ten twardziel Hume w swoim dziele zatytułowanym Badania dotyczące rozumu ludzkiego jeden rozdział poświęcił cudom. Ho, ho, ho! - możecie sobie pomyśleć - pewnie teraz wyrus napisze, jaki to ten Hume głupi, że aż cały rozdział poświęca nieistniejącemu takiemu x, że x całym tym cudem jest.

Ja jednak tak nie napiszę, bo powtarzam - Hume był empirystą, czyli twardzielem, i co tam sobie prywatnie myślał, to myślał, ale w swoich pismach starał się być rzetelny i istnienia takiego x, że x jest cudem nie wykluczył, natomiast stwierdził, że właściwie nie idzie rozpoznać czy zaszło takie x, że x jest cudem.

Wywód Hume'a, posługując się cytatami, można streścić w taki oto sposób: cud jest zakłóceniem praw przyrody, które to prawa opierają się na niewzruszonym i niezmiennym doświadczeniu, z czego wynika, że sama natura dostarcza nam najpełniejszego z możliwych dowodu przeciwko występowaniu cudów, czyli dowodu z doświadczenia. Istota argumentacji Hume'a zawarta jest w tych twierdzeniach:
1. Musi istnieć jednostajne doświadczenie przemawiające przeciw każdemu zdarzeniu cudownemu; inaczej zdarzenie nie zasługiwałoby na tę nazwę.

Moja eksplikacja tego twierdzenia: żeby uznać za cud to, że Stefan Niesiołowski przyszedł do jakiegoś programu w telewizji i w tym programie nie nawyzywał ludzi, moglibyśmy tylko wtedy, gdybyśmy nie mieli takiego jednostajnego doświadczenia, że Stefan Niesiołowski zawsze wyzywa ludzi.
2. Ponieważ jednostajne doświadczenie ma znaczenie dowodu, przeto mamy tutaj bezpośredni i całkowity dowód wynikający z natury faktu przeciw istnieniu jakichkolwiek cudów; i tylko dowód przeciwny, wyposażony w większą siłę przekonującą, może taki dowód obalić i uczynić cud wiarygodnym.

Myślę, że tutaj moje wyjaśnienie nie jest potrzebne.
3. Wynika stąd w sposób jasny (a jest to zasada ogólna, godna naszej uwagi) że "żadne świadectwo nie wystarcza do wykazania autentyczności cudu, jeżeli nie jest ono tego rodzaju, że jego fałszywość byłaby większym cudem aniżeli fakt, który ma być na jego podstawie wykazany, a nawet w tym wypadku argumenty wzajemnie się niweczą i silniejszy daje nam pewność odpowiadającą jedynie temu stopniowi siły, który pozostaje po odjęciu siły argumentu słabszego".

Moja eksplikacja: Hume twierdzi, że nawet jakby jakiś cud się wydarzył, to nie możemy uznać, że się wydarzył, bo owego uznania zabraniają nam prawa racjonalności.

Argumentacja Hume'a jest mniej więcej tyle warta, ile argumentacja Freuda, u którego nieracjonalność wierzeń religijnych jest założeniem wywodu, a nie konkluzją, co przytomnie (w kwestii Freuda) stwierdziła Linda Trinkaus Zagzebski, ale też wielu innych ludzi. Mnie bardzo ciekawi, co o cudach napisałby Hume gdyby żył dzisiaj i gdyby znał ustrojstwo takie jak monitoring. Czy stwierdziłby, że nawet gdyby monitoring nagrał jakieś wydarzenie uznawane na cud, to i tak nie moglibyśmy tego wydarzenia za cud uznać, bo przecież monitoring może się mylić, czy najzwyczajniej w świecie stwierdziłby tę oczywistą prawdę, że jednostajne doświadczenie pokazuje, iż żaden monitoring, choćby był zainstalowany w tak prestiżowych miejscach jak luksusowe apartamentowce czy wieże szympansów, nigdy i nigdzie nie nagrał żadnego cudu?