statsy

niedziela, 16 grudnia 2012

Czy Woodwardowie i Bernsteinowie wyginęli?


Nickowi kiedyś powiedziałem, że moim zdaniem, gdyby Bob Woodward i Carl Bernstein trafili na aferę w wykonaniu nie republikanów, tylko demokratów, to by tę aferę opisali w Washington Post, zupełnie tak, jak napisali o Watergate. Nicek na to stwierdził: - No nie wiem.

Nie da się sprawdzić, co by się stało, gdyby Woodward i Bernstein trafili na aferę w wykonaniu demokratów, w każdym razie Woodward i Bernstein w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku nie byli jedynymi amerykańskimi dziennikarzami; gdyby nie napisali oni, napisałby ktoś inny.

Wklejam pierwszy filmik z zapisem wystąpienia Barbary Fedyszak-Radziejowskiej w gdańskim Akwenie:


Później idą dwa kolejne odcinki tego zapisu.

Fedyszak-Radziejowska mówi wiele ciekawych rzeczy i, między innymi, nawiązując do tych wszystkich afer w wykonaniu dzisiejszych kierowników Polski, pyta publiczność o to, jak to się dzieje, że ani prokuratorzy, ani inni prawnicy, ani policjanci, ani przede wszystkim dziennikarze, choćby nieliczni, nie chcą zrobić dużej zawodowej kariery na dojściu do prawdy w którejkolwiek z tych licznych afer. No jak to się dzieje?

Kiedy Fedyszak-Radziejowska zadała pytanie, ludzie od razu odpowiedzieli: - Seryjny samobójca!

Jasne, że trochę w tej odpowiedzi żartu, ale też trochę nie, jednak jestem zdania, że seryjny samobójca nie tłumaczy wszystkiego, że nie trzeba aż hipotezy seryjnego samobójcy do tego, żeby w kwestii tego, o co zapytała Fedyszak-Radziejowska, było tak, jak jest teraz.

Odpowiedź na pytanie o to, czego trzeba, aby było tak, jak jest teraz, jest jedną z najważniejszych odpowiedzi, albowiem odpowiedź na pytanie o to, co sprawia, że nie ma dziennikarzy chcących zrobić karierę na dojściu do prawdy, jest ważniejsza od tego, że dzisiejsi kierownicy Polski nie umieją zbudować drogi i jest ważniejsza nawet od tego, że w drugiej dekadzie XXI wieku polskie szpitale nie przyjmują chorych dzieci.

sobota, 1 grudnia 2012

Michał Boni powiedział


Niezalezna.pl pisze:

Okazuje się, że to Michał Boni stanie na czele rządowej rady monitorującej przejawy „mowy nienawiści”. Ministrowi, zarejestrowanemu przez SB jako TW "Znak", nie podobają się m.in. treści kazań głoszonych w kościołach.

Moja teza jest taka, że zawsze gdzieś tam na początku jest moralność, zawsze gdzieś tam na początku jest etyka, zawsze gdzieś tam na początku jest cnota (tak, jak cnotę rozumieli Grecy czy św. Tomasz z Akwinu – ci ludzie dobrze wiedzieli, co to jest cnota i po co jest cnota; temat jest olbrzymi i nie ma tu miejsca na osobny wykład dotyczący moralności, etyki i cnoty). Niezależna oddała dobry strzał przypominając, że Boni był współpracownikiem komunistycznej bezpieki. To, że twierdzę, iż niezalezna.pl oddała dobry strzał pisząc, że Boni był współpracownikiem komunistycznej bezpieki, nie jest mową nienawiści, albowiem już w roku 2007 Boni przyznał się do współpracy, o czym Gazeta Wyborcza napisała tak:

Michał Boni, wymieniany jako kandydat na ministra pracy w rządzie Donalda Tuska przyznał się do podpisania deklaracji współpracy z SB. Jak tłumaczył, zrobił to w 1985 roku pod wpływem szantażu. - Jest mi wstyd i żałuję. Przez wiele lat żyłem z presją tego upokorzenia i lęku przed utratą twarzy. W końcu jednak uznałem, że od strachu, upokorzenia i poczucia błędu, ważniejsza jest pokora - mówił Boni na konferencji.

I teraz tak – kiedy człowiek wie, że Boni współpracował z komunistyczną bezpieką, to weźmie pod uwagę ów fakt współpracy dokonując oceny Boniego. To, jak kto Boniego oceni, jest pochodną tego, jakie kto wyznaje poglądy w kwestii moralności, etyki czy cnoty. Znowu – to duży temat, którego teraz rozwijać nie mogę, ale też nie martwię się tym, że nie mogę, bo przecież nie piszę dla idiotów.

Niezalezna.pl pisze dalej tak:

Na antenie radia TOK FM Boni zapewniał, że rząd nie wprowadza cenzury, choć w dalszej części swojej wypowiedzi tłumaczył, że wprowadzenie swoistej „tamy przeciwko obojętności na mowę nienawiści” jest konieczne.

Za cel swojej działalności Michał Boni obrał głównie internet oraz... kościoły, zwłaszcza te, w których księża w czasie homilii ośmielają się mówić krytycznie o władzy.

- Nie będzie żadnej cenzury. Nikt tu niczego nie będzie blokował. Chodzi o to, żeby po prostu troszkę inną normę wprowadzić w tym, co się dzieje na forach internetowych, ale też w kościołach w czasie niedzielnych kazań. Padają tam słowa poza normą deprecjonujące polski rząd – mówił Boni w TOK FM.

Oryginalne jest stwierdzenie Boniego, że rząd nie wprowadza cenzury, a jedynie zamiaruje wprowadzić tamę przeciwko obojętności na mowę nienawiści. Stwierdzenie Boniego pokazuje, że język to istotny element naszego życia, element, za pomocą którego można, między innymi, zrobić ludziom wodę z mózgu.

Kiedy na portalu niezalezna.pl przeczytałem te słowa, jakoby wypowiedziane przez Boniego: - Chodzi o to, żeby po prostu troszkę inną normę wprowadzić w tym, co się dzieje na forach internetowych, ale też w kościołach w czasie niedzielnych kazań. Padają tam słowa poza normą deprecjonujące polski rząd, - bardzo byłem ciekaw, czy Boni rzeczywiście tak powiedział. Wysłuchałem zatem rozmowy, którą z Bonim przeprowadziła Janina Paradowska (Paradowska jest jedną z tych dziennikarek, które mówią dlatego, bo – posłuchajcie od 2 minuty 52 sekundy). Okazało się, że Boni nie powiedział tak, jak niezalezna.pl napisała, że powiedział. Boni mianowicie powiedział tak (od 8 minuty 11 sekundy): - I oczywiście żadnej cenzury, nikt tu nie będzie niczego blokował, tak, tylko po prostu trzeba troszkę inną normę wprowadzić, tego, co się dzieje na forach, jak powiedziałem, ale tego co się dzieje podczas niedzielnych kazań w wielu kościołach, gdzie też padają słowa deprecjonujące, i to w sposób poza normą, polski rząd.

Nie wiem dlaczego ludzie z portalu niezalezna.pl po prostu nie przepisali dokładnie słów Boniego, ale warsztat ludzi z portalu niezalezna.pl nie jest istotny; istotne jest to, co powiedział Boni. A Boni powiedział, że on, Boni, wie, jaka powinna być norma, do której powinni stosować się księża wypowiadający podczas niedzielnych kazań słowa deprecjonujące polski rząd.

Jak już napisałem to ostatnie zdanie, to chciałem dać cytat z Richarda Rorty’ego, który kapitalnie wyśmiewa filozofów moralnych pytając o to, jakie to ci filozofowie mają kwalifikacje predestynujące ich do tego, żeby o moralności mówić coś ważniejszego, niż mówią pozostali ludzie. Zrezygnowałem jednak z tego cytatu, bo uznałem, że zamieszczenie fragmentu z tekstu Rorty’ego (z książki Filozofia jako polityka kulturalna) mogłoby skutkować tym, że niektórzy Czytelnicy uznaliby, że obrażam Ich inteligencję.

Dobra, istota sprawy jest taka, że Boni, który współpracował z komuszą bezpieką, dzisiaj, w roku 2012, idzie sobie do radyjka, gdzie w rozmowie z Paradowską obwieszcza, że on, Boni, jest strażnikiem, a może nawet twórcą, norm regulujących to, co księża mają mówić na kazaniach.

Wydawać się może, że nawet ci, którzy nic nie rozumieją z tego, co się wydarzyło w Mirosławcu i w Smoleńsku, którzy nie dziwi to, że do Polski sprowadzamy niemiecki cukier, którzy nie wyciągają żadnych wniosków z tego, że zadłużenie Polski wynosi około biliona złotych, którzy nie umieją odpowiedzieć na pytanie, gdzie się podziała forsa wydana na autostrady, skoro autostrad nie ukończono, a mnóstwo firm najęty do budowy zbankrutowało, powinni zrozumieć konsekwencje tego, o czym mówi Boni. Mnie się jednak nie wydaje, że każdy powinien zrozumieć to, co mówi Boni. Nie wydaje mi się dlatego, że wiem, iż ludzie są naprawdę świetni w sztuce nierozumienia rzeczy najprostszych. A o to, dlaczego ludzie są świetni w sztuce nierozumienia rzeczy najprostszych, pytajcie naukowców.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Przezwyciężenie metafizyki


Większość ludzi żyje sobie najzwyczajniej w świecie. Ludzie zakładają rodziny, chodzą do roboty, zarabiają, kupują telewizory, piją wódkę, okłamują te babki w banku w kwestii swoich dochodów po to, żeby dostać kredyt, robią mniejsze lub większe romanse na boku, oglądają meczyki w nogę, chodzą do kościoła, czasami idą na wojnę zabijać innych ludzi, głodują, chorują, zdrowieją. Normalne życie.

Jest jednak trochę takich ludzi, którzy dodatkowo porządkują sobie swoje widzenie świata. Ci ludzie koniecznie chcą stworzyć lub przejąć od kogoś, a później wyznawać jakąś teorię tłumaczącą świat. To są ci ludzie, którzy utrzymują, że teraz jest postmodernizm, albo że globalizacja, a Jadwiga Staniszkis szarżuje najbardziej i opowiada o usieciowieniu oraz o tym, że w dziedzinie epistemologii porządku nie trzeba nam już tomistycznego realizmu, bo to przeżytek, tylko trzeba nam czegoś innego, ale to już sobie sami doczytajcie, czego. Jakie jeszcze teorie wyznają ludzie? Ano takie, że społeczeństwo nie powinno się kłócić, tylko iść w jednym słusznym marszu, że musimy wrócić do jaskiń, bo jak nie, to umrze Matka Ziemia, że lepiej abyśmy, pod płaszczykiem pomagania Grecji, dawali te pieniądze niemieckim bankierom, aczkolwiek nikt nie wie co by się stało, gdybyśmy bankierom tej kasy nie dali.

Jedną z najciekawszych teorii wyznawanych przez ludzi, którzy jakieś teorie porządkujące świat muszą wyznawać, jest teoria, w myśl której religia umiera, a za to panuje nauka. Ludzie wyznający tę teorię powiadają o sobie, że oni mają światopogląd naukowy. Wyznawca światopoglądu naukowego to człowiek, który przezwyciężył metafizykę. To nic, że człowiek wyznający światopogląd naukowy nie całkiem wie, jak to z tym przezwyciężaniem metafizyki było, to nic, że nie ma pojęcia o tym, że metafizykę w najbardziej spektakularny sposób przezwyciężył Rudolf Carnap w klasycznym dziele opublikowanym w roku 1931 i zatytułowanym – uwaga, to spora niespodzianka - Przezwyciężenie metafizyki przez logiczną analizę języka; dość, że człowiek wyznający światopogląd naukowy metafizykę przezwyciężył. A jak przezwyciężył metafizykę, to automatycznie przezwyciężył wiarę w bogów i w ogóle wszelkie myślenie religijne tudzież magiczne. Człowiek racjonalny wie, że jak grzmi, to nie dlatego, że Zeus ciska pioruny, tylko dlatego, że coś się tam dzieje w chmurach no i z tego właśnie grzmi, a kiedy Waldek kocha Baśkę to nie dlatego, że Waldek ma jakąś miłość do Baśki, tylko dlatego, że w Waldku działa chemia, a mówiąc precyzyjniej, naukowo, w Waldku zachodzą określone procesy chemiczne, które skutkują tym, że Waldkowi się wydaje, że kocha Baśkę.

Tu chciałbym mocno podkreślić, że człowiek wyznający światopogląd naukowy nie jest idiotą, który uważa, że nauka znalazła już odpowiedzi na wszystkie pytania. O nie, człowiek wyznający światopogląd naukowy doskonale wie, że czeka nas jeszcze mnóstwo odkryć naukowych, które pozwolą nam lepiej rozumieć świat, w którym żyjemy. Człowiek wyznający światopogląd naukowy jest świadom tego, że nauka to nie jest jakieś hop siup, tylko że nauka to jest coś takiego, co wymaga stosownej metody, właściwych badań, no i czasu.

Podam przykład. Ludzie, którzy nie przezwyciężyli metafizyki, przede wszystkim katole, a osobliwie polscy katole, wierzą w to, że w Smoleńsku był zamach. Niewiele potrzebują do tej wiary. Ot, posłuchają bełkotu Macierewicza, poczytają GaPola albo tekst Gmyza i już wierzą w to, że w samolocie był wybuch. No musiał być wybuch, skoro znaleziono trotyl. W taki właśnie prosty sposób funkcjonują ludzie, którzy nie przezwyciężyli metafizyki. Co innego człowiek wyznający światopogląd naukowy. Otóż człowiek wyznający światopogląd naukowy doskonale rozumie, że kiedy prokuratorzy i biegli pobrali próbki i wstępnie zbadali je najnowocześniejszymi urządzeniami do wykrywania materiałów wybuchowych, to po dwóch miesiącach od tych badań wiedzą już, jako specjaliści, bardzo dużo. Wiedzą, że na tych próbkach być może znajdują się cząsteczki trotylu czy nitrogliceryny, ale też wiedzą, że tychże cząsteczek może nie być, natomiast mogą tam być cząsteczki kosmetyków albo namiotów. Człowiek, który nie przezwyciężył metafizyki nie rozumie tego, a człowiek wyznający światopogląd naukowy rozumie to doskonale.

A, i jeszcze jedno rozumie człowiek wyznający światopogląd naukowy, mianowicie to, że do tego, aby stwierdzić, czy najnowocześniejsze urządzenia wskazały materiały wybuchowe, czy może namioty, trzeba badań trwających mniej więcej pół roku, z tym, że najpierw zabezpieczone próbki muszą trochę poprzebywać w Rosji.

środa, 7 listopada 2012

Prorocy, jurodiwi oraz lud

Profetyzm to jest poważna sprawa. No bo ci prorocy piszą te swoje teksty, w których opisują co będzie i nie ma znaczenia, czy prorocy piszą w czasie przeszłym, teraźniejszym i przyszłym, albowiem prorocy zawsze opisują to, co dopiero będzie. A lud, kiedy już przeczyta teksty proroków, często jest zdezorientowany, gdyż nie wie, jakie zająć stanowisko wobec tego, co prorocy przepowiedzieli, że będzie. Lud nie wie, czy jakiś determinizm jest, ananke jakaś, czy jeszcze coś innego, co sprawia, że będzie co ma być i czy z tym czymś da się cokolwiek zrobić, skoro już prorocy obwieścili, co obwieścili.

Skoro będzie, co ma być – myśli sobie lud – to może lepiej nie wiedzieć, co ma być? Przecież jeżeli ma być coś złego, a lud się o tym dowie, to zamiast martwić się dopiero wtedy, kiedy to coś złego się zdarzy, lud zaczyna martwić się wcześniej, w momencie, kiedy pozna treść pism proroków.

Podam przykład ilustrujący tezę, że przepowiednie proroków często są niewygodne dla ludu. Oto jeden z tekstów proroka:

Gdzie strumyk płynie z wolna,
Rozsiewa zioła maj,
Stokrotka rosła polna
A nad nią szumiał gaj.

"W tym gaju tak ponuro,
Że aż przeraża mnie,
Ptaszęta za wysoko,
A mnie samotnej źle".

Wtem harcerz idzie z wolna:
"Stokrotko, witam Cię,
Twój urok mnie zachwyca,
Czy chcesz być mą, czy nie?"

Stokrotka się zgodziła
I poszli w ciemny las,
A harcerz taki gapa,
Że aż w pokrzywy wlazł.

A ona, ona, ona,
Cóż biedna robić ma?
Nad gapą pochylona
I śmieje się cha! cha!


Kiedy lud poznał to proroctwo, to już się wkurwił na tę stokrotkę; że ona zamiast żyć sobie w swoim naturalnym środowisku, bardzo przyjemnym, bo gaj, bo strumyk, bo ptaszęta, choćby i za wysoko, na to środowisko wybrzydzała, następnie harcerzowi we łbie namieszała, za nim w świat poszła, a kiedy harcerz popadł w poważne tarapaty, nie podała mu pomocnej ręki, tylko wyśmiała chłopaka.

Lud zatem wkurwił się na stokrotkę i to wkurwił się niejako na zapas, ponieważ stokrotka miała się dopiero pojawić w przyszłych pokoleniach. Kiedy już się pojawiła, to znowu lud, w tym nowszym pokoleniu, popadł w kałabanię, bo niektórzy mówili, że stokrotka to stokrotka, a inni utrzymywali, że to jednak nie stokrotka.

Takie rzeczy działy się i wcześniej, a najbardziej znanym przypadkiem jest przypadek Mesjasza. Wielu proroków pisało o Mesjaszu i kiedy przyszedł Jezus, jedni uznali Go za Mesjasza, a drudzy Go za Mesjasza nie uznali. Spór o to, czy Jezus jest Mesjaszem trwa już dwa tysiące lat. Bardzo dowcipnie opisał to Szewach Weiss (uwielbiam dowcip i nie tylko dowcip Szewacha Weissa), który w rozmowie z Anną Jarmusiewicz (Takie buty z cholewami. Wydawnictwo M. Kraków 2012) stwierdził, że my, chrześcijanie, dostaliśmy pół Mesjasza, a jak Jarmusiewicz zaprzeczyła, że pół, bo my uważamy, że to cały Mesjasz, to Weiss powiedział tak: - Ale to dobrze jest mieć nawet pół Mesjasza; ja się z tego bardzo cieszę, bo to przecież jest także Żyd.

Gołym okiem widać, że prorocy często przysparzają kłopotów ludowi. Prorocy potrafią nawet powiedzieć ludowi, że lud nie mieszka na zielonej wyspie, a to jedna z najgorszych rzeczy, jakie lud może usłyszeć. W związku z tym, że prorocy mówią ludowi złe rzeczy, lud generalnie nie lubi proroków, bardzo nie lubi.

I tak sobie myślę, że być może, kiedy już nie da się rady się być zwyczajnym człowiekiem, to lepiej być jurodiwym niż prorokiem. Taki jurodiwy to owszem, bardziej jest spektakularny od proroka, więcej ludzi o nim wie, bo sobie o nim poczytają w Necie i zobaczą go w telewizorze; co prawda więcej ludzi śmieje się z jurodiwego niż z proroka, ale za to lud uważa, iż jurodiwy jest mniej od proroka szkodliwy, bo jurodiwego zawsze można wywalić z roboty. Rzecz jasna lud się myli, gdyż nie wie tego, o czym napisał Dostojewski w liście do nieznanego adresata, mianowicie, że dziwy dzieją się między ludźmi, kiedy taka zjawa, jak książę Myszkin, raptem wśród nich na chwilę zamieszka. Zjawa znika swoim zwyczajem, a dziwy zostają.

wtorek, 6 listopada 2012

I tak mamy lepiej niż mają w Korei Północnej

W swoich wystąpieniach Andrzej Zybertowicz mówi między innymi o tym, że mnóstwo ludzi, którzy czegoś się tam dowiedzą, w związku z tą świeżo nabytą wiedzą odczuwa potrzebę natychmiastowego wypracowania ostatecznej konkluzji. Zybertowicz podkreśla, że owa potrzeba jest cechą ludzi niedojrzałych.

Sprawa Cezarego Gmyza jest klasycznym przykładem ilustrującym tezę Zybertowicza. W Necie pełno jest tekstów, których autorzy już to rozstrzygnęli, że Gmyz dał dupy i fajnie, że go Rzepa wywaliła z roboty, już to utrzymują, że wywalenie Gmyza z roboty jest zamachem na wolność słowa i że właściciele Rzepy trzymają komusze standardy. Niezależne od tego, po której stronie barykady ustawiają się piszący o sprawie Gmyza, każdy, kto tę kwestię rozstrzygnął ostatecznie, pokazuje, że nie oparł się pokusie wypracowania ostatecznej konkluzji.

Co wiemy na temat tekstu Gmyza? Ano niewiele. Jest parę możliwych wersji, ale nie wiemy, która wersja jest prawdziwa. Oto możliwe wersje:

1. Informatorzy Gmyza powiedzieli mu o tych materiałach wybuchowych, może pokazali stosowne kwity i Gmyz rzetelnie napisał o tym, czego się dowiedział. Krótko mówiąc – Gmyz napisał, jak jest.
Rzecz jasna Gmyz nie może ujawnić swoich źródeł, bo tzw. tajemnica dziennikarska działa, że tak powiem, w obie strony. Nie można żądać od dziennikarza, aby palił swoich informatorów (tu są określone wyjątki od tej zasady – art. 180 kpk), ale i dziennikarzowi, który ujawni swoje źródła grożą sankcje karne (art. 266 § 1 kk oraz art. 12 ust. 1 pkt 2 i art. 15 ustawy Prawo prasowe).
2. Informatorzy nakłamali Gmyzowi, a Gmyz dał się wpuścić w kanał.
3. Informatorzy przekazali Gmyzowi rzetelne informacje, z których Gmyz wyciągnął nieuprawnione wnioski.
4. Gmyz sobie to wszystko zmyślił.

Nie wiemy, jak było i dlatego tworzenie ostatecznych konkluzji jest dziecinadą.

A teraz powiem Wam, co mnie cieszy. Otóż cieszy mnie to, że gazety (nieliczne, ale zawsze) wiedzą i piszą o pewnych rzeczach (jakiego to sprzętu do wykrywania kosmetyków i namiotów używali polscy prokuratorzy, które ciała ofiar smoleńskich będą ekshumowane itd.) zanim reżim o tych rzeczach powie w telewizorach (zauważcie – reżim zawsze jest spóźniony, ZAWSZE). Bo to oznacza, że reżim nie panuje nad wszystkim, że w strukturach podległych reżimowi są ludzie, którym zależy na prawdzie. Jasne, że byłoby lepiej, gdyby reżim działał tak, jak trzeba, ale w sytuacji, kiedy nie działa, trzeba cieszyć się z tego, że są ludzie działający przeciwko reżimowi, co oznacza, że zakończenie radosnej twórczości naszego reżimu wydaje się łatwiejsze, niż zakończenie działalności ichniego reżimu np. przez północnych Koreańczyków.

piątek, 2 listopada 2012

Zdziecinniały kraj



Jacek Karnowski napisał tak:

W czasach PRL-u powszechnie uważano, że jesteśmy "najweselszym barakiem w obozie". Dla wielu to twierdzenie było źródłem pocieszenia, nie bez pewnych podstaw, choć owa domniemana "wesołość" fałszuje jednak dość zwarte i chyba głębsze niż zwykliśmy sądzić panowanie komunistów nad życiem społecznym i politycznym.

Także dziś jesteśmy bez wątpienia "najweselszym barakiem" w całej Unii Europejskiej. Z tym, że o ile w PRL-u "wesołość" oznaczała społeczną, choćby niszową i wykrzywioną autonomię, dziś oznacza niebezpieczne dla naszej przyszłości zdziecinnienie o skali w innych krajach niespotykanej. (…)

Z perspektywy dziesięcioleci będziemy widzieli, jaki to koszmar, jak bardzo III RP "odleciała", jak zdziecinniały to kraj. Wówczas może być jednak za późno.

Karnowski ma rację. III RP to zdziecinniały kraj. Weźmy to, co się dzieje po 10 kwietnia 2010 roku. Takich głupot, jakie w kwestii Smoleńska naopowiadały w telewizorach rozmaite pajace, nie opowiadano nawet w PRL-u. Owszem, za PRL-u telewizory mówiły, że Polska jest dziesiątą potęgą gospodarczą świata, ale na miły Bóg – nikt nie mówił, że jesteśmy drugą czy trzecią światową potęgą gospodarczą. Tu uwaga dla ciotek Matyld – nie twierdzę, że teraz pajace w telewizorach opowiadają, że Polska jest drugą lub trzecią potęgą gospodarczą; tu o co innego chodzi - niech ciotki Matyldy zapytają starszych i mądrzejszych o co.

Idzie nie tylko o to, że kiedyś, za PRL-u, nie opowiadano w telewizorach aż takich głupot, jakie opowiada się teraz (wracam do Smoleńska i do tego, co plotą te wszystkie Tuski, Szelągi, Hypkie, Millery, Jasie Flanelki itd.). Idzie o to, że za PRL-u mało kto wierzył w bajki opowiadane w telewizorach; właściwie to nikt nie wierzył, a teraz mnóstwo ludzi w bajki płynące z telewizora wierzy. I to jest istota sprawy – nie to, że te wszystkie Tuski, Szelągi, Hypkie, Millery, Jasie Flanelki itd. opowiadają bajki, tylko to, że ludzie w te bajki wierzą. Bo patrzcie – nie byłoby żadnego problemu, gdyby te wszystkie Tuski, Szelągi, Hypkie, Millery, Jasie Flanelki itd. opowiadały swoje bajki, w które to bajki nikt by nie wierzył. Niby jaka szkoda mogłaby wynikać z tego, że ktoś coś tam sobie gada od czapy? Problem pojawia się wtedy, kiedy ludzie w te bajkowe opowieści wierzą, kiedy wielu ludzi wierzy w te bajkowe opowieści. A w III RP wielu, zbyt wielu ludzi wierzy w bajkowe opowieści tych wszystkich Tusków, Szelągów, Hypkich, Millerów, Jasiów Flanelków itd.

III RP to zdziecinniały kraj – to jest stwierdzenie faktu. Myślę, że szukanie przyczyn takiego stanu rzeczy jest ważne, ale ważniejsze jest pokazanie, co, jeżeli cokolwiek w ogóle, można zrobić, aby ten stan rzeczy zmienić. Moim zdaniem nie da się nareperować mózgów ciotek Matyld tak, żeby te mózgi działały racjonalnie (to skrót myślowy, ale kto kumaty, to wie, o co biega). Co zatem pozostaje? Ano chyba tylko skuteczne zarządzanie emocjami, które przecież są ważniejsze od jakkolwiek pojętej racjonalności (tego właśnie nie rozumieją racjonaliści). Pierwszym warunkiem skutecznego zarządzania emocjami jest zrozumienie, że emocje są najważniejsze.

OK, a co dalej? O tym, co dalej, to będzie kiedy indziej; będzie między innymi o tym, że jak nie wrócimy do cywilizacji cnoty, to dalej będziemy tkwić w tej głębokiej dupie, w której tkwimy teraz. 

sobota, 20 października 2012

Tekst nie dla triariusa, bo tu o szachach jest

Pełno jest ludzi, którzy wypowiadają się w jakiejś dziedzinie, o której nie mają zielonego pojęcia (te dziedziny, to mogą być polityka, sport, historia, medycyna, filozofia, automobilizm itd.), w swoich wypowiedziach robią błędy ortograficzne i napadają na innych ludzi, a jak już się wypowiedzą, jak już narobią tych błędów ortograficznych, jak napadną na innych ludzi, to się dobrze czują, bo to są takie typy, które dobrze się czują kiedy się wypowiedzą i kiedy napadną na innych ludzi; o tym, że robią błędy ortograficzne, te typy nie wiedzą.

Mój doktor od zwierząt (doktor od zwierząt to jest albo doktor od zwierząt, albo lekarz weterynarii albo wet, natomiast to nie jest weterynarz) od lat nie zagląda na fora, na których ludzie gadają o tym, jak leczyć zwierzaki i jacy to głupi są doktorzy od zwierząt. Po co ma zaglądać i czytać te wszystkie głupoty?

A portale szachowe, kiedy na żywo transmitują partie, to zapuszczają jakiś silnik, który pracuje jak umie, podaje najlepsze według siebie warianty i pokazuje, jaką to przewagę ma jeden gracz nad drugim graczem. Ostatnio na chessbomb.com śledziłem sobie rozgrywki Klubowego Pucharu Europy, a osobliwie partie Radka Wojtaszka. Jak portale szachowe transmitują partie na żywo i podają wskazania jakiegoś szachowego proga, to wielu komentatorów na czacie, gapiąc się w te wskazania, jest bardzo mądrych. Ci mądrzy komentatorzy piszą, że jeden arcymistrz jest głupi, bo nie zagrał tego, a drugi arcymistrz jest jeszcze głupszy, bo nie zagrał owego. Mądrzy komentatorzy wiedzą, co powinni grać arcymistrzowie, a wiedzą stąd, że patrzą na wskazania proga. I za chuja nie wytłumaczysz mądrym komentatorom, że instytucja ruskich szachistów to jednak poważna instytucja i że progi nie są w stanie ruskich szachistów zastąpić.

W szóstej rundzie wspomnianego European Club Cup Wojtaszek grał z Raznikowem. Grali sobie tak:

1. c4 c6 2. Nf3 d5 3. e3 Nf6 4. Nc3 a6 5. d4 Bf5 6. Ne5 Nbd7 7. Qb3 Ra7 8. cxd5 cxd5 9. Nxd7 Qxd7 10. Bd2 e6 11. Rc1 Ra8 12. Be2 Bd6 13. Na4 Rc8 14. O-O Rxc1 15. Rxc1 O-O 16. Nb6 Qd8 17. Nc8 Ne4 18. Nxd6 Nxd6 19. Bb4 a5 20. Bxd6 Qxd6 21. Qxb7 h6 22. Rc8 Rxc8 23. Qxc8+ Kh7 24. Qc5 Qb8 25. b3 Qb4 26. Qxb4 axb4 27. Kf1 Kg8 28. Ke1 Kf8 29. Kd2 Ke7 30. Bd3


Trzeba kliknąć w obrazek, to on się powiększy

W tym momencie silnik uruchomiony na chessbomb.com, Houdini 2.0c x64 (niebieskie zakreślenie), pokazywał, że Radek ma przewagę 0,71 punktu (zielone zakreślenie). Taka przewaga to mała przewaga; właściwie partia, przy poprawnej grze obydwu szachistów, powinna zakończyć się remisem. A jednak Raznikow poddał grę. Dlaczego poddał? Ano dlatego, że wiedział to, o czym wiedział komentator Padawan, który napisał na czacie (zakreślenie czerwone):

To jest klasyczny przykład partii, której komputery nie rozumieją :-)

OK, pytanie jest takie: czy ruscy szachiści wszystko wiedzą, czy nie robią błędów? A odpowiedź taka jest: nie, ruscy szachiści, dzięki Bogu, nie wiedzą wszystkiego i robią błędy. Ale jeżeli ktoś ruskich szachistów waży sobie lekce, kto nie rozumie, że są takie partie, których nie rozumieją komputery, to jest ostatni kiep, któremu nie pomoże nawet to, że będąc zielonym w branży, napada na innych ludzi i robi błędy ortograficzne.