statsy

czwartek, 30 kwietnia 2009

Ogólnoświatowe nieszczęścia

Oto lista nieszczęść, które miały/mają wykończyć ludzkość:

- choroba szalonych krów
- globalne ocieplenie
- ptasia grypa
- światowy terroryzm
- Bronisław Wildstein
- kapitalizm
- dzika lustracja
- przeludnienie
- fundamentalizm religijny
- kaczystowski reżim
- kryzys rynków finansowych
- IPN
- wieprzowa grypa

Wietnamczycy i państwo polskie

Właśnie obejrzałem program Warto rozmawiać. Tutaj jest link do tej audycji. Dzisiaj gadali o Wietnamczykach, którzy przyjeżdżają do Polski, oczywiście przyjeżdżają "nielegalnie". O tym, jak jest w Wietnamie, można sobie poczytać w necie czy w książkach. Natomiast program był o tym, co państwo polskie robi z Wietnamczykami. Otóż państwo polskie Wietnamczyków wsadza do więzienia. Oczywiście nie wszystkich. I wiecie co jeszcze państwo polskie robi w kwestii Wietnamczyków? Otóż państwo polskie zaprasza do Polski wietnamskich ubeków po to, żeby mogli u nas przesłuchiwać ludzi, którzy uciekli z Wietnamu. Poważnie. Tak robi państwo polskie. To zapraszanie wietnamskich ubeków nie podobało się europosłowi Sonikowi - powiedział o tym w programie. Obejrzyjcie tę audycję. Posłuchajcie, co tam powiedzieli. Wypowiadała się też pani z urzędu do spraw cudzoziemców - miała fajne nogi.

środa, 29 kwietnia 2009

Cud

W tym roku znowu media doniosły, że w Bazylice Grobu Pańskiego w Jerozolimie zdarzył się cud. Cud, jak co roku, wydarzył się w prawosławną Wielką Sobotę. Wikipedia o tym cudzie pisze tak:

Cud odbywa się co roku w Wielką Sobotę - w dniu obchodzonym przez Kościół Prawosławny, do którego należą wyznawcy obrządków syryjskiego, armeńskiego, rosyjskiego, greckiego, a także koptyjskiego. (...) Wokół Grobu Jezusa wzniesiono małą kaplicę z dwoma pomieszczeniami, jednym - w którym znajduje się kamień i do którego może wejść najwyżej 5 osób. Kaplica ta znajduje się w centrum cudownych wydarzeń. Uczestnictwo w obrzędach tego dnia w pełni uzasadnia użycie terminu "wydarzenie", gdyż w żadnym innym dniu w roku kościół ten nie jest tak oblężony jak w prawosławną Wielką Sobotę. Aby dostać się tego dnia do środka Kaplicy trzeba liczyć się z nawet sześciogodzinnym oczekiwaniem w kolejce. Pielgrzymi przybywają z całego świata, większość z Grecji, ale w ostatnich latach wzrosła ilość przyjeżdżających z Rosji i krajów byłego bloku wschodniego. Aby być jak najbliżej Grobu pielgrzymi koczują wokół, już od popołudnia Wielkiego Piątku oczekując na cud Wielkiej Soboty. Cud ma miejsce o godzinie 14:00, ale już od południa w Bazylice wrze. Od około 11.00 do 13.00 arabscy chrześcijanie głośno śpiewają tradycyjne pieśni. (...)

O godzinie 13.00 przez zgromadzony tłum ludzi przeciska się delegacja lokalnych władz. Nawet jeśli przedstawiciele władz nie są chrześcijanami, zawsze uczestniczą w ceremonii. W czasie tureckiej okupacji Palestyny, byli to tureccy muzułmanie, dzisiaj są to Izraelici. Od wieków obecność przedstawicieli władzy jest nieodłączną częścią ceremonii. Mają oni określoną funkcję: reprezentują Rzymian z czasów Jezusa. Ewangelia mówi o Rzymianach, którzy przybyli do Grobu Jezusa i opieczętowali go tak, aby uczniowie Jezusa nie mogli wykraść Jego Ciała i rozgłaszać, że zmartwychwstał. W ten sam sposób władze izraelskie przychodzą i pieczętują Grób woskiem. Jednak zanim to zrobią, zgodnie ze zwyczajem wchodzą do środka i sprawdzają, czy nie ma tam jakichkolwiek ukrytych źródeł ognia, które mogłyby "wywołać cud", a tym samym skłonić niedowiarków do podejrzeń o oszustwo. Tak jak niegdyś Rzymianie mieli zaświadczyć, że nie było żadnej manipulacji po śmierci Jezusa, podobnie i w 1998 roku lokalne władze izraelskie miały zaświadczyć, że nie będzie żadnego oszustwa.

Kiedy Grób jest już sprawdzony i opieczętowany wszyscy intonują pieśń Kyrie Eleison. Ok. 13.45 przybywa Patriarcha. Podążając za dużą procesją obchodzi Grób trzy razy, po czym zdejmuje szaty liturgiczne zostając tylko w białej albie. Czyni to na znak pokory przed wielką Mocą Boga, której będzie głównym świadkiem. Wszystkie lampy oliwne pozostają wygaszone od poprzedniego wieczora, a wszystkie źródła sztucznego światła gaszone są teraz, tak że prawie cała Bazylika pogrąża się w ciemności. Mając ze sobą dwie duże świece Patriarcha wchodzi do Kaplicy, najpierw do małego pomieszczenia przed Grobem, a potem już do samego Grobu. Nie można obserwować wydarzeń dziejących się w środku Grobu, tylko kapłani wiedzą co się tam odbywa.

Oto zapis rozmowy z grekoprawosławnym Partiarchą Jerozolimy Diodorusem:
- Wasza Błogosławioność, co dzieje się po wejściu do Kaplicy?
- Wchodzę do Grobu, pobożnie i z bojaźnią klękam przed miejscem, gdzie Chrystus został złożony po śmierci i gdzie później zmartwychwstał. Modlitwa w tym wyjątkowym miejscu to dla mnie zawsze święta chwila. To właśnie w tym miejscu Pan powstał zmartwych w wielkiej chwale i stąd rozeszło się Jego Światło na cały świat. (...) Znajdując drogę w ciemności wchodzę do Kaplicy i klękam na kolana. Modlę się słowami, które były nam przekazywane przez wieki. Czekam. Czasami czekam kilka minut, ale najczęściej cud pojawia się zaraz po modlitwie. Z wnętrza kamienia, na którym spoczywał Jezus wylewa się światło, które zazwyczaj ma niebieskawy odcień, ale może także przybierać wiele różnych barw, lecz ludzkimi słowami nie można tego opisać. Światło wypływa z kamienia, tak jak mgła unosi się znad jeziora. Wygląda to tak, jakby kamień pokryty był wilgotną chmurą, ale to jest światło. Każdego roku to światło zachowuje się inaczej. Czasami tylko okrywa kamień, a czasami rozjaśnia cały Grób, tak że ludzie, stojący na zewnątrz widzą go wypełniony światłem. Światło nie płonie. Nigdy podczas tych 16 lat piastowania stanowiska Patriarchy i otrzymywania Świętego Ognia, nie przypaliło mi brody. Światło ma inną konsystencję niż zwykły ogień, który płonie w lampkach oliwnych. Po pewnym czasie światło unosi się i tworzy kolumnę, w której Ogień przybiera inną formę, taką, że mogę zapalić od niego moje świece. Po zapaleniu świec wychodzę z Kaplicy i przekazuję ogień najpierw Patriarsze Armeńskiemu, a potem Koptyjskiemu. Następnie przekazuję ogień wszystkim zgromadzonym.

Sytuacja jest dość niezwykła - w końcu z góry wiadomo, że o określonej porze zdarzy się cud, wiadomo, jak ten cud będzie wyglądał i cud się zdarza. Nie jestem pewien, czy to przypadkiem nie jest jedyny cud, o którym wiadomo, że się zdarzy i kiedy. Jak wybrnąć z tej niezwykłej sytuacji? Myślę, że sprawa nie jest trudna - wystarczy cud zweryfikować albo sfalsyfikować. Od Charlesa Peirce'a wiemy, że zdarzenia trzeba weryfikować empirycznie, a już najbardziej wiemy od Karla Poppera. W jaki sposób można sfalsyfikować albo potwierdzić cud Świętego Ognia? Bardzo prosto - trzeba w prawosławną Wielką Sobotę o odpowiedniej porze wejść do kaplicy w Bazylice Grobu Pańskiego w Jerozolimie i trzeba zmówić odpowiednią modlitwę. No i trzeba być grekoprawosławnym Partiarchą Jerozolimy.

wtorek, 28 kwietnia 2009

W trosce o dobro ludu

fotka stąd

Kurwa, lekko nie jest, ale przecież każdemu lekko nie jest, co nie? Ważne jest, żeby być w jakiejś dużej i ważnej frakcji czy w partii w całej tej Europie, no bo jak się jest w małej i nieważnej frakcji albo partii, to się ma gorzej. Może dobrze byłoby, żeby taką jedną dużą partią pół kadencji rządził jakiś komuch, a drugie pół kadencji jakiś chadek - może Buzek, co? Olejniczak mówi, żeby Buzek. Czy Angela ma w ogóle jakieś zdanie w tej sprawie - chce kogoś gdzieś wepchać czy nie? A Blair? Co z Blairem? Czy on też czegoś chce, bo w telewizji o nim dzisiaj mówili? A do tego wszystkiego jest Silvio. Z Silviem nigdy nic nie wiadomo - zawsze trzeba liczyć się z tym, że kogoś od hitlerowców wyzwie albo nie dopilnuje spraw i pozwoli, żeby światło dzienne ujrzał jakiś wałek, co go Silvio zrobił. A, no i dobrze by było, gdyby tak ten Klaus umarł. Wreszcie jakoś trzeba załatwić sprawę z durnymi Ajriszami. Czy wieprzowa grypa może w tym pomóc? Mają ci Ajrisze pełno świń? Jakby mieli, to może trzeba ich nastraszyć, że będą musieli wybić te świnie - zobaczy się jeszcze. A u nas co? U nas OK. Filmiki w sądach można ścigać - to dobra wiadomość. Ludzie na wybory nie chcą iść - to ani dobra, ani zła wiadomość. Bo co się niby stanie jak mało publiczności do wyborów pójdzie? Walić publiczność. Teraz trzeba jakoś Fotygę uziemić, a to się wiąże z zerwaniem tego dilu z Kaczką - diabli nadali robienie dilów z Kaczkami. Chuj, aby do siódmego czerwca, a później zobaczy się, co będzie.

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Co mówią wielcy filozofowie

Schopenhauer stwierdził był, że Hegel to płatny agent rządu pruskiego, a Popper uważał, że Hegel rządowi pruskiemu wchodził w dupę, bo pruski rząd Hegla zatrudniał (Popper sformułował to nieco inaczej). Jak ktoś Hegla nie chce czytać, to może nie czytać i jechać na opinii Schopenhauera, który uważał, iż Hegel z rozmysłem pisze mętnie, bo nie ma niczego ważnego do powiedzenia, a wiadomo, że jak się nie ma niczego ważnego do powiedzenia, to najlepiej pisać mętnie - zawsze będzie można napaść na krytyków i nazwać ich głupkami, którzy niczego nie rozumieją. Jeżeli jednak ktoś Hegla chce czytać, to zwyczajnie - może czytać.

Ojciec Bocheński pisze, że Hegel uważa jednostki za nieważne w porównaniu z Państwem, które ucieleśnia Bóstwo, można by niemal powiedzieć, że jest Bóstwem w obecnej fazie. Państwo zawiera w sobie "substancjalny Rozum", a ten umiejscowiony jest w biurokracji, dokładniej, w biurokracji pruskiej, która jest szczytem rozwoju ducha, tj. Boga.

Na punkcie biurokracji pruskiej, czy mówiąc ogólniej - na punkcie rządu pruskiego, bzika miał nie tylko Hegel. Oto w rozprawie Democracy and Government opublikowanej w roku 1835 przez London Reviev (podaję namiary, bo gazety chyba nie odnotowały tego dzieła), John Stuart Mill troszczy się o to, żeby nie było tak, iż kwestie istotne były rozstrzygane przez odwołanie się - bezpośrednie lub pośrednie - do opinii lub woli niedouczonych mas czy to dżentelmenów, czy plebsu, albowiem tak naprawdę chodzi nam przecież o opinie nielicznych ludzi specjalnie wykształconych do tych zadań. A kto, według Milla, w największym stopniu posiada tę pożądaną cechę - umiejętność rozstrzygania tychże istotnych kwestii? Otóż według Milla, ze wszystkich rządów, dawnych i współczesnych, tę znakomitą cechę w najwyższym stopniu posiada rząd Prus - najskuteczniej i najbardziej umiejętnie zorganizowana arystokracja najlepiej wykształconych ludzi w królestwie.

Ukoronowaniem wielkiej myśli filozoficznej traktującej o zagadnieniu nas interesującym, jest wypowiedź Magdaleny Środy, zaczerpnięta z wywiadu przeprowadzonego przez Igora Janke; wypowiedź, która zszokowała szlachetnych, acz mało lotnych admiratorów demokracji: W sprawach istotnych dla demokracji dotyczących jej fundamentów nie każdy ma równy głos.

czwartek, 23 kwietnia 2009

Wielka cisza

La Grande Chartreuse (fotka stąd)

Obejrzałem film Wielka cisza (Die Große Stille) Philipa Gröninga. Film trwa 2 godziny i 41 minut. Nie ma tam żadnego gadania, żadnych komentarzy, z wyjątkiem wypowiedzi starego, niewidomego mnicha, którą autor dał na koniec. O samym filmie nie chcę teraz pisać, może tylko zacynię, że pomyślałem sobie, iż w pewnym sensie takie klasztory, jak ten pokazany w filmie, są największymi oazami wolności. Właśnie wolności. Być może kiedyś napiszę o tym osobno.

Film został nakręcony w La Grande Chartreuse (Wielkiej Kartuzji) pod Grenoble. Założycielem klasztoru, cudownie położonego w Alpach, był św. Bruno, który z sześcioma kumplami założył małą osadę mnichów w roku 1084. Kartuzi mają bardzo bardzo surową regułę - ślubują milczenie (aczkolwiek czasami rozmawiają ze sobą, np. w niedzielę podczas czterdziestopięciominutowych spotkań rozmawiają w grupie, a raz na tydzień mają czterogodzinny spacer i wtedy mogą pogadać w parach - co dwadzieścia minut z innym gościem), są wegetarianami, wstają w nocy na dwuipółgodzinną mszę itd. Jednocześnie produkują (i nieźle na tym zarabiają, w związku z czym przekazują kasę na cele charytatywne, bo kiedy już zapewnią sobie utrzymanie, nie wolno im gromadzić niczego na zapas) sławny likier Chartreuse, którego receptura pochodzi z 1605 roku i którego skład zna trzech ludzi na świecie. Gröning poprosił o pozwolenie nakręcenia filmu w klasztorze, kiedy miał dwadzieścia cztery lata, ale mnisi mu powiedzieli, że właśnie przyjęli do klasztoru nowych chłopaków, więc o filmie będzie można pogadać za jakieś trzynaście lat, co Gröning odebrał jako odmowę, bo niby jak inaczej takie dictum mógł odebrać dwudziestoczteroletni chłopak?

No i po czternastu latach Gröning siedzi sobie w Berlinie i czeka na to, czy w Cannes dadzą mu nagrodę za L'Amour, L'Argent, L'Amour, a tu dzwoni telefon i jakiś facet powiada po francusku, że ojciec przeor pyta, czy Gröning ciągle chce ten film robić. Gröning na to, że nie wie, bo już tyle czasu minęło i że musi pomyśleć. Na to mnich, że OK, niech myśli. Wtedy Gröning mówi, że mnich miał cholerne szczęście, że akurat dzisiaj zastał reżysera w tym miejscu, na co mnich odpowiada: - Może pan to uważa za szczęście, ale my dzwoniliśmy tu codziennie od sześciu tygodni. Nazwałbym to raczej cierpliwością.

Później, po nakręceniu filmu, Gröning przytoczy taką anegdotę, że czasami zabawne są rozmowy, które mnisi prowadzą podczas tych czterogodzinnych spacerów; np. jeden gościu mówi, że problemem jakiejś tam filozofii jest to, że przecenia ona Arystotelesa, na co drugi stwierdza: - Och, ten problem pojawił się bardzo niedawno, chyba dopiero w trzynastym wieku.

Gröning mieszkał w La Grande Chartreuse parę miesięcy - w celi, nie chciał mieszkać w domu gościnnym. I kręcił. Nie wolno mu było dać w filmie żadnych komentarzy, ani muzyki (poza śpiewem mnichów), nie mógł też używać dodatkowego światła. Raz zjechał do Grenoble, bo mu się chciało zjeść stek; czasami wychodził zajarać szlugę, no i pił kawę. Poza tym żył jak mnich - modlił się z mnichami, przestrzegał milczenia. Później, pytany o to, dlaczego mnisi pozwolili mu nakręcić film, powie:

- W klasztorze są mnisi, którzy wiedzą, że mogli zostać gwiazdami rocka, ale wybrali inną drogę. Klasztor swym istnieniem ma przypominać, że taki wybór zawsze jest i że to wzbogaca rozumienie tego, kim jest człowiek.
Klasztor jest jak latarnia morska, jeśli ktoś ma powołanie, żeby zostać mnichem, powinien ku niej wędrować, ale jeśli nie ma tego powołania, to latarnia morska i tak istnieje. Mówi ludziom: "Tu jest jedna współrzędnych tego, kim możesz być jako człowiek". I samo to człowieka zmienia.



------------------------------------------------
*Wszystkie wiadomości o historii filmu, a także wszystkie cytaty, wziąłem z rozmowy zatytułowanej Cisza w kinie, którą to rozmowę z Philipem Gröningiem przeprowadziła Katarzyna Bielas. Rozmowa zamieszczona jest w książce Bielas pt. Dzianina z mięsa, wydanej przez Wydawnictwo Czarne w roku 2009.

środa, 22 kwietnia 2009

Rząd - budowniczy Polski Ludowej

W Dzienniku napisali, że polski rząd nie zbuduje autostrad, które obiecał, że zbuduje. Dziennik pisze, że polski rząd zbuduje jezdnie i nic poza tym - po jezdniach będzie można jechać, ale już nie będzie można odlać się w kiblu czy kupić pepsi-coli. W związku z tym, co napisał Dziennik, minister od budowania dróg i czegoś tam jeszcze oświadczył na konferencji prasowej, że gazeta kłamie, bo rząd wybuduje i autostrady i kible i sklepiki i wszystko, co tam trzeba.

Kapitalna sprawa, niezależnie od tego, czy rząd nie wybuduje żadnych dróg, czy wybuduje tylko drogi, czy też i drogi i kible. Oto państwo, okupujące 40-milionowy naród, nie umie sobie poradzić z budowaniem dróg, po których mają jeździć samochody. Budowanie dróg jest ogólnopaństwowym, wielkim problemem, z którym to problemem zmaga się rząd na czele z kolesiem stawiającym na drogach setki radarów, aczkolwiek in illo tempore koleś ten stwierdził, iż radary stawiać to może jedynie jakiś jełop bez prawa jazdy. Budowanie dróg jest problemem, którym podnieca się publiczność obstawiająca zakłady - zdążą, czy nie zdążą. Budowanie dróg jest problemem dla tych wszystkich szlachetnych, a nielotnych umysłów, które nie pojmują, że ta dyscyplina sportu polega na tym, żeby niektórym dać wygrać przetarg, bo o wygrywanie przetargów chodzi i tylko o wygrywanie przetargów.

W tym kontekście fajnie wyglądają różne cudaki - admiratorzy państwa, które to cudaki w gadułach w necie w kółko stawiają pytanie o to, kto budowałby drogi, gdyby nie było państwa.