statsy

wtorek, 31 maja 2011

Trawienie

Dobra, od 10 kwietnia 2010 minęło 416 dni. I co? Moim zdaniem chujów sto. OK, rozumiem, że z jednej strony Rosja, a z drugiej strony Tusk, Graś i takie tam wynalazki. Ale, na miły Bóg, nie trawię tego pierdolenia o przyjaźni polsko-radzieckiej, nie trawię tego pierdolenia o tym, że nasze państwo zdało egzamin, nie trawię tego pierdolenia o tym, że mamy nasz rząd. A Wy? Wy trawicie?

Do kurwy nędzy - czy ludzie naprawdę nie mogą być mądrzejsi od telewizorów?

poniedziałek, 30 maja 2011

88

Ktoś tam, pewnie w USA, prowadzi taką klasyfikację najgłupszych śmierci roku. Mnie najbardziej podoba się śmierć jednego prawnika z Nowego Jorku. Otóż gościu zaprosił do swojego biura żonę, dzieci i rodziców, a zaprosił po to, żeby się popisać swoimi nowymi szybami. Gościu kazał u siebie zainstalować takie szyby pancerne, co to nie tłuką się nawet wtedy, jak w nie jakaś kula z karabinu trafi. No i jak już jego żona, dzieci i rodzice zebrali się w biurze, to facet powiedział do nich mniej więcej coś takiego: - Patrzcie, jakie mam fajne szyby. - po czym napędził się i skoczył do okna. Co się wydarzyło, jak gościu do tego okna skoczył? Ano zwyczajnie - szyba poszła w pizdu, gościu wyleciał przez okno spadając na glębę z czterdziestego któregoś piętra i zabił się w ten spektakularny sposób.

Dzisiaj przeczytałem o wyczynie jakiegoś leśnego dziadka z PZPN-u, który co prawda nie zabił się widowiskowo, ale w rankingu głupoty dorównuje temu nowojorskiemu prawnikowi. Czytajcie:

Już nie tylko kibice ale i piłkarze zaczynają przeszkadzać działaczom PZPN. Delegat związku, który znajdował się na meczu drugiej ligi grupy wschodniej Znicz Pruszków - Pelikan Łowicz, kazał bramkarzowi gości Witoldowi Sabeli zakleić numer 88 na bluzie. Delegat z ramienia PZPN tłumaczył, że skinheadzi używają liczb 88 i 18, jako symboliki nazistowskiej. (...) Według delegata liczby oznaczają numery liter w alfabecie: 88 HH - heil Hitler, a 18 AH - Adolf Hitler.

To tyle, bo co tu komentować? Jedyne co można, to podziwiać erudycję leśnego dziadka z PZPN-u w dziedzinie skinheadowskiej symboliki.





sobota, 28 maja 2011

Pomożecie?

Redaktorzy naczelni różnych polskich mediów napisali protest przeciwko temu, że na Białorusi trzymają w areszcie czy tam w więzieniu Andrzeja Poczobuta, korespondenta Gazety Wyborczej. Naczelni w swoim proteście piszą:

Jedyną "winą" Andrzeja Poczobuta jest to, że wykonując swe dziennikarskie powołanie, sumiennie wypełniał obowiązek wobec czytelnika, informując o sytuacji na Białorusi. Tak oto reżim Łukaszenki, chcący uchodzić za państwo demokratyczne, walczy z wolnymi mediami i niezależnymi dziennikarzami.

I przytaczają ten oto fragment z tekstu, który Poczobut opublikował zanim Go do ciupy wsadzili:

Mam nadzieję, że moja praca przybliża chwilę, kiedy Białoruś przestanie być skansenem Europy rządzonym przez ostatniego dyktatora w tej części cywilizowanego świata, a stanie się wolnym europejskim krajem.

No dobra, ale za co wsadzili Poczobuta? Naczelni wyjaśniają:

Prokuratorzy zarzucają mu znieważenie głowy państwa i oszczerstwa wobec prezydenta Aleksandra Łukaszenki, za co grożą cztery lata więzienia.

Cała ta sytuacja z dziennikarzem Wyborczej jest obrzydliwa, obrzydliwe jest to, co białoruskie służby robią temu Człowiekowi i tu nie ma sensu niczego tłumaczyć, bo albo się to rozumie albo się jest ciotką Matyldą i żadne tłumaczenie nie pomoże. Mam natomiast dwa pytania. Pierwsze pytanie jest takie: czy Łukaszenka nie jest przypadkiem jakimś ważnym organem, chociażby głową państwa? Pytanie drugie: moglibyście podrzucić linki do protestu, którzy ci sami naczelni podpisali kilka dni temu po tym, jak u nas pokazało się, że ludzie zostali ukarani za lekceważenie organu, a w obronie głowy państwa kipisz w chałupie zrobiła chłopakowi ABW? Ja tych linków znaleźć nie mogę. To co - pomożecie?

piątek, 27 maja 2011

Rządy czterdziestolatków

Za rok w meczu o szachowe mistrzostwo świata zmierzą się obrońca tytułu, Viswanathan Anand (Indie) oraz Borys Gelfand (Izrael). Gelfand wygrał właśnie cykl meczów pretendenckich i pierwszy raz wystąpi w finale.


I ci sami panowie - fotka stąd:


Anand urodził się w roku 1969, a Gelfand rok wcześniej, będziemy więc mieć w finale dwóch szachistów, z których każdy przekroczył czterdzieści lat - Anand będzie mieć 43 lata, a Gelfand 44. Wcześniej tylko cztery razy zdarzyło się, żeby o majstra walczyło dwóch graczy, z których każdy miał ponad czterdzieści lat:

- rok 1934 - Aleksander Alechin (42) i Jefim Bogoljubow (45)
- rok 1910 - Emanuel Lasker (42) i Dawid Janowski (42)
- rok 1892 - Wilhelm Steinitz (56) i Michał Czigorin (42)
- rok 1886 - Wilhelm Steinitz (50) i ohannes Zukertort (44)

Mnóstwo ludzi jest zdumionych faktem, że w roku 2012 o tytuł będzie walczyć dwóch czterdziestolatków; co więcej, któryś z tych graczy zagra w finale w roku 2014 broniąc tytułu - ja mówię, że to będzie Anand, który na tronie siedzi od roku 2007 i jest w o wiele lepszej sytuacji niż Gelfand, bo o tytuł po raz pierwszy grał już w roku 1995 (porażka z Kasparowem), a później jeszcze trzy razy (licząc ten dziwaczny finał z Karpowem z roku 1998), podczas gdy Gelfand nie grał ani razu.

Ludzie dziwią się, że w czasach, kiedy nie można wyobrazić sobie wyczynowych szachów bez komputerów, bo przecież są programy grające, analizujące, są potężne bazy danych, jest mnóstwo serwerów do gry online, o tytuł najlepszego szachisty walczą goście mający na karku po czterdzieści parę lat. Ja zdumiony nie jestem. Co więcej - cieszę się, że jest, jak jest, bo taki a nie inny skład meczu finałowego pokazuje, że nie da się ominąć erudycji, doświadczenia i ogrania. Niby w szachach można mówić o swego rodzaju pajdokracji, ale jak przyjdzie co do czego to koronę noszą i berło dzierżą poważni panowie. No i super.

wtorek, 24 maja 2011

Zawodowcy



Paweł Beręsewicz, z zawodu pisarz, opublikował książeczkę dla dzieci zatytułowaną Zawodowcy. Obrazki do książeczki namalowała Jona Jung, z zawodu ilustratorka, a rzecz została wydana przez Wydawnictwo Literatura z Łodzi.

Pierwsza bajka jest o piekarzu Piotrku, który miał syna, Piotra juniora. No i któregoś ranka Piotrek junior się budzi i i pyta, czy ulosło. Tata, piekarz Piotrek, pyta, co urosło, na co mały mówi, że fulgonetka.

Tu wycinam w bajce dziurę i przechodzę do końcówki, która polega na tym, że piekarz Piotrek zapierdalał po całym mieście, po wszystkich sklepach, do których jego piekarnia dowozi chleb. A zapierdalał po to, żeby rozrywać te chleby i szukać. Co chciał znaleźć, to znalazł i przyniósł do domu. A przyniósł rozmaite zabawki swojego syna - furgonetkę, helikopter, wypisaną kredkę, piłkę tenisową i pełno innych ważnych rzeczy.

Do bajki jeszcze wrócimy, a teraz przechodzimy do tej egzotycznej ekipy, która zawiaduje Polską, naszą ukochaną Polską, najpiękniejszą na świecie Polską. Otóż pokazało się właśnie, że ekipa zawiadująca Polską nie umie tak zrobić, żeby na czas wybudować stadion. Wcześniej pokazało się mnóstwo innych, bardzo przykrych rzeczy, ale ta sprawa ze stadionem jest świeżutka. Właściwie to mógłbym postawić pytanie następujące: - Jak to jest, kurwa, możliwe, żeby nie zdążyć wybudować na czas stadionu?

Po tym, jak postawiłbym to pytanie, mógłbym postawić pytanie kolejne: - Jak to jest, kurwa, możliwe, żeby aż tak spierdolić wszystko, co można było spierdolić w naszej ukochanej Polsce, kraju najpiękniejszym na świecie?

Po postawieniu tego pytania mógłbym zadać pytanie takie: - A jak to jest, kurwa, możliwe, żeby parę milionów ludzi ciągle chciało tego, żeby ekipa zawiadująca Polską w dalszym ciągu nękała naszą Polskę, naszą kochana Polskę, kraj najpiękniejszy na świecie?

Te pytania można postawić, albo i nie postawić, mniejsza o to. Powiem natomiast tak - popatrzcie na tę ekipę, która zawiaduje naszą Polską, naszą kochaną Polską, krajem najpiękniejszym na świecie. Popatrzcie, jak ci ludzie się ponazywali - ten jest premierem, tamten prezydentem, następny wicepremierem, a znowu inny marszałkiem, kolejni nazywani są ministrami, a pośród nich są i takie kurioza jak Pitera, Hall, Kopacz czy Grabarczyk (przy okazji - czy ktoś jest w stanie wyjaśnić, co w tej menażerii robi Zdrojewski??????????), a na koniec mamy pełno posłów i senatorów, wśród których znajdujemy, bo tego nie da się ukryć, Halickiego czy Kidawę-Błońską. Ponazywali się ci ludzie tak, że wygląda na to, jakby to jakaś poważna ekipa była, wiecie, taka, jakie są gdzie indziej, w poważnych państwach, no bo przecież tam premier i u nas premier, tam prezydent i u nas prezydent itd. Ale w przeciwieństwie do wielu poważnych ekip zawiadujących państwem, ta nasza drużyna nie umie nawet tak zrobić, żeby stadion został wybudowany na czas.

Powiem Wam, dlaczego jest tak, jak jest, dlaczego ta nasza ekipa jest skuteczna w takim stopniu, w jakim jest skuteczna, przy czym mówiąc o skuteczności przyjmuję tylko jedno kryterium - dobro Polski, naszej Polski, naszej kochanej Polski, najpiękniejszego kraju na świecie. Idzie mianowicie o to, że ta ekipa zawodowców (tu nad wyraz sprytnie nawiązałem do tytułu książki Beręsewicza, z zawodu pisarza) działa tak, jak działa Tusk, a Tusk działa tak, jak działał Piotr junior, syn piekarza Piotrka z bajki Beręsewicza, z zawodu pisarza. Wiecie dlaczego piekarz Piotrek zapierdalał po wszystkich sklepach i rozrywał wszystkie chleby, które upiekł rano? Ano dlatego, że synek powiedział mu, że w nocy zakradł się do piekarni i do ciasta powrzucał różne zabawki i inne kredki, bo chciał, żeby urosły. Przecież tam, gdzie są drożdże, wszystko samo rośnie, nieprawdaż?

----------------------------------

DOPISEK


Ten motyw z naszą Polską, naszą kochaną Polską, najpiękniejszym krajem na świecie itd. - ukradłem Nicponiowi. Ale powiedziałem Mu o tym i jest git :-))

poniedziałek, 23 maja 2011

Śmiech

W roku 2007 Roger Scruton wydał niewielką, ale świetną książeczkę zatytułowaną Kultura jest ważna. Wiara i uczucie w osaczonym świecie [Culture Counts: Faith and Feelings in a World Besieged].

Zgodnie z tytułem Scruton utrzymuje, że... kultura jest ważna :-)) przy czym chodzi mu o zachodnią tzw. kulturę wysoką. Jedna z tez Scrutona jest taka, że kultura jest produktem ocennym, co doskonale widać na przykładzie tego, czym jest śmiech. Idzie tu o to, że zwyczaju śmiania się z różnych rzeczy nie można oddzielić od zwyczaju oceniania rzeczy jako wartych śmiechu. Według Scrutona (który oczywiście ma rację), rozbawienie zawsze jest formą oceny. Proste - żeby z czegoś się śmiać, trzeba najpierw ocenić, co jest, a co nie jest warte śmiechu.

Dobra, żeby nie przedłużać - Wespazjan Wielohorski wkleił u siebie linkę do tego oto filmiku:


Mniejsza już o kolejny wyraz fascynacji tej ekipy psim gównem, bo chcę tylko powiedzieć, że to, do czego jestem w najmniejszym stopniu zdolny w relacjach z tymi ludźmi, to wspólne z nimi śmianie się.

niedziela, 22 maja 2011

Fakty

Stadiony są zamykane, bo kibice wywieszali antyrządowe hasła. Chłopakom w Bydgoszczy gliniarze wlepili mandaty za lekceważenie organu. Jakiś wrocławski gliniarz zacynił, że przed meczem psiarnia dostała prikaz, aby wyłapywać gości z transparentami antyrządowymi i dowozić tych gości na komendę. Do studenta wbiła ABW bo się na swojej stronie nalewał z prezydenta. Wczoraj w Opolu gliniarze zatrzymali dwóch chłopaków niosących transparent o treści: Przyszła pora na antykomora. Wolność słowa jest niezdrowa; gliniarze po zatrzymaniu chłopaków dzwonili do prokuratora i pytali, czy ten transparent przypadkiem nie obraża głowy państwa czy kogo tam, ale prokurator był przytomny i kazał chłopaków puścić.

To wszystko są fakty. Niezależnie od tego, co się komu wydaje na temat tego, jakie powinno być prawo, niezależnie od tego, jakie kto ma przekonania polityczne, niezależnie od tego, czy ktoś wierzy w Pana Boga, czy nie wierzy itd. - to są fakty. I teraz tak - wysłuchałem i obejrzałem parę audycji, w których dyskutowano o tych przypadkach, nawet dzisiaj słuchałem programu Moniki Olejnik w Radiu Zet i oglądałem Kawę na ławę Rymanowskiego w TVN24. U Olejnik Halicki, czyli PO w pigułce, ciągle mówił tak: nic nie wiemy o tych sprawach, to decyzja prokuratury, szczegóły nie są nam znane, musimy poczekać, a w ogóle chodzi o to, żeby było dobrze. Tyle Halicki, co akurat oczywiste. Inni politycy i komentatorzy mówili trochę konkretniej, ale mniejsza o te wszystkie wypowiedzi. Problem jest jeden, a problemem jest odpowiedź na pytanie o to, jak to wszystko naprawdę u nas wygląda.

Jurysprudencja to bardzo ciekawa dziedzina. Zamiast jurysprudencja można mówić teoria prawa albo filozofia prawa albo teoria państwa i prawa - to nie jest istotne, idzie tylko o to, że jurysprudencja to bardzo ciekawa dziedzina. Są dwa główne sposoby podejścia do filozofii prawa - teoria prawa naturalnego (natury) oraz pozytywizm prawniczy. Zwolennicy teorii opartej na idei prawa natury mówią, że prawo stanowione powinno być zgodne z prawem naturalnym, przy czym to prawo naturalne może być ustanowione przez Pana Boga albo tak sobie istnieć, bez Pana Boga. Wyznawcy teorii opartej na idei prawa natury mówią, czym jest prawo natury, a z tego, czym prawo natury jest, wyciągają wnioski na temat tego, jak powinno wyglądać prawo stanowione. Jeśli chcecie wiedzieć, skąd zwolennicy teorii prawa natury wiedzą, czym jest i jak wygląda prawo natury, to pytajcie zwolenników idei prawa natury. Pozytywiści prawniczy mówią natomiast, że żadnego prawa naturalnego nie ma, a prawo stanowione to po prostu to, co ludzie uznają, że jest prawem - w tym przypadku nie ma mowy o jakichś heteronomicznych źródłach prawa stanowionego. Jeżeli chcecie wiedzieć, skąd pozytywiści prawniczy wiedzą, że prawo natury (naturalne) nie istnieje, to pytajcie pozytywistów prawniczych.

Jednym z nurtów w jurysprudencji, pozostającym w opozycji do nurtów opartych na idei prawa natury, jest realizm prawny (albo prawniczy -  w polskim wydaniu Historii zachodniej teorii prawa J. M. Kelly'ego mamy termin realizm prawny i tego terminu się trzymam, mniejsza teraz o to, z jakich względów). Istotę koncepcji określanej mianem realizmu prawnego pięknie wyłożył sędzia Oliver Wendell Holmes, który między innymi trzydzieści lat był sędzią Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych. No i ten Holmes w roku 1897 opublikował w Harvard Law Review artykuł zatytułowany Path of the Law, w którym pisze, że aby zrozumieć to, czym prawo jest naprawdę, trzeba postawić się w położenie jakiegoś hipotetycznego złego człowieka, któremu grozi proces. Holmes pisze:

Weźmy zasadniczą kwestię, czym jest prawo. Znajdziemy autorów, którzy twierdzą, że jest to coś innego niż rozstrzygnięcia sądów w Massachusetts lub w Anglii, że jest to racjonalny system, że są to konkluzje wysnute z etyki lub przyjętych założeń, które mogą, lub nie, pokrywać się z rozstrzygnięciami. Lecz jeśli przyjmiemy punkt widzenia naszego przyjaciela, złego człowieka, stwierdzimy, że zupełnie nie interesują go założenia czy konkluzje, lecz tym, czego naprawdę jest on ciekaw, jest to, co faktycznie może uczynić sąd w Massachusetts lub w Anglii. Podzielam jego podejście. Przewidywania dotyczące tego, jak rzeczywiście postąpi sąd - i nic ponadto - są tym, co rozumiem pod pojęciem prawa.

W innym miejscu tego tekstu Holmes stwierdza, że przedmiotem nauki prawa najzwyczajniej w świecie jest tylko przewidywanie tego, kiedy siła publiczna zostanie użyta poprzez instrument, jakim są sądy.

Gdyby metodologię opisywaną przez Holmesa rozszerzyć na inne obszary, niż tylko sądy, to trzeba stwierdzić, że sytuacja w Polsce jest prosta. Niezależnie od tego, co powie Halicki czy Tusk, niezależnie od tego, że jak stwierdził Nałęcz, Komorowski informację o tym, że ABW napadła na studenta przyjął ze zdziwieniem, niezależnie od wszystkiego innego, nasz hipotetyczny zły człowiek, o ile nie jest idiotą, wie, że za wywieszanie na meczach transparentów antyrządowych stadiony są zamykane, że ABW wpada do chałupy studenta w sprawie strony internetowej, że za eksponowanie antyrządowych haseł dostaje się mandaty, że policja zatrzymuje ludzi za antyrządowe napisy na transparentach. To są fakty.

I jeszcze wyjaśnienie dla ciotek Matyld - w żadnym miejscu swego tekstu niczego nie oceniam, nie opowiadam się za którąkolwiek ze stron, nie mówię, że istnieje prawo naturalne albo że nie istnieje, nie piszę o tym, jakie prawo moim zdaniem powinno być, a jakie nie. Nic z tych rzeczy nie robię, a jedynie co robię, co stwierdzam, że w Polsce Tuska za wywieszanie na meczach transparentów antyrządowych stadiony są zamykane, że ABW wpada do chałupy studenta w sprawie strony internetowej, że za eksponowanie antyrządowych haseł dostaje się mandaty, że policja zatrzymuje ludzi za antyrządowe napisy na transparentach. Powtarzam - stwierdzam tylko, że to wszystko są fakty. I gdyby ktoś chciał się ze mną pokłócić, niezależnie od tego, w jakim stopniu jest ciotką Matyldą, nie może pokłócić się ze  mną, tylko musi kłócić się z faktami. Moim zdaniem parę milionów dorosłych ludzi to właśnie robi - kłóci się z faktami.