statsy

piątek, 17 września 2010

17 września

Dzisiaj jest 17 września. Przed północą luknąłem sobie do tv i trafiłem na kanał National Geographic Wild. I patrzcie, co dawali o godzinie 23.12:


Dzika Rosja! - No no - pomyślałem sobie. - ale niespodzianka. Żeby taki film puścić teraz w Polsce...

Zaraz wpadłem jednak na pomysł, że to w związku z 17 września, że jeszcze, pomimo Wielkiego Pojednania, ważne rocznice stanowią okazje do pokazania Rosji prawdziwej, takiej, jaką była i być może takiej, jaką jest dzisiaj. Jednym słowem - wielkie zaskoczenie, ale miłe, bardzo miłe.

Moje zaskoczenie trwało jakieś 5 sekund, po czym  kapnąłem się, że na filmie pokazują jakieś orły żyjące w Rosji. Później pokazali rysie, kozice i żubry w Rezerwacie Kaukaskim. Wiecie, że taki dorosły byk żubra europejskiego waży prawie tonę? A wiedzieliście, że dorosły ryś potrafi podczas jednego posiłku wciągnąć 2,5 kg mięcha?

 

czwartek, 16 września 2010

Czy rozumiecie, co Tusk mówi?

O tym, że Wiadomości reżimowej telewizji zacyniły, iż borowiki zeznały, że ich, borowików, nie było na lotnisku pod Smoleńskiem 10 kwietnia, napisałem wczoraj. Dzisiaj Wirtualna Polska donosi:

Wiadomości TVP1 dotarły do zeznań, jakie oficerowie BOR - odpowiedzialni za zabezpieczenie wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Katyniu - złożyli w prokuraturze. Wynika z nich, że na lotnisku w Smoleńsku nie było oficerów polskiej ochrony. Przebywali w położonym kilkanaście kilometrów dalej lesie katyńskim. Według "Wiadomości" na obecność BOR na lotnisku mieli się nie zgodzić Rosjanie.

Wcześniej szef BOR gen. Marian Janicki zapewniał, że polska ochrona była na lotnisku w Smoleńsku.

- Nie rozmawiałem z generałem Janickim na ten temat, ale będzie okazja (na rozmowę) jak wrócę do kraju. Na pewno poproszę o wyjaśnienie, jeśli chodzi o sprzeczności, bo funkcjonariusze publiczni - czy to jest szef BOR, czy funkcjonariusze BOR - muszą mieć w sprawach, które ich dotyczą, mniej więcej podobne informacje i podobny pogląd - powiedział Tusk na briefingu prasowym w Brukseli.


Dwie sprawy. Po pierwsze - to jak to jest; premier po ponad pięciu miesiącach od wydarzeń w Smoleńsku nie wie, czy funkcjonariusze BOR-u byli na lotnisku?? Czyli co - nie interesował się tym? Nie dostał raportów wszystkich możliwych służb i urzędasów? No chyba nie dostał i chyba się nie interesował, skoro powiada, że musi  z Janickim o sprawie pogadać. Moim zdaniem to jest bardzo ważne wyznanie Tuska.

Po drugie - jeśli wierzyć dziennikarzom, Tuska nie obchodzi stan faktyczny, nie obchodzi go to, czy borowiki na lotnisku były czy ich nie było. Tuskowi zależy tylko na tym, żeby cała ta borowikowa ekipa miała ustaloną jedną wersję, żeby wszystkie borowiki miały podobny pogląd. Czy rozumiecie, co Tusk mówi?

Roger Scruton w książce Kultura jest ważna napisał tak:

Zamiast obiektywizmu mamy tylko "intersubiektywizm" - innymi słowy, konsensus. Prawdy, sensy, fakty i wartości uchodzą dzisiaj za negocjowalne.

Ja Scrutona lubię, bardzo go lubię, bo - wbrew temu, co się wydaje niektórym ciotkom Matyldom - ja jestem konserwatysta i to taki hardcorowy konserwatysta. Mój konserwatyzm to jednak temat zupełnie osobny - teraz idzie mi o to, że ja, Scrutona bardzo lubiąc, raz dwa mogę się przyczepić do tego, co Scruton napisał, ale tu musiałbym dać długaśny wykład na temat tego, z jakiego powodu mógłbym się czepiać Scrutona; nie jest to jednak miejsce na taki wykład. Powtórzę tylko swoje pytanie: czy rozumiecie, co Tusk mówi?

środa, 15 września 2010

Wystarczy zadać proste pytanie

W dzisiejszej Gazecie Polskiej dali zdjęcia wraku Tupolewa, który leży sobie pod gołym ruskim niebem. Dziennikarze pojechali i pstryknęli parę fotek. Popatrzcie na te zdjęcia. W tym samym numerze Gójska-Hejke napisała tak:

W maju zadawałam pytanie, czy można bardziej skompromitować swój kraj - wrogiemu państwu powierzając prowadzenie najważniejszego śledztwa w powojennej Polsce. Patrząc dziś na zdjęcia ze Smoleńska, zamieniam słowo "skompromitować" na "upodlić".

Gójska-Hejke ma rację, z tym, że moim zdaniem, rządząca ekipa nie upadla kraju ani narodu, tylko państwo.

W Dzienniku w TVP 1 o godz. 19.30 powiedzieli, że z zeznań BOR-owców wynika, że 10 kwietnia na lotnisku pod Smoleńskiem BORowików nie było. Dlaczego ich nie było? Ano dlatego, że im Ruscy nie pozwolili. Były tam za to ruskie służby, które "szykowały się na ciała". To jest skrin ze strony TVP:





Myślę, że dzisiaj nikt przytomny nie wierzy w to, że rządząca ekipa działa dla dobra Polski. Powtarzam - nikt przytomny. Powody, dla których dzisiejsi władcy robią to, co robią, są dla mnie teraz nieistotne. Nurtuje mnie natomiast inna kwestia - dlaczego w świetle tego, co się stało w Smoleńsku 10 kwietnia, tego, co się dzieje w kwestii wyjaśniania tej sprawy do dzisiaj, tego, co się stało w czasie i po powodziach, tego, że na pysk upadają państwowa "służba zdrowia" i "edukacja", tego, że rząd podnosi podatki, tego, że  rekord zadłużenia jest śrubowany itd. itd., - dlaczego w świetle tego wszystkiego ci, którzy nie zakładają złej woli rządzącej ekipy, a tylko wierzą w to, że po prostu tym ludziom nic nie wychodzi - dlaczego zatem ci wszyscy ludzie nie zadają jednego prostego pytania, nie zadają go każdy z osobna i wszyscy razem? Oto to pytanie:  - Chłopaki, jeżeli nie umiecie, jeżeli nic się wam nie udaje, to po jaki chuj zgłosiliście się do tej roboty?

wtorek, 14 września 2010

Wiara i teizm

W książce Koniec prawdy absolutnej Tadeusz Bartoś utrzymuje, że św. Tomasz z Akwinu upierał się przy tym, że w świecie nie ma żadnej boskości, bo świat jest przez Boga stworzony i jako taki jest czymś w istocie od Boga różnym. Bartoś pisze, że Akwinata nie widział w świecie miejsca na obecność prawdy wiecznej i niezmiennej, tymczasem dla myślicieli nowożytnych prawda wieczna znajduje sobie miejsce tylko w świecie. Podkreślam, że mówimy o myślicielach nowożytnych, a nie o przedstawicielach najnowszej mody, czyli postmodernistach. Dalej Bartoś pisze tak:

Jak teizm Tomasza wyprowadza boskość poza obręby stworzoności, tak ateizm nowożytności wprowadza boskość i absolut w sam środek rzeczywistości ludzkiej. Tomasza można by w związku z tym nazwać "światowym ateistą" i "zaświatowym teistą", nowożytnego myśliciela odwrotnie - "ateistą zaświatowym" i "teistą wewnątrzświatowym".

Nie wiem, czy Bartoś ma rację, kiedy pisze o tym teizmie wewnątrzświatowym, bo dla mnie wiara to jeszcze nie teizm. Innymi słowy - uważam, że ten, kto w coś wierzy, w jakieś uniwersalne mechanizmy, ogólne i odwieczne zasady itd., niekoniecznie od razu wierzy w Boga, a zatem nie musi być teistą. Mówiąc jeszcze inaczej - nie wszystkie zjawiska, których elementem jest wiara, nawet bardzo silna, są religią. Chrześcijaństwo to religia, ale "światopogląd oświeceniowy" religią nie jest.

To jest tak, że jak ktoś wierzy w Boga jedynego, stworzyciela świata, to tego kogoś nazywamy teistą. Jak ktoś w Boga nie wierzy, ale, dajmy na to, wierzy w to, że był Big Bang i z tego Big Bangu świat się wziął, to tego kogoś nazywamy... no właśnie - jak? Racjonalistą? Wyznawcą światopoglądu naukowego? Jak ktoś wierzy, że kiedy samolot spadnie na ziemię, to z niego zostaje tyle, ile widać na poniższej fotce, a reszta się dematerializuje, to tego kogoś nazywamy... no właśnie.


fotka stąd

poniedziałek, 13 września 2010

Michał Nicpoń, dziadek Nicka

Nicek pięknie napisał o swoim dziadku. Bardzo osobiście odebrałem ten tekst. I tyle, niczego nie będę dodawał, niczego komentował. Dam tylko cytat z Twierdzy Antoine'a de Saint-Exupéryego:

Rozmyślałem zwłaszcza na widok jednego, który był ślepy, a do tego utracił jedną nogę. Tak stary, że stał już u progu śmierci, i zdawało się, że skrzypi przy każdym poruszeniu jak stary wiatrak; odpowiadał na moje słowa powoli, bo był posunięty w latach i tracił już jasność mowy; ale stawał się coraz bardziej świetlisty i jasny, i coraz lepiej rozumiał, w co przemienia się jego życie. Drżącymi dłońmi pracował nadal nad ażurowymi cackami, które były jak coraz subtelniejszy eliksir. On zaś, odchodząc w tak cudowny sposób od swego starego wyschłego ciała, stawał się coraz szczęśliwszy, coraz bardziej niedotykalny. Coraz bardziej niezłomny. I umierał, nie wiedząc o tym, z rękoma pełnymi gwiazd.

sobota, 11 września 2010

Narysować

Umiem napisać, ale już narysować czegoś czy ładnie zagrać nie umiem. Nawet porządnie napisać o rysowaniu czy o graniu nie umiem. A niektórzy umieją narysować czy zagrać i o rysowaniu albo graniu umieją napisać. Andrzej-Łódź np. umie o graniu napisać, bo czy zagrać umie, to nie wiem. Roger Scruton też o graniu umie napisać. W książce Kultura jest ważna pisze Scruton m.in. o muzyce i broni tonalności. Twierdzi, że tonalność jest ważna, bo usuwając tonalność, zlikwidujemy przystępność polifonii dla wszystkich, nie tylko dla ekspertów.

A znowu Wilhelm Sasnal, zdaje się tęgi lewak, ładnie umie narysować. Parę lat temu znalazłem, bodaj w Przekroju, taki jeden rysunek Sasnala, który bardzo mi się spodobał. Było późne popołudnie, jesień albo zima, dawno po zmroku, więc świeciły latarnie uliczne, co lubię, no i poszedłem do biblioteki, usiadłem w czytelni, coś tam sobie czytałem, porobiłem notatki, a na koniec sięgnąłem po Przekrój, żeby rysunek Sasnala zobaczyć. I właśnie ten rysunek znalazłem, który bardzo mi się spodobał, który wręcz wlazł mi do głowy i do dzisiaj w tej głowie tkwi. Na tym rysunku chłopak był, co to przy stole siedział, a widzieliśmy go od tyłu, a matka chłopaka obok stała i mówi, że co ten chłopak tak siedzi smutny, a chłopak na to, że wojna jest gdzieś tam, a matka mowi, żeby może na dwór trochę wyszedł, bo - powiada matka - jest wiosna, a chłopak na to: - Jest wojna.

Na koniec zobaczcie, bo nie da się pewnych rzeczy napisać tak, jak można je narysować albo zagrać, co niewolnik narysował i w salonie24 powiesił (jak się w obrazek kliknie, to on się powiększy i zacznie działać, bo to taki obrazek, co się rusza, a nie umiem tak wkleić, żeby się od razu na blogu ruszał):

czwartek, 9 września 2010

A zegar tyka

Luknijcie sobie tutaj. To taki background jest do mojej notki. A co będzie w notce? Ano takie sobie ględzenie. Ostatnio mniej czytam, prawie nic nie piszę, a na bloga zupełnie nic, ale za to spotykam się z łebskimi ludźmi i z nimi gadam. Np. gadam sobie z takim jednym łebskim absolwentem logiki matematycznej. Gadamy trochę o tej logice, ale tylko, że tak powiem, po wierzchu, bo co ja wiem o logice matematycznej? Ja gościa pytam o różne rzeczy, on mi odpowiada - o Kole Wiedeńskim gadamy, o Russellu, o Tarskim, a i o Bocheńskim trochę pogadaliśmy; takie tam luźne gaduły. Ten gościu w swojej dziedzinie, a nie jest to logika matematyczna, plasuje się pośród pierwszych 25 specjalistów na świecie. Skąd ja wiem, że pośród pierwszych 25 speców na kuli ziemskiej? A stąd, że w tej dziedzinie jest bardzo precyzyjny ranking, no to sobie sprawdziłem i wiem. Ten gościu nie jest Polakiem, zupełnie nie jest Polakiem, więc gadając z nim ćwiczę język dla mnie obcy - bardzo to dla mnie dobre, albowiem ja, siedząc w tych książkach i z ludźmi się prawie nie spotykając (no chyba, że - wedle zaleceń Jezusa - chorego odwiedzę albo biednemu pomogę; to moje stosowanie się do zaleceń Jezusa ma i taki skutek, że ja, dajmy na to, chorego odwiedzając, większy mam pożytek z tej wizyty, niż ów chory), w ogóle nie jestem biegły w gadaniu w obcych językach - dla mnie byłoby idealnie, gdyby wszyscy innostrańcy zamiast do mnie mówić w swoich językach, mnie tekst przed nos podsuwali.

Dobra, gadam sobie z tymi łebskimi gośćmi, gadam, ale pod wieczór do chałupy wracam, a tam zaraz oglądam majstrostwa świata w kosza i tenisowy turniej wielkoszlemowy US Open. A przecież po nocach i jakieś książki czytam. Jakże więc w tej sytuacji mogę cokolwiek pisać, a już osobliwie na blogu? W związku jednak z tym, że za to moje niepisanie Nicpoń noż kurwa do mnie mówi, a i Anna stwierdza, że Ku..wa jest najsłabszą motywacją, jakiej można użyć względem Autora (ten Autor to ja), nową notkę piszę i ją wieszam. OK, ale co w końcu będzie w tej notce? Ano nic takiego. Chcę tylko powiedzieć, że jak już telewizor włączę na coś innego niż kosz i tenis, to odnoszę wrażenie, że cała Polska gada tylko o posłance Jakubiakowej, która została zawieszona, a zatem chyba teraz wisi. Wisząca posłanka Jakubiak - to jest najważniejszy temat w kraju liczącym 38 milionów ludzi. Co prawda gdzieś tam napisali, że generał Roger Brady w imieniu NATO zaoferował Polsce pomoc w tym śmiesznym śledztwie prowadzonym w sprawie Smoleńska, ale to tylko w oszołomskich mediach napisali, bo w mainstreamowych mediach takimi duperelami jak śledztwo w sprawie Smoleńska dupy sobie nie zawracają; w mainstreamowych mediach mówi się tylko o wiszącej Jakubiak. Kurwa, jak to jest możliwe, że zegar długu tyka i to jak oszalały, że ten piękny kraj, jakim jest Polska, okupowany przez państwo pt. III RP, do tego stopnia dryfuje w stronę utraty resztek suwerenności, że aż europejskie nowokomuchy interweniują, bo widzą, czym pachnie podpisanie przez tuskowych umowy na dostawy gazu z Ruskimi, a przy tym wszystkim jedynymi tematami w mediach i jedynymi tematami, które interesują młodych, wykształconych telemaniaków z wielkich miast, są wisząca Jakubiak, brzęczący Migalski i szef partii opozycyjnej robiący koło dupy kierownikom naszego kawałka kuli ziemskiej? Gdzie jest całe to społeczeństwo obywatelskie, gdzie są ci wszyscy racjonalni ludzie, świadomi wyborcy znający się na polityce i ekonomii? Gdzie oni są? Czy oni w ogóle istnieją? Czy też może jest tak, że żyjemy na jednym wielkim placu zabaw, na który nie wpuszcza się dorosłych?