statsy

czwartek, 31 grudnia 2009

Noworoczne życzenia, ale nie moje :-)

Wyborcza na pierwszej stronie wydrukowała dzisiaj takie oto życzenia:

Żeby świat nas w gospodarce dogonić nie był w stanie, a poza tym: nowych dzieci, wnuków i innych przyjemności z życia.

Super. Ale jak to niby mamy zrobić, żeby nas Chińczycy w gospodarce nie przegonili? A także Hindusi i Brazylijczycy? To co - mamy zrezygnować z wywalania miliardów na "walkę z globalnym ociepleniem"? Mamy odpuścić wszystkie te prawa pracownicze, płace minimalne, silne związki zawodowe, wyrównywanie szans, zapobieganie wykluczeniom społecznym?

A znowu z nowymi dziećmi jak ma być? Wiadomo, że nowe dzieci są potrzebne, żeby zapierdalały na emerytury dla dziadków, bo taki mamy system. Ale skąd wziąć te nowe dzieci? Czyżby Wyborcza miała zamiar walczyć z propagowaniem homoseksualizmu, czyżby zaczęła nawoływać do penalizowania aborcji, czyżby uznała, wbrew Magdalenie Środzie, że Kościół Katolicki nie jest źródłem patologii w rodzinie, a sama rodzina jest czymś wspaniałym? A może idzie o to, że ciemne katoliczki mają rodzić dzieci, a państwo już te dzieci przerobi na Nowych, Właściwych Człowieków?

Jest się nad czym zastanawiać, w ten ostatni dzień roku Pańskiego 2009.

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Życzenia



Na Syberię wyjeżdżam, więc z netem będzie nietęgo - więcej będę przy lampie naftowej z cudownymi ludźmi gadał, wódkę pił, obficie jadł. Jednym słowem - będę smakował życia :-)) Dlatego już teraz Wszystkim, którzy tu zaglądają, z okazji Bożego Narodzenia mówię: Dobrego.

Miejcie, Kochani, dobry czas. Cieszcie się Świętami. Nie po to dobry Bóg przyszedł do nas, żebyśmy byli posranymi smutasami, którzy zadają szyku odziani w debilne dekadenckie ubranka; dobry Bóg przyszedł do nas po to, żeby nam dać nadzieję, więc nie róbmy pały i cieszmy się :-)))

Ja cieszę się na te Święta ja szalony; poza wszystkim innym, dostanę, jak co roku, kolejny tom Coplestona :-)))

Z Bogiem.

środa, 16 grudnia 2009

Deo gratias

W istocie jednak ten elitarny instytut zajmował się fabrykowaniem mitologii. Zatrudnieni w nim luminarze nauki zniekształcali prawdę i odpowiednio dobierali i wytwarzali dowody. (...) Niektórzy naukowcy świadomie manipulowali odkryciami, inni robili to bezrefleksyjnie, nie zdając sobie sprawy, że ich przekonania polityczne wywierają wielki wpływ na prowadzone badania.

Tak pisze Heather Pringle. A o kim Pringle pisze? Otóż Pringle pisze o "naukowcach" zatrudnionych w Ahnenerbe Forschungs und Lehrgemeinschaft. Ahnenerbe to był taki instytut założony w 1935 roku przez Heinricha Himmlera i jego współpracowników po to, aby prowadzić poszukiwania mające wykazać wielki dorobek historyczny przodków Niemców, nawet w epoce paleolitu. Nieźle poczynali sobie ludzie z Ahnenerbe, ale o tym może kiedy indziej. Dzisiaj chciałem tylko dać wyraz mojej radości z tego, że tamte czasy minęły bezpowrotnie. I pomyśleć, że to było tak niedawno temu. Było, ale już nie ma i nie będzie. Dzisiaj żaden instytut nie zajmuje się fabrykowaniem mitologii, żadni naukowcy nie wytwarzają dowodów ani ich nie fałszują - w ogóle polityka nie ma nic do gadania jeśli chodzi o niezależność prowadzenia badań naukowych. Deo gratias, że jest jak jest!

*
Cytat pochodzi z: Heather Pringle. Plan rasy panów. Instytut naukowy Himmlera a Holocaust [The Master Plan: Himmler's Scholars and the Holocaust]. Zysk i S-ka. Poznań 2009.

wtorek, 15 grudnia 2009

C2Ł0W1€K

W drugim numerze literackiego pisma Opowieści jest taki kawałek Piotra Zygmunta zatytułowany C2Ł0W1€K. C2Ł0W1€K zaczyna się tak:

74052212259...
29...
DB 8673245...
231462293 000 000 23342220...
42...
94/45...
635 78 45...
7847...

I jeszcze fragment z C2Ł0W1€K-a:

NIP...
PIN...
PUK1...
PUK2...
PIN karty IKN...
PIN karty bankomatowej...
PIN konta internetowego...

***

Gazeta Wyborcza donosi:

Bez adresu zameldowania, koloru oczu i wzrostu, ale za to z podpisem elektronicznym i specjalnym chipem zawierającym nasze dane, także te biometryczne. Tak ostatecznie ma wyglądać nowy dowód osobisty.

Pierwsi pełnoletni Polacy mają dostać go 1 stycznia 2011 roku. Jednak rząd i urzędy już teraz przygotowują się do wymiany starych dokumentów na nowe. Dziś Rada Ministrów przyjmie założenia do przepisów, które umożliwią jak najszybsze przeprowadzenie takiej procedury. Nowe prawo określi też, jak nowe dowody osobiste będą ostatecznie wyglądać.

***

Następnym etapem będzie już wszczepianie ludziom jakiegoś chipa w dupy. Albo w głowy.

***

Czy możecie sobie wyobrazić, że w jakimś klubie szachowym znajdzie robotę gościu, który zaczyna białymi 1.f4, na 1...e5 odpowiada 2.g4 (po 2...Hh4 czarne matują)? Czy możecie sobie wyobrazić, że jakiś klub z NBA zatrudnia na pozycji centra gracza o wzroście 167 cm? Nie? No to wyobraźcie sobie, że w Gazecie Wyborczej ma robotę jakiś jajcarz, który o tych dowodach osobistych pisze:

Co ważne nie zapłacimy za wymianę ani grosza. Koszt wydania nowego dowodu osobistego zostanie pokryty w całości z budżetu państwa.

piątek, 11 grudnia 2009

Przecierka. Tekścik obiecany r306. (do archiwum)

Bo to się wszystko jakoś tak przeciera ciągle. I dociera. I nigdy nie jest takie samo jak było, a do tego wiadomo, że za chwilę będzie jeszcze inne.

Bryan Magee napisał tak:

Prawie wszyscy wierzymy bez wahania od wczesnego dzieciństwa, na przykład, że dwa i dwa to cztery, ale dedukcyjny dowód tego twierdzenia przekracza możliwości większości z nas; przeprowadzenie go wymaga zaawansowanej znajomości logiki matematycznej.

Pojechałem z całym tym Waldkiem, którego mam za komucha. Nie wiadomo do końca, za kogo ma mnie Waldek, ale na pewno za jakiegoś pojeba. To wygląda tak, że ja pytam Waldka: - Która jest godzina, komuchu? - A Waldek odpowiada: - Siedem po szesnastej, pojebie. - To jest ważne – Waldek nigdy po południu nie powie, że to czwarta, tylko że szesnasta. On ma zegarek z takim cyferblatem, który pokazuje 24 godziny. Spróbujcie wers 44. rozdziału 23. Ewangelii Łukaszowej przeczytać tak: Było już około godziny osiemnastej i mrok ogarnął całą ziemię aż do godziny dwudziestej pierwszej.

Jak jechaliśmy Waldka autem, to Waldek, komuch przecież, wszystko robił normalnie. Radyjko zapuścił, razem ze mną darł się śpiewając niektóre piosełki, nagminnie przekraczał dozwoloną prędkość, a jak poszliśmy do lasu to zwyczajnie odlał się jak chłop, zapalił fajkę, a peta rzucił na ściółkę leśną, czy jak tam się nazywa podłoga lasu. W innych jednak sytuacjach odzywała się w Waldku cała jego komuchowatość. Oto szliśmy sobie ulicą w mieście, którego nie znaliśmy, a tu żebrząca staruszka klęczała przed wypasionym EMPiK-iem (jeszcze jej strażacy miejscy nie zdążyli przegonić) i pociskała różaniec. Na widok staruszki Waldek powiedział: - Ty, weź jej daj dychę, bo ja mam fest wrażliwość społeczną na takie rzeczy.

No więc z Waldkiem to raz jest tak, a raz inaczej. Ze mną też raz jest tak, a raz inaczej. Bo czy ja, podczas mojej podróży z Waldkiem oraz podczas mojego z Waldkiem przebywania w mieście nam nieznanym, nie korzystałem z dobrodziejstw państwowych? Jasne, że korzystałem. Po państwowej drodze jechałem, w państwowym lesie się odlałem. A państwowego policjanta zapytałem, gdzie tu się kupuje szlugi od Ruskich i policjant nam powiedział. A znowu Waldek też sobie tych ruskich fajek kupił po parę zyli taniej na ramce niż w kiosku.

I tak to już jest. Bo to się wszystko jakoś tak przeciera ciągle. I dociera. I nigdy nie jest takie samo jak było, a do tego wiadomo, że za chwilę będzie jeszcze inne.

czwartek, 10 grudnia 2009

Wracam do Veyne'a

Jedną notkę o książce Veyne'a już poświęciłem. Zjechałem tam autora za to, że o św. Pawle nie dopisał tego, co trzeba było napisać dla rzetelności. A tak w ogóle to książka, którą już przeczytałem po całości, jest świetna. Veyne prowadzi dwa główne wątki - jeden historyczny, a drugi taki więcej multidyscyplinarny, dotyczący fenomenu religii. Ładnie to wszystko przeplata i zgrabnie przeskakuje od Konstantyna do rozważań na temat np. wyższości chrystianizmu nad pogaństwem. To bardzo ciekawy wątek, o tej wyższości. Veyne pisze:

W ciągu wieków niewiele było takich religii (a może nie było żadnej), która by doznała takiego duchowego i intelektualnego wzbogacenia się jak chrześcijaństwo.

I dalej idzie ten piękny tekst:

Żeby dać wyobrażenie o przepaści oddzielającej go [chrystianizm] od pogaństwa, niech wolno mi będzie sięgnąć do przykładu trywialnego, podrzędnego, niegodnego tak ważkiego tematu jak nasz: kobieta z ludu może pójść do Matki Boskiej, aby zwierzyć się jej ze swych rodzinnych czy małżeńskich nieszczęść. Gdyby opowiedziała o nich Herze czy Afrodycie, bogini zaczęłaby się zastanawiać, co też strzeliło tej biednej owieczce d głowy, by przyjść do niej ze sprawami, z którymi nie wiadomo, co począć.

Właściwie cała ta moja notka składa się z cytatów, ale co tam - na razie robienie notek z cytatów nie jest zabronione. Jedziemy dalej:

Wiara to pewne zjawisko, którego przyczyny nam umykają. Nie może być ona przedmiotem decyzji, nie może odwoływać się do żadnego dowodu, którym zresztą w ogóle się nie przejmuje. Ktoś inteligentny i wrażliwy wierzy, ktoś inny, także inteligentny i wrażliwy, nie wierzy (i powinien powstrzymać się od czynienia zarzutów wierzącemu: "nie indaguje się człowieka wzruszonego", mawiał Rene Char). Nie umiemy wyjaśnić powodu tej różnicy i dlatego używany terminu: wiara. (...) Wiara przekonuje przekonanych, Bóg jest kimś konkretnym dla serc wierzących. Żeby sparafrazować Alaina Besançona: Abraham, święty Jan czy Mahomet nie wiedzą, lecz wierzą, Lenin natomiast wierzy, że wie.

Przy tym wszystkim trzeba pamiętać, że Veyne jest, jak sam o sobie pisze, niedowiarkiem :-))

Na koniec powiem, że książka trafiła do mnie zupełnie przypadkiem, czyli, jak to mówią - był to zbieg okoliczności. Ale to można wyjaśnić naukowo :-)) Oto, co na temat zbiegów okoliczności w książce Kosmiczna wygrana pisze Paul Davies:

Na ogół trzymanie się tego, co proste i oczywiste, jest najlepszą strategią, ale istnieje jedna taka dziedzina, w której nawet niezwykłe zbiegi okoliczności mogą stać się częścią pełnoprawnego wyjaśnienia naukowego - a tą dziedziną jest życie.

Króle

To są szachowe króle. Różne króle, ale istotne jest jedno. Co te wszystkie króle mają ma głowach? No właśnie.

Byłoby śmiesznie, gdyby tak jacyś jajcarze zaskarżyli krzyże na głowach szachowych króli. No bo niby dlaczego ateista, który chce sobie pograć w szachy, ma grać królem z krzyżem na łbie i jeszcze tego króla brać do ręki?

wtorek, 8 grudnia 2009

Wybrakowany egzemplarz Pisma Świętego

Paul Veyne, francuski historyk, napisał książkę Początki chrześcijańskiego świata (312-394). Te liczby w nawiasie to lata, o których pisze Veyne. Książkę na razie przejrzałem tylko, natomiast przeczytałem ostatni rozdział (nie licząc Dodatku, w którym autor prowadzi rozważania na temat tego, czy dawny judaizm to był politeizm czy może monolatria). Ten ostatni rozdział zatytułowany jest tak: Czy Europa ma korzenie chrześcijańskie? Veyne'mu wychodzi z obliczeń, że oczywiście Europa chrześcijańskich korzeni nie ma, że nie ukształtowała się w łonie chrystianizmu, nie rozwinęła się z jakiegoś zalążka, lecz jest rezultatem epigenezy.

OK, w tekście liczącym dziesięć i pół strony Veyne pokazuje, że nic takiego specyficznego w chrześcijaństwie nie było, co pozwalałoby mówić o jakichś korzeniach, a w ogóle to stawia pytanie następujące: Gdzież to i kiedy widziano, aby jakaś cywilizacja czy społeczność - rzeczywistość wszak niejednorodna, pełna sprzeczności, wielokształtna, wielobarwna - miała w rozmaitych dziedzinach swej aktywności i myśli jakieś "fundamenty" lub "korzenie"? I by tkwiły one akurat w religii, jednym z jej licznych składników?

Bardzo dobre pytanie, można napisać wiele ciekawych książek, starając się na to pytanie odpowiedzieć. Aby pokazać, że religia jest jedną z części składowych cywilizacji, nie zaś jej matrycą, Veyne musi dokonać dość osobliwych interpretacji rozmaitych faktów, np. pisząc o niewolnictwie stwierdza: Z tej religijnej jednomyślności nie wynikało, że pan i niewolnik są równi na tym padole (niewolnicy nie mogli być wyświęcani na księży). Ponieważ ceną za zbawienie jest przestrzeganie moralności w życiu, święty Paweł zalecał niewolnikom posłuszeństwo swym panom.

I już. Tyle na temat św. Pawła w kontekście niewolnictwa, natomiast ogólniej o Apostole Narodów jest jeszcze to: Święty Paweł nie tyle stworzył wzorzec uniwersalnych praw człowieka, ile raczej wpuścił trochę oliwy w tryby społeczeństw nieegalitarnych.

Wracam do tego zdania: Z tej religijnej jednomyślności nie wynikało, że pan i niewolnik są równi na tym padole (niewolnicy nie mogli być wyświęcani na księży). Ponieważ ceną za zbawienie jest przestrzeganie moralności w życiu, święty Paweł zalecał niewolnikom posłuszeństwo swym panom.

Moje pytanie jest takie: jak to się dzieje, że facet pisząc książkę, stwierdza, iż jeśli chodzi o niewolnictwo, to Paweł zaleca niewolnikom posłuszeństwo wobec panów, a nie przytacza (Veyne, nie Paweł) Listu do Filemona, który kiedyś cytowałem, a który ojciec Bocheński uważał za jeden z największych dokumentów naszej cywilizacji? Otóż w liście idzie o to, że Filemon, bogaty czlowiek, nawrócił się na chrześcijaństwo za przyczyną św. Pawła. Filemon miał niewolnika imieniem Onezym. Onezym Filemonowi uciekł i przybył do Pawła. Jakby Paweł zatrzymał przy sobie Onezyma, to pewnie nic by się nie stało, bo apostoł miał dobre relacje z Filemonem, jednak Paweł kombinował w inną stronę, co dla Onezyma było groźne, bowiem w tamtych czasach niewolnika karano za ucieczkę wypaleniem mu na czole znamienia F (od łacińskiego fugitivus – zbiegły niewolnik, zbieg) oraz nałożeniem na szyję metalowej obręczy, którą musiał nosić do końca życia. Paweł Onezyma nie zatrzymał przy sobie, tylko odesłał go do Filemona wraz z listem, w którym pisze:

A przeto, choć z całą swobodą mogę w Chrystusie nakładać na ciebie obowiązek, to jednak raczej proszę w imię miłości, skoro już jestem taki. Jako stary Paweł, a teraz jeszcze więzień Chrystusa Jezusa – proszę cię za moim dzieckiem – za tym, którego zrodziłem w kajdanach, za Onezymem. Niegdyś dla ciebie nieużyteczny, teraz właśnie i dla ciebie, i dla mnie stał się on bardzo użyteczny. Jego ci odsyłam; ty zaś jego, to jest serce moje, przyjmij do domu! Zamierzałem go trzymać przy sobie, aby zamiast ciebie oddawał mi usługi w kajdanach [noszonych dla] Ewangelii. Jednakże postanowiłem nie uczynić niczego bez twojej zgody, aby dobry twój czyn był nie jakby z musu, ale z dobrej woli. Może bowiem po to oddalił się od ciebie na krótki czas, abyś go odebrał na zawsze, już nie jako niewolnika, lecz więcej niż niewolnika, jako brata umiłowanego. [Takim jest on] zwłaszcza dla mnie, ileż więcej dla ciebie zarówno w doczesności, jak w Panu. Jeśli więc się poczuwasz do łączności ze mną, przyjmij go jak mnie! Jeśli zaś wyrządził ci jaką szkodę lub winien cokolwiek, policz to na mój rachunek! Ja, Paweł, piszę to moją ręką, ja uiszczę odszkodowanie – by już nie mówić o tym, że ty w większym stopniu winien mi jesteś samego siebie. Tak, bracie, niech ja przez ciebie doznam radości w Panu: pokrzep moje serce w Chrystusie!
(Fil 8-20)

Mnie się wydaje, że jeśli już Veyne zabrał się za niewolnictwo i św. Pawła, to o zacytowanym fragmencie powinien wspomnieć, ale może po prostu dysponował wybrakowanym egzemplarzem Biblii, w którym Listu do Filemona nie było.

sobota, 5 grudnia 2009

Pewnie, że wojna

I wszyscy was znienawidzą z powodu mojego imienia.
Mt 10,22

W programie Minęła dwudziesta emitowanym w TVP INFO 3 grudnia po ósmej wieczorem, o krzyżach w klasach i w ogóle o krzyżach, gadali Sławomir Sierakowski, Zbigniew Mikołejko i Bogusław Wolniewicz. Sierakowski i Mikołejko ględzili o przestrzeni publicznej, o neutralności światopoglądowej państwa i takich tam. Natomiast Wolniewicz nie bawił się w żadne subtelności, tylko jechał hasłami takimi, jak godzenie w cywilizację Zachodu, fanatycy antychrześcijańscy oraz wojna religijna. Bardzo dobrze. Tak trzeba to przedstawiać, jako wojnę religijną. Gdyby jakiś katolik miał skrupuły i nie był pewny tego, czy można mówić o wojnie religijnej, to podrzucam mój pomysł na pozbycie się skrupułów. Otóż można to sobie wytłumaczyć tak - jestem takim wyznawcą religijnym, który chce mieć symbol swojej religii w ważnych dla mnie miejscach, w tym tam, gdzie uczą się moje dzieci, tym bardziej, że na te zawłaszczone przez państwo miejsca i instytucje płacę. I jeśli ktoś z tym walczy, to wszczyna wojnę religijną. No bo niby jaką?

piątek, 4 grudnia 2009

Tak to się robi

W TVP INFO pokazali materiał o tym, jak to w jakiejś wiosce sołtyska wymyśliła, żeby ludzi zrobili ściepę i naprawili tory kolejowe, bo są popsute i pociągi jeżdżą powoli, a i to nie całą trasą, którą mogłyby jeździć i którą kiedyś jeździły. W efekcie ludzie mają kłopoty, bo np. dzieciaki nie mogą dojechać pociągiem do szkoły, tylko muszą się przesiadać na autobus. Na naprawę torów trzeba zebrać jakieś 300 tysiaków zyli.

Ten gościu, który nakręcił tę wstawkę powiedział na koniec, że zobaczymy, czy ludzie uzbierają te 300 tysiaków, a w ogóle to taka akcja kojarzy się z czynem społecznym, czyli z reliktem minionej, komuszej epoki. Pomyślałem sobie, że najgorsze jest nie to, że ludzie są gnębieni przez socjalistyczne państwo na wszystkie sposoby (albo jeszcze nie na wszystkie), ale to, że wielu ludzi nie wie o tym, że są gnębieni. Najgorsze jest to, że ludzie mają umysły przeżarte komuszym ideolo. To, że lokalna społeczność potrafi się skrzyknąć w ważnej dla siebie sprawie, że potrafi coś ustalić, zebrać kasę, zrobić coś pożytecznego, jest rzeczą najnormalniejszą pod słońcem, ale ten gościu z tv tego nie kuma. Dla niego to, że ludzie się organizują, razem coś robią, to czyn społeczny, relikt minionej epoki. I jeszcze sieje miazmaty przez ten swój państwowy telewizor, działając na określonym odcinku, żeby już pozostać przy terminologii z minionej epoki. Właśnie tak, przez takie gadki, pomału, pomału zniewala się ludzi, odbiera się im inicjatywę, przyzwyczaja się ich do bycia niewolnikami systemu. Właśnie tak to się robi, po kawałku, bo, jak stwierdził David Hume, rzadko kiedy całą wolność traci się od razu.

czwartek, 3 grudnia 2009

Dogmaty

Rektorzy zaproponowali, żeby studenci płacili za studia, żeby chociaż trochę płacili, no i podniósł się rwetes. Ludzie wrażliwi społecznie protestują, bo jak to niby miałoby być, żeby studenci za studia płacili? Gdyby studenci za studia musieli płacić, to na studia miałyby dzieci bogatych rodziców, a dzieci biednych rodziców nie miałyby. To zaś jest niesprawiedliwością społeczną.

Cała ta komedia bierze się stąd, że państwo zajmuje się takimi rzeczami, jak kształcenie dzieciaków. Młodsze dzieciaki stosowną porcję indoktrynacji pobierają w przymusowej szkole, starsze dzieciaki na studia na razie chodzić nie muszą, natomiast państwo zabiera kasę pracującym ludziom i za tę kasę utrzymuje szkoły wyższe z całą tą urzędniczą czapą. Ludzie urodzeni w socjalizmie i żyjący w socjalizmie przyjmują za dogmat, że studia są darmowe i teraz, po propozycji rektorów, ludzie ci są oburzeni. Na razie jeszcze ludzie nie są oburzeni tym, że jak ktoś chce zrobić sobie jakiś kurs to musi płacić. Jeszcze nie oburza ich to, że trzeba płacić za ubrania, jedzenie, benzynę, telefon i usługi fryzjerskie, ale nie wiadomo czy niedługo i na to nie zaczną się oburzać. Bo niby dlaczego nie?

Z dogmatami często jest kłopot, bo z jednej strony ludzie są do swoich dogmatów bardzo przywiązani, z drugiej strony nienawidzą wyznających inne dogmaty. Najklarowniejsza sytuacja jest z dogmatami religijnymi, bo te zapisane są w tekstach normatywnych i jeśli ktoś chce się kłócić w sprawie któregoś dogmatu, to musi kłócić się z jakimś kościołem, albo od razu z Panem Bogiem. Większy kłopot jest z dogmatami takimi jak ten, że studia powinny być bezpłatne. Gdzie bowiem ten dogmat został zapisany?

Jeszcze jedna kwestia. W systemach generujących dogmaty, jak np. systemy religijne, mamy do czynienia ze specyficznym zjawiskiem, mianowicie z kategoriami takimi jak prawda i fałsz. Weźmy Kościół Katolicki. Otóż kościół ten reprezentuje religię monoteistyczną, która utrzymuje, w przeciwieństwie do religii politeistycznych, a także religii monolatrycznych, że tylko jej Bóg jest prawdziwy. To jest istotne - o ile bowiem politeizm czy monolatria uznają bogów innych religii, twierdząc przy tym, że są to bogowie gorsi, o tyle religie monoteistyczne żadnych bogów poza swoim nie uznają. W konsekwencji np. Kościół Katolicki wyznając dogmat o Bogu w Trójcy Jedynym, zaprzecza dogmatowi o Bogu w Dwójcy Jedynym (o ile taki dogmat gdziekolwiek istnieje, oczywiście). A jak jest z systemem, z którego wywodzi się dogmat o darmowych studiach? Czy ten system również posługuje się kategoriami: prawda - fałsz?

------------------------------

* Tekst słabuje w jednym istotnym punkcie, a gdyby ten punkt naprawić, to być może słabowałby w jeszcze jednym, tego jednak nie wiem. W każdym razie jest to wynikiem, że tak powiem, chwytu publicystycznego :-)))

środa, 2 grudnia 2009

YNWA

marta.luter pyta, co to jest ta YNWA. No to wyjaśniam :-)))

YNWA to skrót od You'll Never Walk Alone. A You'll Never Walk Alone to tytuł piosenki z musicalu Carousel z 1945 roku. Piosenkę śpiewali później wszyscy święci, z Elvisem na czele :-) Ta piosenka jest hymnem klubu piłkarskiego Liverpool FC. To najsłynniejsza pieśń kibicowska na świecie. Śpiewają ją jeszcze fani Celticu Glasgow - Celtic i Pool są w wielkiej przyjaźni i fajnie to wygląda, kiedy czasami grają przeciwko sobie w pucharze europejskim. Wtedy fani siedzą na trybunach pomieszani, mają szaliki w barwach obydwu klubów, czyli zielono-czerwone i razem śpiewają YNWA.

Treść piosenki jest taka:

When you walk through a storm hold your head up high
And don't be afraid of the dark.
At the end of a storm is a golden sky
And the sweet silver song of a lark.
Walk on through the wind,
Walk on through the rain,
Tho' your dreams be tossed and blown.
Walk on, walk on with hope in your heart
And you'll never walk alone,
You'll never, ever walk alone.

Walk on, walk on with hope in your heart
And you'll never walk alone,
You'll never, ever walk alone.

15 kwietnia 1989 na stadionie Hillsborough w Sheffield zginęło 96 kibiców Poolu (nawpuszczali za dużo ludzi do sektora i ludzie jedni drugich podusili - od tego czasu na stadionach w Anglii nie ma żadnych ogrodzeń). Co roku 15 kwietnia na stadionie Poolu przy Anfield Road jest uroczystość ku czci tych, którzy zginęli. Uroczystość połączona jest z nabożeństwem i ludzie zawsze śpiewają YNWA:



A tu filmik z meczu w roku 2005, kiedy Pool w półfinale Ligi Misiów wywalił Chelsea:



I jeszcze deser :-)))


wtorek, 1 grudnia 2009

Zielony balonik

Codziennik Polski donosi:

Dziś weszła w życie ustawa nakazująca obywatelom RP noszenie w przestrzeni publicznej zielonego balonika przywiązanego do lewego ucha. Oto zebrane przez nas opinie na temat ustawy:

Poseł Eugeniusz Kłopotek: Przede wszystkim chcę podkreślić, że wypowiadam się jako Eugeniusz Kłopotek. Nie jako członek PSL-u, tylko jako Eugeniusz Kłopotek. No więc ustawa jest oczywiście skandaliczna, ale myśmy ją przeforsowali bez wysiłku - jako koalicja mamy większość w sejmie i przegłosowaliśmy, takie są zasady demokracji. Niech nas jednak ręka Boska broni, jeśli ta ustawa przepadnie w Trybunale Konstytucyjnym!

Prezydent Lech Kaczyński: Oczywiście podpisałem ustawę, żeby nie mówili, że wetuję więcej niż Kwaśniewski. Skierowałem jednak ustawę do Trybunału Konstytucyjnego. Ale istotne jest co innego, mianowicie to, że Polska, ratyfikując traktat lizboński, nie utraciła suwerenności. Jesteśmy w dalszym ciągu państwem suwerennym. Tak, na pewno suwerennym. Bardzo suwerennym.

triarius: Nihil novi sub sole. Następnym, i ostatnim etapem tej cywilizacji, będzie wprowadzenie obowiązku używania różowych golarek do pizdy. Pisał o tym Oswald Spengler.

Stefan Niesiołowski: No i co z tego, że zielone baloniki? Proszę zobaczyć, ile jadu jest w wypowiedziach członków PiS-u. To są chorzy ludzie. Nie ma znaczenia, jaki byłby kolor baloników, PiS niezależnie od koloru i tak plułby jadem, bo ci ludzie inaczej nie potrafią.

Wybitny Konstytucjonalista: No cóż... tak... no cóż... Teraz Trybunał Konstytucyjny będzie musiał jakoś uzasadnić to, że ustawa jest zgodna z Konstytucją. Nie zazdroszczę moim wybitnym kolegom zasiadającym w Trybunale.

Poseł PO, Robert Węgrzyn: O ustawie się nie wypowiadam. Po prostu myśmy jeszcze nie brali tego na studiach.

Wojciech Olejniczak: Welcome everybody. Pytanie jest jedno: Dlaczego baloniki są zielone? Dlaczego nie są np. czerwone? Na to pytanie musi paść odpowiedź, bo ludzie na tę odpowiedź czekają. Chcę dodać, że w przeciwieństwie do moich sióstr i braci komuchów, ja wierzę w Pana Boga i chodzę do kościoła.

Premier Donald Tusk: Muszę przyznać, że o ustawie dowiedziałem się dzisiaj na konferencji prasowej, ale doskonale rozumiem intencje ustawodawcy. Proszę spojrzeć na mapę Europy. Proszę spojrzeć na mapę Europy, która pokazuje, że jedynie Polska jest zielona, podczas gdy inne państwa są czerwone. Najważniejsze jest jedno - zaufanie do rządu. I to zaufanie jest. I ono będzie się umacniać.

Wybitny Artysta: I bardzo dobrze, że zielone baloniki! Znakomicie! Uczyńmy z nich znak solidarności z Romanem Polańskim!

Jesteśmy w Europie

Kierownicy naszego kawałka kuli ziemskiej, czyli naszego landu wchodzącego, zdaje się od dzisiaj, w skład nowego Związku Radzieckiego, zapomnieli opublikować w Dzienniku Ustaw tekst traktatu lizbońskiego. A może po prostu to olali, bo niby kto im co zrobi? Jest to charakterystyczny przypadek dla tej akurat ekipy - ludzi leniwych, niekompetentnych i aroganckich.

Dziennik Polski zebrał opinie prawników na temat tego nieopublikowania. - Umowy międzynarodowe są w istocie rzeczy ustawami - przypomina prof. Paweł Sarnecki, kierownik Katedry Prawa Konstytucyjnego w Uniwersytecie Jagiellońskim, jeden z najbardziej cenionych konstytucjonalistów. Konstytucja RP mówi natomiast wyraźnie, że "warunkiem wejścia w życie ustawy, rozporządzenia oraz aktów prawa miejscowego jest ich ogłoszenie". Chodzi o ogłoszenie albo w "Dzienniku Ustaw", albo w "Monitorze Polskim". W przypadku ustaw, w tym umów międzynarodowych, w grę wchodzi jedynie "Dziennik Ustaw" (publikacje zawarte w "Monitorze Polskim" nie są źródłem praw i obowiązków dla obywateli, a ustawy są tego rodzaju źródłami).

Sarnecki powołuje się na art. 88 punkt 3, w którym czytamy:

Umowy międzynarodowe ratyfikowane za uprzednią zgodą wyrażoną w ustawie są ogłaszane w trybie wymaganym dla ustaw. Zasady ogłaszania innych umów międzynarodowych określa ustawa.

Inny prawnik:

Prof. Piotr Winczorek, konstytucjonalista z Uniwersytetu Warszawskiego, podkreśla, że traktat z Lizbony musi być ogłoszony w "Dzienniku Ustaw", ale według niego wejścia w życie na terenie UE nie zablokuje brak opublikowania go w tymże organie. - Najważniejsze dla międzynarodowego porządku prawnego jest to, że Polska ratyfikowała traktat - mówi prof. Winczorek. Wyraża on nadzieję, że obecna władza zadba, by traktat został zamieszczony w "Dzienniku Ustaw" przed 1 grudnia.

No i nadzieja prof. Winczorka upadła.

Znowu Sarnecki:

Przyznaje on jednak, że praktyczne skutki ewentualnego późniejszego ogłoszenia traktatu w "Dzienniku Ustaw" (czyli po 1 grudnia 2009 r.) mogłyby być wtedy, gdyby w traktacie były przepisy zmieniające zadania i prawa obywateli Polski. - Z faktu nieprzyjęcia przez nasz kraj Karty praw podstawowych (zbioru fundamentalnych praw człowieka), można wnosić, że traktat z Lizbony nie zawiera regulacji, które zmieniałyby nasze prawa i obowiązki, ale jest to tak obszerny dokument, iż do końca nie można być tego pewnym - mówi prof. Sarnecki. Gdyby jednak przepisy traktatu miały wpływ na status obywateli RP, a on sam został opublikowany w "Dzienniku Ustaw" po 1 grudnia, wtedy można byłoby skutecznie zakwestionować jego ważność.

Jasne, ciężko było opublikować traktat jak Pan Bóg przykazał, za to teraz będzie łatwo czynić różne łamańce po to, żeby stwierdzić, iż przepisy traktatu żadnego wpływu na status obywateli RP nie mają, więc kwestionowanie ważności traktatu jest niezasadne.

Czasy mamy takie, że coraz mniej można być pewnym prawa, ludzie widzą, że z prawa robią sobie jaja nawet ci, którzy prawo stanowią i pilnują jego przestrzegania, natomiast coraz większego znaczenia nabiera to, co powiedzą panie i panowie w trybunale strasburskim albo w Trybunale Konstytucyjnym - jakby jeszcze ktoś nie kumał o co idzie i wpadł na pomysł, że w jakiejś sprawie powoła się na Konstytucję. Pojęcie Rechtsstaat zostało zupełnie zapomniane - nawet Konstytucja stwierdza, że Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej. Państwem prawnym - nie państwem prawa.

Ale co tam - i tak wiadomo, o co chodzi. Jasno to napisał w wydanej w Moskwie w latach 1925-1927 Encyklopedii państwa i prawa sędzia Stuczka, przewodniczący sowieckiego Sądu Najwyższego:

Komunizm nie oznacza zwycięstwa socjalistycznego prawa, lecz zwycięstwo socjalizmu nad wszelkim prawem, ponieważ wraz ze zniesieniem klas mających antagonistyczne interesy prawo zniknie całkowicie.

niedziela, 29 listopada 2009

Szachy i gadki

Władymir Kramnik (fotka stąd)

Władymir Kramnik, który po wygraniu londyńskiego meczu w 2000 roku z Kasparowem został mistrzem świata PCA, a w roku 2006 po pokonaniu Topałowa zdobył tytuł majstra świata FIDE, powiedział kiedyś w wywiadzie, że w szachach interesuje go najbardziej, i właściwie jedynie, gra na najwyższym poziomie. Kramnikowi nie idzie o to, żeby jakkolwiek zdobyć punkt, bo kiedy wygra ale po marnej, pełnej błędów grze, to jest wściekły. Bardzo mi się ta Kramnikowa postawa podoba. Szachy to twórczość, to szukanie najlepszych idei, to grzebanie tak głęboko, na ile się da. Można grzebać samemu, robiąc analizy w chałupie, ale można też grzebać z kimś, podczas partii i po partii. W książkach na temat słynnych meczów Karpow - Kasparow autorzy piszą np. tak: w kolejnej partii gracze ponownie podjęli dyskusję na temat nieprzyjętego gambitu hetmańskiego. A znowu zwyczajem jest, że po partii gracze zostają jeszcze przy stole albo idą w jakieś inne miejsce, żeby nie przeszkadzać tym, co jeszcze grają, i robią analizę przed chwilą skończonej gry.

Tak, jak Kramnik widzi szachy, ja widzę gaduły. Gaduły to narzędzie do rozwijania się, zasiew pod móżdżenie. Oczywiście nie wszystkie gaduły są takie i na to nic nie można poradzić. No bo niby co można zrobić, jak się gada z gościem i tłumaczy mu jak komu dobremu, że po 1.e4 c5 2.f4 e5 nie gra się 3.fe, bo 3...Hh4+, a jak jeszcze przed szachem zasłoni się 4.g3 to można zatrzymać zegar i iść na piwo, a gościu upiera się, że nie, że właśnie gra się 3.fe i fajnie jest zagrać 4.g3? No co można zrobić?

sobota, 28 listopada 2009

Zakręcony Celiński

U Rymanowskiego Korwin-Mikke z Celińskim gadali o karze śmierci. Celiński powiedział, że jest przeciwnikiem kary śmierci, na co Korwin-Mikke stwierdził, że cieszy się, iż nareszcie spotkał człowieka, który nie zgadza się z wyrokiem trybunału w Norymberdze. I zapytał Celińskiego, dla jasności, czy ten potępia karę śmierci dla skazanych w Norymberdze Niemców. Celiński odparł, że to argument strasznie populistyczny, ale przyciśnięty przez Korwin-Mikkego przyznał, że kary śmierci dla skazanych w Norymberdze Niemców nie potępia. Oczywiście dalej utrzymywał, że jest kary śmierci przeciwnikiem. No jaja, bo co innego, jak nie jaja :-)))

Gaduła jest tutaj.

piątek, 27 listopada 2009

Czy ludożerki się cieszą

Janusz Lewandowski został jakimś komisarzem od unijnej kasy i babka z TVP INFO pytała senatora Mariusza Witczaka z PO, co on na to. Senator Witczak powiedział, że to znakomita wiadomość. Babka z TVP INFO nie zapytała co w tym znakomitego.

No bo co nam niby z tego, że Lewandowski? Chyba, że Lewandowski będzie sprytny i wyszarpie dla Polski więcej kasy, niż wyszarpałby jakiś Grek, Brytyjczyk czy, jak to mówią, Niemiec. A w ogóle to przecież cała ta Unia polega na tym, że np. Polacy dokładają się do ściepy, po czym cieszą się tym bardziej, im więcej kasy wyszarpią. Żeby jednak wyszarpać więcej kasy, niż się włożyło, trzeba zrobić w chuja Włochów, Francuzów czy Belgów. Tak samo jest w przypadku każdego innego państwa unijnego, czy raczej każdego unijnego landu, więc jaki sens ma cała ta zabawa?

Oczywiście wiadomo, że tu chodzi o biznes iluś tam tysięcy cwanych ludzi i o narzędzia do coraz efektywniejszego trzymania ludzi za mordę, natomiast nie jest to wersja oficjalna. Pytanie jest takie: z czego cieszy się wierząca w wersję oficjalną ludożerka w Polsce? A ludożerka w Holandii? A w Czechach? No bo chyba cieszą się te ludożerki, co?

Zabobonik

W Stu zabobonach Bocheński opisał mnóstwo zabobonów, bo aż sto :-) ale wszystkich nie opisał. Oczywiście nie musiał. Ja dzisiaj w sprawie jednego tylko, malutkiego zaboboniku, czyli refleksu szachisty. Oto, jak wymiatają goście obdarzeni refleksem szachisty:


czwartek, 26 listopada 2009

ZSRE

Dziennik donosi:

Nowa szefowa unijnej dyplomacji, baronessa Catherine Ashton, dostawała pieniądze od Związku Radzieckiego - alarmują brytyjscy politycy. W latach 80. pełniła funkcję skarbniczki pacyfistycznej grupy, którą historycy oskarżają o to, że była sowiecką piątą kolumną na Wyspach. (...)

W latach 1980-83 Ashton była skarbniczką pacyfistycznej grupy domagającej się jednostronnego nuklearnego rozbrojenia Wielkiej Brytanii. Pod nazwą Kampania na rzecz rozbrojenia nuklearnego (Campaign for Nuclear Disarmament - CND)) grupa działała w kilku państwach Europy Zachodniej. CND oskarżana jest o to, że była pokątnie finansowana przez władze ZSRR za pośrednictwem zachodnioeuropejskich partii komunistycznych, a nawet o to, że była "sowiecką piątą kolumną".

To, że Unia Europejska w dużej mierze jest ruskim pomysłem, to żadna niespodzianka. Kto Bukowskiego czytał, to wie to już od dawna. Oczywiście ten deal Ruskich z Niemcami to teoria, jak wszystko co jest świeże. Czy jednak ktoś tę teorię sfalsyfikował? :-))) Nie? No to cieszmy się i radujmy :-)))

wtorek, 24 listopada 2009

O czym te gaduły?

Obejrzałem powtórkę programu Minęła dwudziesta nadawanego w TVO INFO, a tam zaciekle dyskutowali o tym, czy to dobrze, czy źle konstytucję zmieniać i z prezydenta RP zrobić takiego gościa, co będzie mógł tylko na imprezy jeździć i tam zadawać szyku. Luknąłem do Netu - to samo: Tusk, konstytucja, zmieniać, prezydent.

Jakie to wszystko ma znaczenie? Przecież my, zdaje się od grudnia, czy od stycznia, będziemy mieć ważniejszą konstytucję i ważniejszego prezydenta. On się nazywa Herman Van Rompuy i jest Belgiem. A wygląda tak:
Trzeba się przyzwyczajać.

niedziela, 22 listopada 2009

Zagadki


W książce Bóg. Mała historia Największego. Manfred Lütz robi różne fajne wałki. Lütz jest teologiem, więc nie da się zjeść w kaszy rozmaitym dawkinsonom, a do tego jest niezłym psychiatrą, w związku z czym nie musi pisać na kolanach np. o Freudzie czy o DEPRESJI (przytacza np. słowa Karla Krausa, który stwierdził, że psychoanaliza jest chorobą, za której terapię sama się uważa).

Dojechałem do 98. strony książki i zobaczę, co będzie dalej, ale na razie jest świetnie :-) Oto co Lütz pisze na temat historii ateizmu:

Dla greckiej filozofii przedsokratejskiej skrupulatne poszukiwanie prawidłowości natury było nie do pogodzenia z ówczesnym niebem bogów, które przypominało raczej pełną chaosu komunę hippisowską, zbiorowisko niewychowanych i przede wszystkim nieobliczalnych psychopatów, którzy od czasu do czasu serwowali ludzkości pioruny, grzmoty, wojnę lub inne zło.

Ponieważ jednak nie posiadano wówczas "do dyspozycji" niczego innego, jak tylko takie wyobrażenia "Boga", filozofujący ówcześni naukowcy nierzadko byli w tamtym pojęciu "ateistami".

I dalej na ten sam temat:

"Bóg, którego odrzucali ateiści średniowiecza, był - czy tego chciano, czy nie - Bogiem innym od antycznego. Był osobowym Bogiem chrześcijaństwa. Dlatego ateista średniowiecza musiał być ateistą całkiem innego kalibru".

Dobra, Lütz dojeżdża do Feuerbacha i pisze:

Główny "argument projekcyjny" Feuerbacha nie jest więc żadnym argumentem przemawiającym za ateizmem. Jest tylko sposobem "umeblowania salonu ateistycznego", gdy ktoś już wcześniej - obojętnie z jakich powodów - zadecydował, że w Boga nie wierzy.

(Od razu zastrzegam, że wolałbym, aby nikt nie napadł teraz na mnie strzelając z biodra argumentem, że tak samo Quinque viae Sancti Thomae nie są argumentem przemawiającym za teizmem - zaoszczędźmy czasu odpuszczając sobie gadki o oczywistościach).

Dalej Lütz pokazuje, że może być i tak, że ateizm to wyobrażenie życzeniowe. A dlaczego nie? Dlaczego przyjmować tylko to, że teiści są głupkami tworzącymi sobie jakiegoś Boga? A może to ateiści w niedojrzałości swojej uciekają przed Kimś, kto ich męczy, bo nie pozwala im, ateistom, być egocentrykami, tchórzami i w ogóle życiowymi głupkami? A może jest tak, że ateistą zostaje człowiek, który ma najzwyczajniej w świecie przejebane, tak po całości, i zostaje tym całym ateistą z nienawiści do Boga, na którego nie są już projektowane (jak u Feuerbacha) ludzkie życzenia i tęsknoty, lecz agresja i rozczarowanie całego życia? A może ateistą zostaje ktoś, kto się wściekł na jakiegoś księdza, albo w ogóle na kler i nie wie, co zrobić ze swoją wściekłością, bo niby co może zrobić - do Gazety Wyborczej napisać, na blogu się wyżyć? To w wielu przypadkach nie wystarcza; człowiek chciałby sprawę załatwić raz, a dobrze, a tu żadnej instytucji odwoławczej nie ma, bo wiadomo, że gdy ktoś oburza się z powodu papieża lub z powodu jakiegoś niesympatycznego biskupa, nie są oni z reguły osiągalni telefonicznie.

Ta moja notka to nie jest żaden ATAK na ateistów; chcę tylko pokazać, że napierdalanki na poziomie dawkinsonów nie mają sensu, bo wartość w ten sposób prowadzonej argumentacji zależy li tylko od tego, jak sprawnie dyskutanci władają piórem, a w dziedzinie władania piórem ateistom na razie do teistów daleko.

***

Na koniec taka sobie oderwana impresja. Oto Lütz pisze:

Niechętnie przyznajemy rację, że znaczny wpływ wywiera na nas to, co "się" powszechnie myśli i w co "się" powszechnie wierzy. To "się" - tak wstrętne dla filozofa Martina Heideggera - zawsze wpływało na poglądy ludzi.

U Prechta znowu wyczytałem, że Niklas Luhmann, łebski socjolog, który zanim został łebskim socjologiem dziesięć lat robił w administracji, co skłoniło go do postawienia tezy, że w systemach społecznych nie chodzi o jednostkę, utrzymywał, iż systemy społeczne opierają się na wymianie nie materii i energii, lecz informacji i sensów. Według Luhmanna to nie ludzie działają, lecz dzieje się komunikacja, przy czym obojętne jest, kto komunikuje się z kim, gdyż jedyne istotne pytanie brzmi: Z jakim skutkiem?

Komunikacja się dzieje. Znowu to się. Witkacy napisał, że samo się nie myśli, tak jak grzmi samo i samo się błyska. Rzecz jasna teza Witkacego nie jest dogmatem; w końcu Witkacy nie był Duchem Świętym, bo Duchem Świętym był tylko van Gogh. A Marek Grechuta wziął ten kawałek o tym, że samo się nie myśli i napisał Hop szklankę piwa. Ale napisał też inną piosełkę, o zagadkach:

Wygodnie - dziura - bye

Siedzę sobie przy stole i piszę. Lampa daje dobre światło, książki ładnie pachną, mam nowe okulary, więc świetnie wszystko widzę. Gorzałkę popijam. Sama żołądkowa, tylko lodu nawrzucam trochę. Radyjko z lapa gra. Pierwszy program radia państwowego. Babka gada z ludźmi o uczuciach, czy jakoś tak. Strawna muzyka. No i oddzwonili godzinę drugą - dziennik. Słyszałem, ale nie słuchałem. Pisałem sobie. W końcu usłyszałem, jak jakiś facet powiada, że nauczyciele się wściekają, bo uczeń stoi, na nauczyciela się gapi i nic nie mówi. Ani na pytanie nie odpowie, ani się nie usprawiedliwi, no zupełnie nic. Ten facet w radiu powiada, że to dlatego, że uczniowie nie rozumieją, o co ich nauczyciele pytają. Nie rozumieją i tyle. Znają dwa tysiące słów ci uczniowie, a zatem wychodzi na to, że właściwie nie znają języka, więc jak mają rozumieć.

Odłożyłem swoje pisanie i zabrałem się do tej notki. Właśnie dzisiaj skończyłem czytać książkę Richarda Davida Prechta Kim jestem. A jeśli już, to na ile. O różnych rzeczach jest to książka. O mózgu, o myśleniu, o pamięci, o moralności, o Bogu, o uczuciach. A także o aborcji, eutanazji, jedzeniu zwierząt, chronieniu przyrody i niszczeniu przyrody. Precht filozof jest, kumaty, fajnie pisze o utylitaryzmie, pokazując, że utylitaryzm jest rzetelną odpowiedzią na ważne ludzkie pytania, ale też punktując słabości utylitaryzmu, a te są spore.

Ale dobra, wracam do tych dwóch tysięcy słów, co to je znają uczniowie. Precht pisze o Koko, takiej jednej gorylicy, którą Francine Paterson trzydzieści lat trenowała, w efekcie czego Koko znała około tysiąca pojęć ASL (American Sign Language) i rozumiała około dwóch tysięcy angielskich słów. Dwa tysiące słów! Zupełnie, jak uczniowie, o których mówił gościu w radiu. W 1998 roku Koko wzięła udział w czacie, podczas którego gadała sobie z ludźmi układając zdania liczące do sześciu słów. Koko umiała rymować, robiła np. takie rymy: do - blue; squash - wash. Budowała metafory: zebra to koń-tygrys, a Pinokio (jej lalka) to dziecko-słoń. Ktoś spytał, dlaczego Koko nie jest taka, jak ludzie, na co odpowiedziała: Koko goryl.

A kiedyś Paterson zagadnęła Koko o śmierć. Gorylica zastanowiła się, po czym wskazała te trzy znaki: wygodnie - dziura - bye.

Pomyślałem sobie, że to bardzo mocne stwierdzenie, nad którym można by nieźle podyskutować. Weźmy to wygodnie. Teiści mogliby utrzymywać, że po śmierci jest niewygodnie, albo, że może być niewygodnie. Oczywiście pewnie mogliby też zgodzić się z Koko, że po śmierci jest wygodnie. Ateiści naturalnie powiedzieliby, że po śmierci jest ani wygodnie, ani niewygodnie. Fajna mogłaby to być gaduła.

Co powiedziałoby o śmierci to dziecko, które chodzi do szkoły, które, jak Koko, zna dwa tysiące słów i które nie rozumie, o co je pyta nauczyciel?

--------------------------------------------------------

Taki artykuł znalazłem o tych małpach, co umieją gadać z ludźmi.

piątek, 20 listopada 2009

Ustalili

Właśnie kierownicy naszego kawałka kuli ziemskiej ustalili, że za chwilę dość wielu ludzi przestanie zarabiać na hazardzie jakieś tam pieniądze, natomiast mało ludzi zacznie zarabiać potężne pieniądze. Do tego bowiem sprowadza się cała ta ustawa hazardowa. Oczywiście rząd nie może powiedzieć publiczności, że chodzi o to, aby zrobić dobrze tym, którym dobrze jest zrobić dobrze. Nie może, bo to nie ten etap dziejowy, a może na żadnym etapie dziejowym takich rzeczy wyznawcom mówić nie można - nie wiem. W każdym razie w związku z tym, że rząd nie może powiedzieć jak jest, a coś powiedzieć musi, żeby gazet zapełniły szpalty, telewizory ramówki i żeby ciotki Matyldy mogły wydać okrzyk tryumfu, to mówi, że ustawa jest po to, żeby w dużej części zlikwidować patologię, jaką jest hazardowanie się. W tym wszystkim najśmieszniejsze jest to, że największą firmą prowadzącą działalność hazardową, co więcej - przymuszającą ludzi do uczestniczenia w hazardzie, jest państwo. Rzecz jasna mówię o przymusowych ubezpieczeniach.

czwartek, 19 listopada 2009

Robi się coraz goręcej

Za rok minie sto lat, jak Maria Konopnicka umarła, więc posłowie PiS-u napisali projekt uchwały, żeby w 2010 roku Konopnicką świętować. Na to wściekli się posłowie PO i zagłosowali, żeby projekt PiS-u odrzucić. Ministerstwo od Kultury, którym zawiaduje Zdrojewski, negatywnie zaopiniowało PiS-owski projekt, argumentując, że projekt wpłynął za późno i nie będzie już czasu na to, żeby przygotować godne świętowanie Konopnickiej, tym bardziej, że w przyszłym roku cała para Ministerstwa od Kultury pójdzie w organizowanie świętowania Fryderyka Chopina. Posłowie PO poparli stanowisko Ministerstwa od Kultury.

Wtedy posłanka PiS-u, Anna Sobecka, stwierdziła, że jak ktoś PiS-owski projekt odrzuca, to lekce sobie waży wzorzec patriotyzmu, którym to wzorcem była Konopnicka. Szczęśliwie posłanka PO, Iwona Śledzińska-Katarasińska, wpadła na salomonowe rozwiązanie i zaproponowała, żeby w roku 2010 Konopnickiej nie świętować, ale ją upamiętnić, np. poprzez stosowną uchwałę sejmową.

Co będzie dalej, to zobaczymy, w każdym razie emocje w tej sprawie, jak powiadają komentatorzy sportowi, sięgają zenitu. Jeśli Wam się wydaje, że ja robię sobie jaja i nieuczciwie wymyślam jakieś niestworzone historyjki mające pokazać, w jaki to niby sposób państwo trwoni zabrane ludziom pieniądze, a to z kolei po to, żeby w ogóle pokazać, co wyprawia państwo, to luknijcie sobie tutaj.

środa, 18 listopada 2009

Jest kłopot

Jednym z ważnych argumentów za istnieniem państwa jest ten, że jedynie państwo jest w stanie skutecznie pomóc ludziom w sytuacjach kryzysowych, mających ogólnospołeczny zasięg. Gdyby nie państwo, powiadają admiratorzy państwa, nie wiedzielibyśmy ani czy się szczepić i na co, ani którą stroną szosy jeździć, ani jakie mleko pić, ani jak na emeryturę uzbierać. Oczywiście nie mielibyśmy też dróg. Przede wszystkim nie mielibyśmy dróg.

No i teraz mamy właśnie sytuację wielce kryzysową, bo szaleje pandemia i jest kłopot ze szczepionkami. W sprawie szczepionek wypowiadają się mądrzy ludzie, odgrywający w państwie wielkie role: politycy, profesorowie, doktorzy. Jedni mądrzy ludzie mówią, żeby państwo nie kupowało szczepionek, drudzy mądrzy ludzie postulują, żeby państwo szczepionki kupowało. W jaki zatem sposób ludzie żyjący w państwie są mądrzejsi w kwestii szczepionek od ludzi żyjących w burdelu na kółkach, czyli w anarchii? Ktoś wie?

***

Śmiesznostka jest taka, że w paradnym położeniu są ciotki Matyldy. Z jednej strony ciotki Matyldy muszą się bać pandemii, bo telewizory mówią, że pandemia szaleje, z drugiej strony rząd nie kupuje szczepionek. Takie pisiory to mają fajnie teraz: boją się pandemii i przy tym mają znakomitą okazję do krytykowania ministerki Kopacz z wrażej partii. Ciotki Matyldy też się pandemii boją, ale ministerki krytykować nie mogą, bo ona jest z PO, a jej szefem jest sam Donald Tusk! Co robić? Bardziej bać się pandemii, czy bardziej ufać rządowi, wierząc ministrowi Nowakowi, że premier jest dotknięty przez Pana Boga geniuszem? Ktoś wie jak w tej arcytragicznej sytuacji znajdują się ciotki Matyldy?

wtorek, 17 listopada 2009

Czy ateiści są nieuczciwsi i głupsi od teistów?

U FYM-a potężna gaduła na temat ateistów. Tak mówiąc najogólniej :-)) Mocno się z FYM-em pociąłem i w sumie wyszło na to, że ja FYM-a atakuję za to, że on atakuje ateistów. Bardzo ciekawy ten układ :-))

FYM napisał m.in., że ateista już w punkcie wyjścia swojego światopoglądu jest NIEuczciwy - nie uznaje on prawdy o tym, że człowiek, oprócz tego, że jest istotą myślącą, jest też istotą religijną, że Ateista, wbrew temu, co sobie uzurpuje, jest człowiekiem o ograniczonych zdolnościach intelektualnych oraz imaginatywnych, że ateista ma zdeformowany obraz nauki (której usiłuje być wierny) – odrzuca bowiem te obszary nauki, które związane są z badaniami religijności człowieka oraz próbami rekonstrukcji tego, co nadprzyrodzone. Jednym słowem kupę bzdur napisał FYM.

Jedną z najlepszych książek o religii jest I człowiek stworzył bogów... Pascala Boyera.


Boyer, ateista pełną gębą, pisze o religii opierając się na innym paradygmacie niż ten, którego trzymali się jego wielcy poprzednicy, choćby James czy Eliade. Boyer jest antropologiem, ale w książce kapitalnie popularyzuje badania prowadzone w zakresie kognitywizmu, neurologii, psychologii oraz antropologii. Boyer, przeciwnie do twierdzenia FYM-a, jak najbardziej uznaje, że człowiek jest istotą religijną i nigdy nie odważyłbym się zarzucić Boyerowi, iż ten jest człowiekiem o ograniczonych zdolnościach intelektualnych i że ma zdeformowany obraz nauki. Nie odważyłbym się, bo niby jak mógłbym uzasadnić, że ciemniakiem jest ten profesor Indywidualnej i Kolektywnej pamięci Uniwersytetu Waszyngtona w Saint Louis?

Pascal Boyer - fotka wzięta z jego strony

FYM pisząc, że ateiści są nieuczciwi i ograniczeni intelektualnie, robi to samo co Richard Dawkins, który w wywiadzie dla Przekroju stwierdził, iż wśród ludzi, którzy w jednakowym stopniu mają dostęp do nauki i wiary w Boga Stwórcę, ci którzy wybrali wiarę, są głupsi. Według Dawkinsa głupsi są teiści, według FYM-a ateiści. Dawkinsowi wydaje się, że teiści wierzą w Boga bo się jakichś złych memów najedli, z kolei FYM uważa, że ateiści w Boga nie wierzą, bo już w punkcie wyjścia swojego światopoglądu są NIEuczciwi no i na dodatek są umysłowymi tępakami. A oto, co na temat tych prostych wyobrażeń żywionych przez Dawkinsa, pisze Boyer - tekst Boyera można też, jeśli załapie się o co chodzi, odnieść do wyobrażeń żywionych przez FYM-a:

Religia jest wielka i podniosła, jest istotą życia wielu ludzi, rodzi silne doznania emocjonalne, potrafi pchnąć do zabójstwa lub skłonić do poświęcenia. Chcielibyśmy, aby wyjaśnienie tak spektakularnych praktyk również mogło być spektakularne. Z tych samych przyczyn ludzie, których religia szokuje albo w których wzbudza odrazę, chcieliby, aby istniała jedna jedyna przyczyna tego, co uważają za zbiorową pomyłkę, za skrzyżowanie, na którym tak wiele ludzkich umysłów obiera, że tak powiem, fałszywą drogę. Ale w rzeczywistości taka przyczyna, taki zakręt, nie istnieje. Istnieje natomiast wiele różnorodnych procesów poznawczych, które splatają się, by uczynić idee religijne przekonywającymi.

Napisałem u FYM-a:

Najciekawszym pytaniem jest to: jak to się dzieje, że niektórzy ludzie w Boga wierzą, a inni nie wierzą? I nie ma odpowiedzi na to pytanie.

Na co FYM odpisał:

Może to pytanie jest najciekawsze dla Ciebie, bo dla mnie nie.

To, że dla FYM-a nie jest to ciekawe pytanie, a przynajmniej jeśłi chodzi o dziedzinę, o której gadamy, nie najciekawsze, to widać po FYM-owym tekście. FYM, podobnie zresztą jak mnóstwo innych ludzi, nie rozumie, że jego argumentacja jest kolista. Oto bowiem FYM przyjmuje, że jest Bóg, w którego można wierzyć czy też któremu można zawierzyć i na tym założeniu buduje całą swoją konstrukcję. Żeby móc zaatakować ateistę za to, że ten w Boga nie wierzy, trzeba przyjąć, że Bóg jest, bo inaczej cała ta konstrukcja rozsypuje się w drobny mak. Mnóstwo ludzi nie rozumie, że Quinque viae św. Tomasza to nie żadne dowody na istnienie Boga, tylko swego rodzaju pomoc dla ludzi wierzących. Tomasz po prostu pokazuje, że wiara nie jest czymś głupim, stwierdza, że ludzie wierzący mogą swoją wiarę mocno osadzić na fundamencie, jakim jest doświadczenie.

Tekst FYM-a, atakujący ateistów, jest kapitalnym przykładem tego, o czym w książce Ateizm w sporze z religią napisał Michael J. Buckley.


Buckley, w przeciwieństwie do Boyera, jest teistą, a na dodatek jezuitą (aczkolwiek sam nie wiem i nie wiem, czy ktokolwiek wie, jakiego to rodzaju teistami są jezuici :-)). Buckley stawia tezę, że ateizm jest konieczną konsekwencją takiej religii, która opiera się na dedukcji i empirii, która w dedukcji i empirii szuka swojego uzasadnienia, która chce się "zracjonalizować". Buckley pisze o dziele Cottona Mahlera, który zdołał dokonać podziału "Dwoistej Księgi Boga" na "księgę Stworzeń" i "księgę Pism", utrzymując, że pierwsza pomaga nam w odczytywaniu drugiej.

Mnie się wydaje, że księga Stworzeń w jakiś sposób może pomóc w odczytywaniu księgi Pism, ale najpierw tę drugą księgę trzeba uznać właśnie za księgę Pism, bo z samej księgi Stworzeń do księgi Pism można dojść, ale może też i nie dojść.

Nie chaciałbym, żeby wyszło na to, że Buckley to taki gościu, który nie mogąc obronić religii w sporze z nauką (według Buckleya ten konflikt, o ile istnieje, jest idiotyczny), salwuje się ucieczką i dlatego robię to zastrzeżenie, zanim przytoczę cytat z Without God, Without Creed: The Origins of Unbelief in America Jamesa Turnera, który to cytat Buckley daje u siebie:

Chociaż zarówno nauka, jak i społeczne przeobrażenie wzbudziły duży niepokój, żadne nie spowodowało niedowiarstwa (...) Przeciwnie, to religia spowodowała niedowiarstwo. Próbując dostosować swoje wierzenia do społeczno-gospodarczej zmiany, do nowych moralnych wyzwań, do nowych problemów wiedzy, do zaostrzających się standardów nauki, obrońcy Boga zadusili Go powoli. Jeżeli ktoś może zostać oskarżony jako bogobójca, to nie Karol Darwin, lecz jego przeciwnik, biskup Samuel Wilberforce.

Kapitalne jest to ostatnie zdanie. Kłopot polega na tym, że mało kto rozumie, dlaczego to zdanie jest kapitalne.

niedziela, 15 listopada 2009

Właściwa perspektywa

Z książki Zielone jabłuszko Izabeli Sowy:

Wiesz, co to jest 10 milionów niezadowolonych Polaków? Garstka ekstremistów.

niedziela, 8 listopada 2009

Czy policja strasburska napadnie na Italię?

Mamy cały ten Europejski Trybunał Praw Człowieka, który urzęduje w Strasburgu. Trybunał został utworzony na mocy Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Mówiąc po prostu - kierownicy iluś tam państw, w tym Polski, zgodzili się na to, żeby istniał Europejski Trybunał Praw Człowieka i żeby sobie rozstrzygał rozmaite sprawy. Kierownicy państw zgodzili się również na to, że jak Trybunał coś tam orzeknie, to oni, kierownicy, w swoich państwach zrobią tak, żeby było zgodnie z orzeczeniem Trybunału.

Niedawno Trybunał orzekł, że jakiejś Fince mieszkającej we Włoszech, której nie podoba się to, że jej dzieciak musi siedzieć w klasie, na ścianie której powieszony jest krzyż, Italia musi dać 5 tysiaków eurosów i zapewnić, żeby dzieciak Finki siedział w klasie, w której na ścianie krzyż nie wisi. Super. No i w tej sprawie wypowiedział się Silvio Berlusconi:

Premier Włoch Silvio Berlusconi oświadczył, że niedawne orzeczenie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, według którego wieszanie krzyży w klasach to naruszenie "prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami" oraz "wolności religijnej uczniów" do niczego "nie zmusza". Dodał, że krzyże pozostaną w klasach.

Na konferencji prasowej w Rzymie szef rządu powiedział: "To nie jest wyrok mający charakter przymusu. Nie ma możliwości żadnego przymusu, zabraniającego nam trzymać krzyże w klasach".

Brawo Silvio. Ciekawe co teraz zrobi Trybunał? Pośle do Italii strasburską policję, żeby ściągała w klasach krzyże? Francja napadnie na Włochy? A może Unia Europejska napadnie na Włochy? Mnie się wydaje, że tu nikt niczego nie może zrobić Włochom, więc zasadne jest pytanie o to, po co ten cały Trybunał, kiedy np. Berlusconi może sobie z Trybunału robić jaja do woli? Gdyby ktoś chciał jednak bronić instytucji Trybunału, to jedyne, co może powiedzieć, to to, że jak się jakieś państwo zobowiązało do przestrzegania orzeczeń Trybunału, to musi czy powinno tychże orzeczeń przestrzegać. Jeśli chodzi o "musi", to ten argument odpada, co pokazuje Berlusconi, zostajemy zatem przy "powinno". Wydaje mi się jednak, że jeśli ktoś sięgnie po argument "powinno", to musi uznać, że państwa funkcjonują w katalaksji. Ja ciągle o tym mówię - że państwa funkcjonują w katalaksji. I w kółko pytam zwolenników państwa, dlaczego ludzie nie mogą funkcjonować w katalaksji, skoro państwa funkcjonują. Przecież nikt nie napada na San Marino, Andorę czy Watykan, a właściwie każdy mógłby napaść. Artur Nicpoń tłumaczy mi, że jakby ktoś chciał napaść, to by napadł, ale nie potrafi wytłumaczyć, dlaczego nie napada. Przecież na każdym podwórku jest jakiś najsilniejszy kozak, który mógłby stłuc każdego, a jednak nie tłucze. Dlaczego nie tłucze? Dlaczego nikt nie napada na San Marino, na Andorę i na Watykan?

czwartek, 5 listopada 2009

Co by było

Ciekawe co by było, gdyby tak kiedyś jakaś partia zastartowała w wyborach i zacyniła ludowi takie mniej więcej przesłanie:

Myśmy się zebrali w kupę i chcemy zastartować w wyborach no i liczymy na to, że jakiś sukces odniesiemy, parę niezłych posad zdobędziemy, a ty, ludzie, będziesz nas finansował pod przymusem. Jakby co, to od razu mówimy, że jako parlamentarzyści, a jak Bóg da, to nawet jako rząd, chuja zrobimy, bo niby co mielibyśmy zrobić? System emerytalny naprawić? Albo finanse publiczne? Albo może przestać co roku zadłużać lud uchwalając te deficyty czy jak to się tam nazywa? Ludzie, dajcie spokój. Oczywiście moglibyśmy nakręcić jakieś spoty, w których sprzedawalibyśmy wam zwyczajowy kit, ale kurwa mać - przecież ani wy, ani my nie jesteśmy dziećmi. W tej sytuacji weźcie i zagłosujcie na nas, ot tak, dla jaj i dla ciekawości, żeby zobaczyć co będzie.

Ciekawe co by było, gdyby tak kiedyś jakaś partia zastartowała w wyborach i zacyniła ludowi takie właśnie przesłanie.

środa, 4 listopada 2009

Wiedza Karpiniuka a może i wszystkich

W programie Minęła dwudziesta emitowanym wczoraj w TVP INFO gadali o tym, że Klaus podpisał co miał podpisać i że teraz już będzie fajnie. No i dziennikarz zapytał Karpiniuka, co on sądzi o tym, że Klaus podpisał. Na co Karpiniuk odparł, że nikt się nie spodziewał, iż czeski Trybunał Konstytucyjny podejmie decyzję inną niż ta, którą podjął, po czym coś tam jeszcze ględził - Karpiniuk, nie czeski Trybunał.

Nie wiadomo, czy stwierdzenie Karpiniuka jest prawdziwe, bo oczywiście prawda leży tam, gdzie leży, niemniej jednak w tym przypadku nie znamy miejsca, w którym leży prawda. Wiadomo natomiast, co myśli Karpiniuk. Otóż Karpiniuk myśli, że nikt już nie zawraca sobie dupy prawem, potrzebnymi ustaleniami i podobnymi głupstwami. Nie, według Karpiniuka nikt się nie spodziewał, że decyzja czeskiego Trybunały będzie inna od tej, którą Trybunał podjął. To oznacza, że według Karpiniuka, wszyscy spodziewali się takiej a nie innej decyzji Trybunału. Ciekawe z jakiego to powodu Karpiniuk uważa, że wszyscy spodziewali się określonej decyzji czeskiego Trybunału? Czyżby Karpiniuk i wszyscy wiedzieli coś, czego ja jeszcze nie wiem?

wtorek, 3 listopada 2009

Krzyże

Newsweek donosi:

Wieszanie krzyży w klasach to naruszenie "prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami" oraz "wolności religijnej uczniów" – orzekł Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu.

OK, rzeczywiście, jeżeli w klasie wisi krzyż, to mają prawo wściekać się ci rodzice, którzy nie chcą, aby ich dziecko uczyło się w szkole z krzyżami. Ale jeśli w klasie nie wolno powiesić krzyża, to wściekają się ci rodzice, którzy chcą, aby ich dziecko uczyło się w szkole z krzyżami. Mówiąc inaczej - i wieszanie krzyży w klasie i niewieszanie krzyży w klasie to naruszenie "prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami" oraz "wolności religijnej uczniów".

Czy jest jakiś sposób na to, żeby te prawa rodziców i prawa dzieci nie były naruszane? Oczywiście jest i to najprostszy - wystarczy zrezygnować z przymusu posyłania dzieci do szkoły i pozwolić rodzicom na to, aby wybierali dla dzieciaków taką szkołę, jaka rodzicom pasuje.

Pytanie jest takie: dlaczego państwo obstaje przy rozwiązaniach, które siłą rzeczy muszą łamać prawa rodziców i dzieci, jeśli założymy, że takie prawa są? Odpowiedź jest prosta: bez utrzymywania przymusu posyłania dzieci do szkoły państwo nie jest w stanie wyhodować sobie takich ludków, jakich chce mieć.

Inne pytanie: czy może istnieć państwo, które nie chce hodować podległych sobie ludków? Odpowiedź: pewnie, że może. A jakim to niby cudem? Ano takim, że ludzie muszą sobie takie państwo stworzyć. A czy to państwo może powstać w taki sposób, żeby nie odbyło się to kosztem ludzi o odmiennych poglądach? Rzecz jasna nie może, taka jest istotna cecha państwa, że nie może. Więc co - czy to jest wojna, a nie żadna tam demokracja? No jak najbardziej to jest wojna, a nie żadna tam demokracja.

piątek, 30 października 2009

Kołakowski nie jest rekordzistą

Co jakiś czas znajduję teksty, których autorzy z upodobaniem wyciągają jakiś cytat z jakiegoś pisarza, przy czym najczęściej pisarzem tym jest Leszek Kołakowski, i pokazują, w jaki to sposób ów pisarz napadał na Kościół katolicki albo i na samego Pana Boga. Autorzy tych tekstów nalewają się z cytowanych przez siebie pisarzy (najczęściej z Leszka Kołakowskiego), a nalewają się tym bardziej, im bardziej cytowani pisarze w swoich późniejszych tekstach odeszli od tego, co pisali wcześniej.

Wygląda na to, że autorzy, o których mówię, zakładają, iż każdy od dziecka powinien być zagorzałym chrześcijaninem, do tego katolikiem, a najlepiej jeszcze tomistą. To, o czym piszę, ogólniej i ładniej wyraził Richard Rorty w książce Filzofia jako polityka kulturalna:

[Christopher] Hitchens wydaje się być przywiązany do myśli, że każdy uczciwy i inteligentny człowiek będzie zajmował stanowiska, które późniejsi historycy zaaprobują.

W przedmowie do Corpus Paulinum ekipa Św. Wojciecha pisze, że Szaweł z całym temperamentem rzucił się w wir prześladowczej działalności i że z satysfakcją patrzył na kamienowanie Szczepana. Czy autorzy nalewający się z cytowanych przez siebie pisarzy, w tym przeważnie z Leszka Kołakowskiego, nalewają się także ze św. Pawła? A jeśli nie, to dlaczego, skoro przemiana, którą przeszedł Kołakowski to pikuś w porównaniu z tym, czego doświadczył Paweł?

środa, 28 października 2009

"Służba zdrowia"

W TVP INFO właśnie pokazują konferencję prasową, na której PiS opowiada, jak to jest źle ze "służbą zdrowia". PiS nic nowego nie mówi, bo jak ze "służbą zdrowia" jest, to wiadomo. Najogólniej mówiąc sprawa przedstawia się tak, że państwo zabiera ludziom pieniądze na "służbę zdrowia", a później niektórzy ludzie nie mają zapewnionej "opieki medycznej".

Podkreślam, że nie jest tak, iż państwo z góry określa, którzy to ludzie będą pozbawieni "opieki medycznej". To działa inaczej. Pozbawieni "opieki medycznej" zostają ci, którzy mają pecha. Bo ich szpital akurat jest zadłużony, bo wykorzystał już limit jakichś tam zabiegów i na określone usługi nie dostanie więcej forsy od państwa, bo jeszcze coś innego - jednym słowem o tym, kto zostanie pozbawiony "opieki medycznej" decyduje przypadek.

Gdyby nie było przymusu płacenia na państwową "służbę zdrowia" oczywiście różni ludzie też byliby pozbawieni "opieki medycznej", mianowicie ci, którzy za "opiekę medyczną" nie mogliby zapłacić (bo nie zarabiają, bo nie oszczędzają, bo się nie ubezpieczyli itd.). Dzisiaj, w naszym socjalizmie, mamy zatem sytuację taką, że pozbawieni "opieki medycznej" zostają ludzie, którzy nie są niczemu "winni". W systemie wolnorynkowym tymczasem, pozbawieni "opieki medycznej" byliby tylko ci, którzy sami są sobie "winni" (to "winni" to skrót myślowy, ale mam nadzieję, że nie trzeba go tłumaczyć). Mówiąc inaczej: w systemie wolnorynkowym usług medycznych byliby pozbawieni ci, którzy za te usługi nie mogą zapłacić, podczas gdy w socjalizmie usług medycznych są pozbawieni ci, którzy na "służbę zdrowia" płacą pod przymusem, ale mają pecha.

Pytania są następujące: w czym socjalistyczny system jest lepszy? A jeśli jest lepszy, to czy da się go obronić ograniczając się do kontekstu zakreślonego przeze mnie, czy też trzeba sięgać po argumenty spoza tego kontekstu?

Impregnowani na fakty katolicy

Najgorsze w katolikach nie jest to, że wierzą w takie x, że x jest Bogiem. Wierzą, to wierzą, jeszcze się z tego swojego wierzenia nie wyzwolili. Najgorsze w katolikach jest to, że są impregnowani na fakty. Ileż to rzeczy powiedzieli funkcjonariusze Kościoła katolickiego, które to rzeczy okazały się bajkami! I co? I nic. Katolicy dalej wierzą. W końcu już chyba nauka udowodniła, że świat nie został stworzony pięć czy sześć tysięcy lat temu, tylko o wiele wcześniej, a poza tym nic nie przemawia za tym, że w ogóle został stworzony, bo być może rację miał Arystofanes, kiedy rzekł: Wyzuwszy z władzy Zeusa, królem został Wir Powietrzny. Co prawda fizycy nie wiedzą jak to tam naprawdę z tym początkiem świata było, ale zdaje się że wydedukowali czy policzyli, że świat stworzony zostać nie musiał. Carl L. Becker stwierdził, że fizyk, jeśli tylko zostanie przyparty do muru, rozwiązuje swoje problemy, zmieniając się w matematyka, no więc policzyli. A taki Karol Darwin - przedstawił przecież przekonującą teorię ewolucji, która zdemolowała kreacjonizm. I co? I nic.

Wiele można wymienić przykładów tego, jak to katolicy, pomimo faktów, pomimo oczywistości, uparcie tkwią przy swoich przekonaniach. Owszem, niektórzy katolicy okazują się ludźmi światłymi, już to dokonując aktu apostazji, już to występując z zakonu, ale ilu takich jest?

Dlaczego katolicy są tacy uparci? Nie wiem i nie wiem, czy ktokolwiek wie. Przecież mogliby wziąć wzór z innych ludzi, z ludzi otwartych na argumenty, ludzi racjonalnych, ludzi wyciągających właściwe wnioski z przesłanek, którymi dysponują. Albo to mało takich ludzi?

W tym miejscu możecie zapytać: - A jacy to ludzie są tacy otwarci na argumenty i fakty, jacy to ludzie są tacy światli, jacy to ludzie mogliby być doskonałym wzorem dla katolików? - Już odpowiadam: - Oczywiście zwolennicy PO.

poniedziałek, 26 października 2009

Ciekawa postawa śledczych z Sokółki

Dziennik donosi:

Prokuratura w Sokółce nie wszczęła śledztwa w sprawie cudu w kościele św. Antoniego. (...)

Przed kilkoma miesiącami ksiądz w Sokółce upuścił podczas mszy konsekrowany komunikant. Po kilku dniach miała się na hostii pojawić czerwona plamka. Według lekarzy, to "fragment tkanki mięśnia sercowego". Ks. Andrzej Dębski, rzecznik kurii białostockiej poinformował, że dwaj lekarze, działając niezależnie, orzekli, iż w substancji są fragmenty włókien mięśnia sercowego.

Doniesienia w tej sprawie zaniepokoiły Polskie Stowarzyszenie Racjonalistów. Jeśli bowiem w komunikancie jest fragment tkanki, to trzeba zbadać, czy należy ona do człowieka i czy np. nie popełniono przestępstwa - argumentowali. Śledczy z Sokółki nie dopatrzyli się takiego zagrożenia.

Szkoda, że śledczy z Sokółki nie dopatrzyli się zagrożenia. Ciekawe też, dlaczego śledczy nie dopatrzyli się zagrożenia. No bo przecież jeśli to nie był cud, to tę tkankę ktoś skądś wziął i byłoby dobrze tę sprawę wyjaśnić. Czyżby śledczy z Sokółki uznali, że mamy do czynienia z cudem? To dopiero byłyby jaja :-)))

niedziela, 25 października 2009

YNWA!!! Do Anny :-)))

Pierwszych 200 meczów Benia w Poolu: 114 zwycięstw (licząc z dzisiejszym 2:0 nad Mułami).
Pierwszych 200 meczów Wengera w Kanonierach: 110 zwycięstw.
Pierwszych 200 meczów sir Alexa w Mułach: 87 zwycięstw.

Chyba nie jest źle, co? :-)))

czwartek, 22 października 2009

Tajemnicza tajemnica tajemniczych libertarian

Licho mnie podkusiło i polazłem na salon24 gaduły prowadzić. Jedną dobrą u Kataryny, głównie z Ulpianem, drugą też dobrą z Ezekielem u Ezekiela, a trzecią głupią z Triariusem u Jareckiego. OK, żadne tam licho - sam sobie zgotowałem ten los. Zrobiłem błąd, ale w celu wyjaśnienia sprawy powołałem komisję śledczą do spraw wyjaśnienia wszystkich okoliczności mających związek z gadułami, które w okresie od któregoś tam października do któregoś tam października 2009 roku prowadziłem w salonie24. Jestem jedynym członkiem tej komisji, a także jej przewodniczącym i wiceprzewodniczącym.

Triarius napisał taką jedną historyjkę o tym, jak to jakiegoś kumpla uczył pić piwo, po czym stwierdził:

Po com ja to wszystko opowiadał? A po to, żeby sobie ew. młodzież zdała sprawę, że jeśli zwykłe picie marnego piwa w byle knajpie zawiera w sobie tyle imponderabiliów i tajemnic, nieznanych nawet najlepiej wykształconym chłopiętom, a oczywistych dla ludzi starszych i z pewnym doświadczeniem, to jak muszą się mieć sprawy w innych - bardziej złożonych - dziedzinach!

W innym miejscu Triarius pisze (że niby temu kumplowi to mówi):

Ja mu na to, że rynek mi luźno (excusez le môt) zwisa, a PiS pasuje mi dlatego, że jest partią z gruntu patriotyczną i z gruntu wrogą postkomunistycznej III RP.

Na co odpisałem w komentarzu:

Święta racja!!! I dlatego rynkiem, zawierającym w sobie tyle imponderabiliów i tajemnic, nieznanych nawet najlepiej wykształconym chłopiętom, a także ludziom starszym i z pewnym wykształceniem, rynkiem pełnym zmiennych, których połapać, zinterpretować i przewidzieć nie jest w stanie żaden człowiek i żadna ekipa, powinno się STEROWAĆ RĘCZNIE!!!

Wydawałoby się, że Triarius, trafiony-zatopiony, przyzna, że dał dupy i po sprawie, ale nie - Triarius mi odpowiada:

Dowcipnieś to ujął, ale ja to widzę tak... Całe pojęcie Wolnego Rynku jest niepotrzebne i bałamutne, w sumie nadaje się tylko do tworzenia b. prostych ekonomicznych modeli.

Zaczęliśmy tę nieszczęsną gadułę. Piszę:

Czyli co - sterować rynkiem ręcznie, tak?

Triarius:

No widzisz! Jak chcesz to potrafisz.

Wreszcie Triarius stwierdza:

Skąd też pomysł, że obchodzi mnie w najmniejszym choćby stopniu to, co postulują kopnięte świry w rodzaju libertarian, czy jakkolwiek ich nazwiemy. Interesuje mnie jak analizują naszą wspólną rzeczywistość.

Super, Triariusa nie obchodzą postulaty świrów-libertarian, natomiast interesuje Go tylko to, jak świry-libertarianie analizują rzeczywistość. To akurat dość prosta sprawa, świry-libertarianie tak analizują rzeczywistość, że wychodzi im, iż panuje zamordyzm, że ludzie trzymani pod wodą przez kierowników kuli ziemskiej marnują swoje zdolności, swój zapał, że państwa w eurokołchozie, którego jeszcze nie ma "rozwijają się" w tempie minusowym, albo zerowym, a jak już jakieś państwo wyciągnie plus jeden, to wszyscy się cieszą i nie mogą wyjść ze zdumienia, że to państwo tak zajebiście poradziło sobie ze "światowym kryzysem". Wczoraj w telewizorze widziałem, jak to w tym ZUS-ie, co im niedawno dyrektora zaaresztowali, szefostwo poucza pracowników jak się zachować, kiedy jakieś CBA czy inna służba wpadnie i zechce kontrole robić oraz kwity zabierać. Jakiś gościu z Instytutu Sobieskiego, czy jakoś tak, powiedział, że jaja polegają na tym, iż szefowie jednej instytucji państwowej szkolą swoich pracowników po to, żeby ci nie dali się zjeść w kaszy pracownikom drugiej instytucji państwowej. Właśnie takie rzeczy widzą świry-libertarianie. I jeszcze takie rzeczy widzą, że rolnicy dwa dni temu wylali przed urzędami w Brukseli ileś tam ton mleka i zapowiedzieli, że wyleją tego mleka w różnych miejscach 40 milionów ton, po czym raz dwa jakaś ważna babka piastująca ważny urząd zapewniła ich, że dostaną dopłaty. Oczywiście od razu zareagowali hodowcy bydła i jeszcze sadownicy, czy ktoś taki, bo przecież i oni chcą dopłat, w końcu każdemu lekko nie jest. To wszystko widzą świry-libertarianie. A Triarius co - nie widzi tego samego? Może nie widzi, bo Spengler umarł w roku 1936, więc nie mógł napisać o tym, co dzieje się dzisiaj.

Żeby było jasne - Triarius, po swojej deklaracji, którą zacytowałem, nie może twierdzić, że libertarianie to świry, bo chcą wprowadzić to czy tamto. Jedyne co Triarius może, to doczepić się do tego, jak świry-libertarianie analizują rzeczywistość. Pytanie jest proste: co takiego jest w analizie libertarian, że Triarius nazywa ich świrami? Może są w tej analizie jakieś rzeczy tajemne, o których Triarius wie, a poza Nim nikt nie wie? Ale jakże by to mogło być? Przecież libertarianie to nie jest jakaś templariuszowsko - masońsko - pitagorejska sekta, której wyznawcy jak tylko napiszą jakiś tekst, to zaraz go zjadają, żeby tylko jakiś nie-świr do tekstu tego nie dotarł i wielkiej tajemnicy libertarian urbi et orbi nie zdradził.

sobota, 17 października 2009

Rymanowski w szoku, a na dodatek wstrząśnięty

Rzepa donosi:

Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego nagrała rozmowy Cezarego Gmyza z „Rz” i Bogdana Rymanowskiego z TVN z Wojciechem Sumlińskim.

Agencja nagrała dziennikarzy w 2008 roku w związku z głośną próbą samobójczą dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego. Rejestrowała też prywatne rozmowy Gmyza i Rymanowskiego z Sumlińskim. Jak się okazuje – niezgodnie z przepisami – nie zniszczyła stenogramów niezwiązanych ze sprawą. Co więcej, zostały odtajnione i udostępnione pełnomocnikowi prawnemu Jacka Mąki, wiceszefa ABW, do wykorzystania w zupełnie innym procesie między nim a „Rz”. Dziś każdy może wystąpić do sądu o wgląd w te dokumenty.

– Z taką sprawą nie spotkaliśmy się nigdy w czasie całej kariery adwokackiej. Ilość przepisów, jakie przy tej okazji złamały ABW oraz prokuratura, jest przerażająca – ocenia Jacek Kondracki, adwokat reprezentujący „Rz”. – Doszło do bezprawnego naruszenia bezwzględnie chronionej prawem tajemnicy dziennikarskiej. To zagrożenie wolności słowa.

– Jestem w szoku – mówi wstrząśnięty Rymanowski, któremu „Rz” przekazała stenogramy. – To pierwszy materialny dowód podsłuchiwania dziennikarzy przez służby specjalne. W demokratycznym państwie to dziennikarze powinni kontrolować działalność służb, a nie na odwrót.

Fajnie gada Rymanowski; że jest w szoku :-)) A Rzepa dokłada do pieca pisząc, że Rymanowski jest wstrząśnięty :-)) Zobaczymy teraz, jak Tusk wywali z roboty szefa ABW - powinno mu być łatwiej niż z Kamińskim, bo w tym przypadku zdaje się, że nie trzeba opinii Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej :-))

czwartek, 15 października 2009

Podręczny słowniczek wybranych terminów

aborcja - zabicie z premedytacją egzemplarza Homo sapiens sapiens

globalne ocieplenie - zjawisko polegające na tym, że zima atakuje już w połowie października

koncesja - kiedy państwo pozwala Waldkowi robić to, czego robić nie pozwala Jankowi

kradzież - kiedy ktoś komuś zabiera jego własność

monopol - np. wyłączność państwa na prawo używania przemocy

morderstwo - zabicie z premedytacją egzemplarza Homo sapiens sapiens

państwo neutralne światopoglądowo - państwo, które nie zabiera głosu w żadnej sprawie

państwo prawa - zwierzę wymarłe; np. Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej stanowi w Art. 2, że Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym - nie państwem prawa, ale państwem prawnym

podatek - kiedy ktoś komuś zabiera jego własność

sprawiedliwość społeczna
- coś innego niż sprawiedliwość, a co to jest, to wie chyba tylko Sławomir Sierakowski

tolerancja - znoszenie czegoś - łac. tolero, are - znosić, cierpieć, wytrzymać; tolerantia, ae - znoszenie

Unia Europejska - projekt polegający na tym, że kierownicy 27 państw, które nie dają sobie rady, będą zawiadywać odgórnie tymi państwami w kupie

Rechtsstaat

USTAWA z dnia 9 czerwca 2006 r. o Centralnym Biurze Antykorupcyjnym (Dz. U. 2006 Nr 104, poz. 708)

Art. 6. 1. Szefa CBA powołuje i odwołuje, na czteroletnią kadencję, Prezes Rady Ministrów, po zasięgnięciu opinii Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, Kolegium do Spraw Służb Specjalnych oraz Sejmowej Komisji do Spraw Służb Specjalnych.

Załóżmy, że Kamiński zaskarży decyzję Tuska i sąd zażąda od Tuska opinii Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Co wtedy pokaże sądowi Tusk? Płytę DVD z nagraniem wywiadu udzielonego przez prezydenta w Rumunii?

wtorek, 13 października 2009

Faraon, Józef, Sławomir Nowak, Donald Tusk i wiara

Józef spotykający się z braćmi (fotka stąd)

Księga Rodzaju
w rozdziałach 37-50 opisuje historię Józefa, syna Jakuba. Józef, jak wiadomo, objaśnił faraonowi sny o krowach i kłosach zboża. Przepowiedział, iż po siedmiu latach tłustych, przyjdzie na Egipt siedem lat chudych, a na dodatek znalazł sposób na to, jak zapobiec klęsce głodu. Józef mianowicie wpadł na to, że przez siedem tłustych lat państwo egipskie powinno zabierać ludziom 20% ich zbiorów i gromadzić tę żywność, która będzie jak znalazł kiedy przyjdą lata chude. Mamy tu zatem do czynienia z 20-procentowym liniowym podatkiem dochodowym.

Faraonowi bardzo podobało się to, co mówi Józef, więc rzekł do Józefa:

Skoro Bóg dał ci poznać to wszystko, nie ma nikogo równie roztropnego i mądrego, jak ty. Będziesz zatem przełożonym nad moim domem, a cały mój lud posłuszny będzie twym rozkazom. Samym tylko tronem będę górował nad tobą. I dalej mówił faraon do Józefa: - Patrz! Mianuję cię rządcą całego Egiptu!

W ten sposób Józef został ministrem skarbu, ministrem finansów, ministrem rolnictwa i ministrem cholera wie czego jeszcze.

Plan się powiódł - Józef dopilnował zbierania i gromadzenia plonów i uratował państwo przed klęską głodu.

Jaką naukę bierzemy z tej historii? Ano taką, że państwo może mieć plan, którego realizacja przyniesie dobro wszystkim ludziom. Ta historia mówi nam, że państwo może wiedzieć, co jest dla ludzi dobre i że państwo może przymuszać ludzi do określonych zachowań, co przyniesie pożytek wszystkim. Czy ta historia mówi nam o tym, że jeśli państwo będzie miało plan, który zrealizuje, to musi to przynieść dobre efekty? Niestety nie, ta historia tego nam nie mówi.

Istotną okolicznością jest to, że faraon, kierownik państwa egipskiego, zaakceptował plan przedstawiony przez Józefa, a Józef wyraźnie powiedział:

- Nie ja, lecz Bóg da szczęśliwą odpowiedź faraonowi.

Faraon zdawał sobie sprawę z tego, że Józef mówi tylko to, co wie od Boga. Świadczą o tym cytowane już słowa faraona:

- Skoro Bóg dał ci poznać to wszystko...

Istota sprawy polega zatem na tym, że faraon wprowadzając plan Boga zaprezentowany przez Józefa, nie musiał zawracać sobie dupy tym, czy on, faraon, jest w stanie wziąć pod uwagę wszystkie okoliczności, wszystkie zmienne i zmontować jedynie słuszny plan. Faraon nie musiał zawracać sobie dupy tym wszystkim, bo wiedział, że jest to plan Boga, przez Józefa jedynie obwieszczony.

A jak jest z kierownikami kuli ziemskiej? Czy oni wprowadzają w życie plan, wierząc, że jest to plan Boży, czy też raczej forsują swoje, człowiecze plany? Wydaje się, że kierownicy kuli ziemskiej realizują plany człowiecze, co - moim zdaniem - źle wróży szerokiej publiczności.

Być może jednak my, Polacy, nie musimy się obawiać, że kierownik Polski zbłądzi. Oto, co na temat premiera Tuska powiedział Sławomir Nowak:

On nie jest żadnym nawiedzonym mistykiem, który ma olśnienia, ale na pewno jest dotknięty przez Pana Boga geniuszem i nieprawdopodobną intuicją. Premier zawsze szuka niestandardowych rozstrzygnięć i na tym też polega jego siła. Obrady klubu zakończył ostatnio sformułowaniem: "nie traćcie ducha". Biblijnie, powiało świeżą bryzą.

Możemy więc być spokojni, o ile prawdą jest, że Donald Tusk to pomazaniec Boży. Mówiąc inaczej - możemy być spokojni, o ile podzielimy wiarę Sławomira Nowaka. Co na to racjonaliści?

-------------------------------------------

Konsultacja ekonomiczna: smootnyclown. Wszelkie błędy ekonomiczne, o ile są w tekście, biorę na siebie, albowiem ze smootnym konsultowałem tylko określone terminy, natomiast smootny tekstu przed publikacją nie widział.

poniedziałek, 12 października 2009

Mniejsza o asumpt i mniejsza o wnioski - dedykowane marcie.luter

José Ortega y Gasset (fotka stąd)

W TVP INFO Płażyński powiedział, że cokolwiek by nie powiedzieć o PiS-ie, to nie można im odmówić tego, iż mieli jakąś ideę, czy wizję, którą starali się wprowadzić, narażając się przy tym na rozmaite kłopoty. Według Płażyńskiego, sprawa z PO przedstawia się inaczej, bo PO charakteryzuje się bezideowością.

***

Mniejsza o PO i takie tam - to jest asumpt, a asumptem może być wszystko, nawet PO :-)) O co innego idzie. Otóż kiedy słyszy się lub czyta o ideach, wierze, przekonaniach, przeświadczeniach czy światopoglądzie, trzeba wiedzieć, jak te terminy rozumie człowiek, który ich używa. W książce Ewolucja teorii dedukcyjnej. Pojęcie zasady u Leibniza. José Ortega y Gasset pisze tak:

Jeśli zdajemy sobie sprawę z jakiejś rzeczy, lecz nie liczymy się z nią - jak w przypadku centaura, matematycznych teorematów, teorii względności czy naszej filozofii - mamy do czynienia z "ideą". Jeśli zaś liczymy się z jakąś rzeczą, ale nie myślimy o niej, nie zdajemy sobie z niej sprawy - jak w przypadku stałości Ziemi, na której postawimy ostatni krok, Słońca, które wzejdzie następnego poranka - to mamy już do czynienia z "przeświadczeniem". Wynika stąd, że nigdy nie wierzymy w ideę, a skoro teoria - nauka, filozofia itp. - to po prostu "idee", utrzymywanie, iż człowiek wierzy w teorię, jest pozbawione sensu.

To tyle. Żadnych wniosków nie będzie :-))