statsy

sobota, 30 maja 2009

Dedykuję

Giovanni Sartori ma rację w tym, że „Ustroje celowe”, których przykładem są państwa komunistyczne, powierzają spełnienie wartości awangardzie – zamkniętej grupie sprawujących władzę, która określa i narzuca cel. Ma również rację kiedy pisze, że w pewnym sensie także demokracje są ustrojami celowymi, natomiast myli się twierdząc, iż demokracje są ustrojami bez awangardy; cele wyznaczane są w ramach procesów demokratycznych. [Wszystkie cytaty z Teorii demokracji].

Tu trzeba dodać, że jeśli Sartori rozumie demokrację właściwie, czyli jako system, w którym oligarchia trzyma za pysk lud, to owszem, cele wyznaczane są w ramach procesów demokratycznych, natomiast tezy o braku awangardy nijak nie da się obronić.

Demokracja to taki system, jak najbardziej celowy, w którym grupa rządząca ludem realizuje swoje cele (podkreślam, że mówię o demokracji, a nie np. o republice). Żeby ci kierownicy kuli ziemskiej mogli swoje cele realizować, muszą umieć wyegzekwować określone rzeczy od ludu (który w bardzo ważnych dokumentach nazywany jest suwerenem). Najpewniejszy sposób na to, żeby od kogoś cokolwiek wyegzekwować polega na uczynieniu z tego kogoś swojego niewolnika i grupa rządząca już dawno uczyniła z ludu niewolników. Przykładów na to, że ludzie są niewolnikami władzy jest mnóstwo; wystarczy np. przeczytać art. 3 p. 1 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych:

Osoby fizyczne, jeżeli mają miejsce zamieszkania na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej, podlegają obowiązkowi podatkowemu od całości swoich dochodów (przychodów) bez względu na miejsce położenia źródeł przychodów (nieograniczony obowiązek podatkowy).

Oczywiście można utrzymywać, że jeśli Jasio ma prawo do własności Stasia, to Stasiu nie jest niewolnikiem Jasia, ale utrzymywać można wszystko, np. to, że nie ma Pana Boga, że globalne ocieplenie przejawia się w postaci ochłodzenia i że podatek odprowadzany do ZUS-u jest składką emerytalną.

Pisząc ma prawo do czyjeś własności mam na myśli to, że istnieje prawo pozwalające jednym zabierać własność drugich, aczkolwiek w tym przypadku trudno już mówić o własności. Prawda jest taka, że rząd zalegalizował sobie prawo do własności ludzi, a ludzie skarleli do tego stopnia, że emocjonują się jedynie takimi pierdołami jak to, czy rząd okrada ich na 19%, 38% czy może w sposób liniowy.

Władza, która jest właścicielem ludzi, bardzo łatwo skłania ludzi do określonych zachowań; chociażby do tego, żeby ludzie dawali się numerować jak bydło lub jak więźniowie niemieckich obozów koncentracyjnych, czy żeby instalowali w sklepach kasy fiskalne. O tym jednak już u schyłku pierwszego wieku po Chrystusie pisał w Apokalipsie św. Jan Apostoł:

mali i wielcy,
bogaci i ubodzy,
wolni i niewolnicy
otrzymają znamię na prawej ręce albo na czole,
tak że nikt nie może kupić lub sprzedać, kto nie ma znamienia:
imienia Bestii
lub liczby jej imienia.
[Ap 13,16-17]

W skrócie mówiąc, system totalitarny polega na tym, że rząd, który tworzą przecież konkretne osoby, jest właścicielem ludzi, za pomocą których realizuje swoje cele. Miłośnicy państwa demokratycznego za Chiny Ludowe nie przyznają jednak, że są czyimiś niewolnikami, dlatego – nie mogąc znaleźć argumentów za tym, że nie są dymani przez swoich panów – szukają usprawiedliwień. Najbardziej znane tłumaczenie, jakie władza podrzuciła ludowi (o czym lud nie ma pojęcia) polega na tym, że ludzie chcą takiej władzy, jaką mają. Byłoby to znakomite tłumaczenie, gdyby je nieco zmodyfikować i przedstawić w tej formie: ludzie mają taką władzę, na jaką ich stać. Rozwinięciem tego tłumaczenia podrzuconego ludowi jest twierdzenie, iż dla dobra społeczeństwa trzeba wprowadzić przymus, któremu podlegają wszyscy. Na argument, że przymus jest niemoralny, że przecież niektórzy ludzie nie chcą żyć w stadzie i pożywiać się przy wspólnym korycie, miłośnicy państwa demokratycznego odpowiadają, że owszem, ale to nie ma znaczenia, bo system, aby działać skutecznie, musi obejmować wszystkich, a jak się to komuś nie podoba, to niech spierdala. Kiedy zapytać miłośnika państwa demokratycznego o to, jaka to różnica, czy ktoś wyjedzie i nie płaci, czy też zostanie i nie płaci, to miłośnik państwa demokratycznego odpowie, że taki anarchista nie płaci, a później trzeba mu leki fundować i emeryturę; no trzeba, bo przecież społeczeństwo nie może pozwolić na to, aby człowiek zdychał pod płotem. W ten oto sposób miłośnik państwa demokratycznego, zwolennik niewolnictwa (w tym sensie, że chce być niewolnikiem pod warunkiem, że i inni będą niewolnikami), odwołuje się do argumentu z moralności, co najdobitniej świadczy o tym, do jakiego stopnia ludzie mają wyprane mózgi.

Frank Chodorov w książce O szkodliwości podatku dochodowego napisał tak:

Płomienie wolności karmione są wolą bycia wolnym. Sama obietnica chleba nie wyzwoli w ludziach pragnienia zerwania więzów, uczyni to raczej nadzieja na to, że odzyskają godność szanujących się nawzajem obywateli. Bez idealizmu rewolucja jest niczym innym jak walką gangów. Niemniej, jak się później okazało, każdej walce o wolność przewodziła powodowana wyższymi ideałami grupa, mimo to miała ona na uwadze bezpośrednią korzyść ekonomiczną. Nie była to korzyść osobista, egoistyczna, lecz pragnienie poprawy warunków bytu ogółu. Tak czy inaczej motywacja gospodarcza nie była im obca.

Ten cytat z Chodorova dedykuję moim Przyjaciołom, którym zależy na wolności i których, chwalić Boga, jest wielu. I sobie dedykuję. Pamiętajmy, że nie samym chlebem, ale i nie samą ideą żyje człowiek.

piątek, 29 maja 2009

Internet - przedostatnia deska ratunku

Weźmy takiego gościa, który ma wszystkie te cechy, które wymienię. Gościa, który jest młody, wykształcony, z wielkiego miasta. W co taki gościu wierzy? On wierzy w to, że należy bać się wolnego rynku, bo wolny rynek oznacza monopole, które raz dwa wykończą konsumentów nieprzytomnie wysokimi cenami. Gościu nie zastanawia się nad tym, z czego żyłyby monopole, gdyby stosowały niebotyczne ceny, nie potrafi też podać historycznych przykładów monopoli, ale to wszystko nie jest ważne - ważne jest tylko to, że trzeba bać się wolnego rynku, gdyż ten skutkuje monopolami.

Ten gość wierzy w to, że ludzie są za głupi, żeby zorganizować się dobrowolnie, bez pańskiego bata nad sobą i dlatego - zdaniem gościa - konieczną instytucją są kierownicy kuli ziemskiej, którzy urządzą ludziom życie tak, jak trzeba. Gość nie bardzo wie, czy ci kierownicy kuli ziemskiej to jakaś specjalna rasa, predestynowana w szczególny sposób do organizowania życia wszystkim - ten problem nie zajmuje go za bardzo. Ważne jest tylko to, że kierownicy kuli ziemskiej to instytucja konieczna.

Konsekwencją wiary w instytucję kierowników kuli ziemskiej jest wiara gościa w to, że ludzie nie powinni żyć po swojemu, bo raz, że lepiej dla nich żeby żyli według planu kierowników kuli ziemskiej, dwa, że żyjąc po swojemu działają na szkodę reszty ludzkości.

Taki jest ten nasz gość, młody, wykształcony, z wielkiego miasta. To obywatel, wyborca, demokrata i takie tam, jednym słowem - trudny przypadek, może nawet beznadziejny. Jest jednak jeden obszar, po wejściu na który nasz gościu zdrowieje. Ten obszar to Internet. Kiedy gościa osadzić w kontekście Internetu, gościu zapomina o wszystkich swoich wierzeniach dotyczących pozostałych dziedzin. Jeśli chodzi o Internet, to gościu nie wierzy w żadne monopole. Widzi zresztą, że Microsoft nie jest monopolistą ze swoim IE. Że w ogóle nie ma żadnych monopoli. Jeśli chodzi o Internet, to gościu jest przeciwny jakimkolwiek kierownikom kuli ziemskiej. Na chuj komu kierownicy kuli ziemskiej w kwestii Internetu - a co to, ludzie nie dają sobie znakomicie rady sami? Jasne, że sobie dają. I najlepiej, kiedy każdy funkcjonuje w internecie po swojemu - jeden bloguje, drugi nie, jeden jest anonimowy, inny nie, jeden zajmuje się w Sieci tym, drugi owym, a trzeci jeszcze czym innym. I tak powinno być, bo nie ma to jak wolność słowa, pluralizm, różnorodność itd. Sieć to projekt spontaniczny, w którym każdy może znaleźć swoje miejsce i tak powinno być. A potencjalnym kierownikom kuli ziemskiej wara od społeczności internetowej, bo społeczność internetowa bez pańskiego bata nad sobą jest społecznością silną i ciągle rośnie w siłę.

Pytanie jest takie: czy bardziej trzeba martwić się tym, że coraz więcej jest młodych, wykształconych matołów z wielkich miast, czy raczej należy cieszyć się z tego, iż pozostał Internet, ostatnia dziedzina, dzięki której te cudaki być może są w stanie zrozumieć, o co biega w całej tej zabawie?

czwartek, 28 maja 2009

Gaduła Cezarego Michalskiego z galopującym majorem

Na Onecie Cezary Michalski i galopujący major pogadali o katarynie i w ogóle o anonimowości w sieci. Dyskusja była dość dzieciowata w tym sensie, że Michalski i major niemal wrzeszczeli i parę razy sytuację musiała ratować ta przytomna babka, co gadułą zawiadywała, natomiast i Michalski i major powiedzieli kupę dobrych rzeczy. Zabrakło jednak decydującej akcji. Moim zdaniem zabrakło dlatego, że galopujący major przedstawiając swoją koncepcję nie uwzględnił w niej Michalskiego, a Michalski majora nie dobił, kiedy mógł.

Michalski zaczął beznadziejnie, bo upierał się, że Dziennik nie zdemaskował kataryny, ale później szło mu już lepiej. galopujący major oddał parę znakomitych strzałów. Najbardziej podobało mi się to, że stwierdził, iż w Sieci zawsze będzie jakaś plugawa sfera, co jednak nie oznacza, że cała Sieć jest plugawa. A kiedy Michalski żalił się, że anonimowi internauci wylewają na fachury z Dziennika kubły brudów, major wypalił najlepszym z możliwych argumentem: taka jest cena wolności.

W tekście Wolność słowa David Ramsay Steele pisze:

Wielu ludzi jest za wolnością słowa dla siebie samych i dla tych, którzy się z nimi zgadzają. Wolnościowcy orędują za wolnością słowa dla każdego.

"Wolność słowa” jest całkowicie pozbawiona sensu, o ile nie oznacza wolności wulgarnych, zepsutych, antyspołecznych monstrów do rzygania swoim brudem na każdego, kto ma ochotę ich słuchać. Testem wolności słowa jest wolność propagowania idei i wartości, które uznajemy za kompletnie błędne lub skrajnie zepsute.

Właściwie Steele i major mogliby podać sobie rękę, gdyby nie fakt, że major nie wpadł na to, iż jednym z tych ludzi, którzy powinni móc korzystać z wolności słowa jest... Cezary Michalski.

Popatrzmy bowiem, jak się sprawy mają. Oto kataryna pisze coś o jakimś gościu. Ten gościu wścieka się, bo chciałby, żeby kataryna (ani nikt inny) nie pisała o nim tych rzeczy. Co robi Michalski (a ściśle mówiąc Jego gazeta, Dziennik)? Otóż Michalski (Dziennik) pisze o katarynie takie rzeczy, których kataryna wolałaby, żeby gazeta o Niej nie pisała. Michalski (Dziennik) zatem nie robi niczego innego niż to, co robi kataryna.

Powtarzam - major mówiąc o wolności nie uwzględnił Michalskiego, a Michalski nie wykorzystał okazji do zadania decydującego ciosu i to są krytyczne punkty tej gaduły, bo reszta to ornamenty.

Różne zabijania i niezabijania

Jak jakiś gościu wytłucze pół wioski albo przez dziesięć lat zabije, powiedzmy, dwadzieścioro dzieci, to gościa można co najwyżej wsadzić do ciupy i tam żywić go i odziewać, póki nie umrze. Zabić gościa nie można. Chyba dlatego, że zabijanie ludzi jest złe. Natomiast jak jacyś goście z Iraku czy innego Afganistanu nikogo w naszych wioskach nie wytłukli, ani nie zabili żadnego naszego dzieciaka, to można posłać do Iraku czy Afganistanu nasze wojsko po to, żeby tamtych ludzi zabijało. Czy to się trzyma kupy?

wtorek, 26 maja 2009

Polscy prawnicy

- Na chwilę obecną (po polsku: teraz)
- Dokładnie tak (po polsku: tak)
- W dniu wczorajszym (po polsku: wczoraj)
- Na okres trzech miesięcy (po polsku: na trzy miesiące)
- Polega na prawdzie (po polsku: jest prawdą; jest prawdziwy)

O tempora!

Socjalizm na chwilę obecną

Bezrobocie spadło albo zwiększyło się... sprzedaż detaliczna wzrosła albo spadła... w analogicznym okresie roku ubiegłego... produkt krajowy brutto... deficyt budżetowy... przychody z VAT-u... stopy procentowe... nowelizacja budżetu...

Kurwa mać, przecież ten jebany samolot pod tytułem SOCJALIZM jest w korkociągu, z którego nie mam wyjścia. No bo jak nie, jak tak?

niedziela, 24 maja 2009

Proceder

Świętowanie piątej rocznicy wejścia Polski do nieistniejącej Unii Europejskiej trwa w najlepsze. Być może przy żadnej okazji ludzie nie wygadują aż tylu głupot, a co gorsza, w mało której sprawie (a mam na myśli Unię Europejską), o ile w ogóle w jakiejkolwiek, mnóstwo ludzi jest aż tak bardzo zamulonych (jakby ktoś pytał: jak bardzo - to odpowiadam: tak bardzo, jak jest).

Nie tylko przedstawiciele ludu przyłapani na ulicy i występujący w rozmaitych sondach telewizyjnych, ale też politycy występujący w telewizyjnych audycjach, cieszą się jak Murzyn blaszką z powodu dotacji unijnych. Ludzie ci są przekonani, że dotacje to kapitalna sprawa i że świetnie na tych dotacjach wychodzimy - my, Polska, Polacy, polski lud, polskie społeczeństwo. Załóżmy, że wychodzimy na tych dotacjach do przodu, że np. wpłacając do wspólnej kasy 100, dostajemy 120. Oczywiście żeby dostać 120, ktoś musi dać pewnie 160 albo i więcej, bo z czegoś muszą żyć urzędasy. A zatem dostajemy 120, czyli jesteśmy 20 do przodu. Tu od razu jawi się pytanie o to, po jaką cholerę, żeby dostać 120, musimy wpłacać 100? Czy nie prościej byłoby nie wpłacać niczego i dostawać te 20? Jasne jest, iż żebyśmy mogli wyjść na dotacjach do przodu, to ktoś musi wyjść na nich do tyłu, ale po co ten cały obrót?

Są takie sprytne firmy, które przysyłają ludziom do domów listy, w których piszą jakoś tędy: wygrałeś 15.000 i to już jest twoja kasa, tylko najpierw przyślij nam 749 zyli. Jeśli napisać do takiej firmy, że bardzo się cieszymy, niestety nie mamy akurat wolnych 749 zyli, ale to nic nie szkodzi, bo zgadzamy się na to, aby firma przysłała nam tę wygraną w kwocie 14.251, czyli pomniejszoną o te 749, to kontakt z firmą się urywa. Z tymi firmami można robić interesy, ale nie ma przymusu. I to jest OK.

Rzecz jasna system z dotacjami nie polega na tym, że co roku wiadomo, iż np. Polska, Rumunia, Słowacja i Węgry wyjdą na dotacjach do przodu, a, dajmy na to, W. Brytania, Francja, Italia i Hiszpania do tyłu, bo będą te nasze do przodu finansować. System jest zupełnie inny. Każdy wpłaca kasę, po czym, kiedy już biurokracja się napasie, zaczyna się wyścig o resztę forsy, którą to resztę zdobędzie ten, kto zdecyduje się wystąpić o dotacje, umie wypełnić kwity, przedstawi odpowiedni projekt, dostanie pozytywną opinię itd. Jednym słowem, ludzie walczą o pieniądze, które zostały ludziom zabrane, przy czym oczywiście jedni wyjdą na tym lepiej, inni gorzej, a jeszcze inni w ogóle wyjdą na tym chujowo. To jest obrzydliwe. To, że ludzie muszą walczyć o swoje pieniądze.

Jeżeli przyjmie się perspektywę, nazwijmy ją narodową, to - jeśli w określonym roku wychodzimy na dotacjach do przodu - możemy cieszyć się, że udało nam się skroić podatników brytyjskich czy greckich. Bardzo możliwe, że są tacy patrioci, których państwo ostrzygło z forsy i którzy żadnych dotacji nie dostali, ale cieszą się, że jako Polska wyruchaliśmy Angoli, Portugalczyków czy Czechów. Z tego co pokazują w telewizji wynika, że pełno jest takich patriotów. Bardzo jest też możliwe, że gdyby tak we wszystkich państwach nieistniejącej Unii Europejskiej przeprowadzić stosowne ankiety, to społeczeństwa wszystkich państw stwierdziłyby, że jest możliwe, aby na dotacjach korzystali ludzie we wszystkich państwach członkowskich. Ciekawsza byłaby jednak inna ankieta, taka, w której ludzie wypowiedzieliby się na temat tego, które to społeczeństwa chcieliby wyciulać po to, żeby na unijnych dotacjach wyjść do przodu. Jednak aby taką ankietę rzetelnie wypełnić, ludzie musieliby rozumieć, co to jest redystrybucja.