statsy

poniedziałek, 1 października 2012

Czy dobrze jest płakać, kiedy Ptyś umarł?

Ptyś umarł wczoraj nad ranem, nie dożywając roku. Miał FeLV (Feline leukemia virus), czyli kocią białaczkę. Po nazwie choróbska widać, że to nie taka białaczka, jak u ludzi, tylko wirusowe ustrojstwo, zaraźliwe, w związku z czym koty z białaczką nie mogą mieszkać ze zdrowymi kotami, a konsekwencje są takie, że trudno znaleźć dom dla białaczkowego kociołka.

Ptyś, po tym, jak mieszkał schronie i w dwóch domkach tymczasowych, znalazł wreszcie swój dom. Wzięły go człowieki, które mają już jednego kocika z FeLV; ostatnie pół roku swojego życia Ptyś przeżył otoczony miłością; miał dobre jedzenie, dużo miejsca, bawił się ze swoją nową siostrzyczką i ze swoimi człowiekami, dostawał leki. Zgasł w kilka dni, ale z białaczkowymi kotkami tak już jest – mogą odejść w każdej chwili, o czym człowieków, którzy chcą wziąć do siebie kociołka z białaczką, informuje każdy wet.

Znałem Ptysia, bo znam człowieków, którzy wzięli go do siebie. Ptyś to kotek radosny, chętny do zabawy; a to podbiegał do człowieków robiąc na plecach łuk brwiowy wypukły, a to popisywał się paradując po chałupie z podniesionym ogonem, czyli prezentując ulicę lemurów, a to wymuszał na człowiekach, żeby mu piłeczkę rzucali, czy tam kasztanka jakiegoś. No i wszystkiego był ciekaw. To bardzo dobrze, że u Ptysia ciągle uruchomione były pozytywne systemy emocji, czyli zabawa i szukanie; emocji negatywnych, czyli wściekłości, strachu i paniki, Ptyś w swoim ostatnim domku nie przejawiał.

Kiedy Ptyś umarł, to jego człowieki płakały. Pewnie ciągle jeszcze popłakują. I dobrze, bo dlaczego nie płakać, kiedy umarł ktoś, kogo się kochało? Dla mnie jest rzeczą normalną, że człowiek kocha zwierzę, bo kochanie, to uczucie, a uczucia, jak napisał Marc Bekoff, to dar od przodków. A znowu Temple Grandin stwierdziła, że zwierzęta kochają inne zwierzęta i, jak to Temple Grandin, podała na to dowody.

Cytując zdanie Grandin o tym, że zwierzęta kochają inne zwierzęta, zapewne zbieram punkty u pogan, którzy w Pana Boga nie wierzą i dla których ludzie to zwierzęta (bo niby co innego?), a jednocześnie dostaję punkty minusowe u niektórych teistów (panteistami się nie zajmuję, bo się na nich nie znam, aczkolwiek rzetelnie przestudiowałem pana Barucha Spinozę), wedle których człowiek to nie zwierzę. Wedle niektórych teistów człowiek nie jest zwierzęciem, a istotna różnica między człowiekiem a zwierzęciem polega na tym, że człowiek ma duszę, a zwierzę duszy nie ma. Z duszą jest jednak jeden poważny problem, na który wskazuje Richard Dawkins; idzie mianowicie o kwestię paleontologicznego datowania powstania duszy.

Najogólniej (i niezbyt precyzyjnie) mówiąc, problem ze zwierzętami jest problemem poważnym i, moim zdaniem, dalekim od rozwiązania. Z jednej strony bowiem ludzie kochają swoje zwierzęta, koty, psy itd., a z drugiej strony jedzą nieswoje zwierzęta i mięso z zabitych nieswoich zwierząt podają swoim zwierzętom (nie da się zapewnić kotu dobrego życia karmiąc go wyłącznie marchewką i kaszą). Poza tym, jeśli jest się teistą, a do tego chrześcijaninem, to trudno lekceważyć tezę Eryka Mascalla, który utrzymuje, że błędem jest myśleć, iż Jezus Chrystus ma olbrzymie znaczenie dla istot ludzkich, lecz jest zupełnie bez znaczenia dla reszty stworzenia. A św. Paweł Apostoł napisał był w Liście do Rzymian (Rz 8, 19): Całe bowiem stworzenie z wielką tęsknotą wyczekuje objawienia się synów Boga.

Skoro całe stworzenie, to całe stworzenie, a nie tylko człowieki. Jestem zdania, że kto nie chce uczciwie rozważać słów Pawła i lekce sobie waży to, co napisał Mascall, ten ucieka od problemu.

Jakob von Uexküll, taki jeden ważny biolog, stosował termin Umwelt w takim znaczeniu, że każdy gatunek ma swój Umwelt, że każdy gatunek postrzega świat zgodnie ze swoim Umwelt. Dla człowieka telewizor to sprzęt, dzięki któremu można obejrzeć np. film czy mecz, ale dla mojego kota telewizor to miejsce, na którym można wygodnie spać, tym bardziej, że, o ile człowieki telewizor włączą, to jest to miejsce cieplutkie. Pies żyje zgodnie ze swoim Umwelt, kot zgodnie ze swoim, człowiek zgodnie ze swoim.

Leibniz nauczał o monadach i twierdził, że w konsekwencji tego, iż harmonia wszechświata (harmonia praestabilita - przedustawna) została ustanowiona przez Boga, monady rozwijają się niezależnie od pozostałych monad ale równolegle i zgodnie z rozwojem każdej innej monady. Dodawał, że monady nie mają okien, przez które cokolwiek mogłoby do nich się dostać czy też z nich wydostać, które to twierdzenie, w pewnych okolicznościach, można uznać za bardzo pesymistyczne. Monada Leibniza to substancja prosta, pozbawiona części i wchodząca w skład rzeczy złożonych. A gdyby, analogicznie, uznać, że Umwelt to taka bańka, w której zamknięty jest nie tylko każdy gatunek, ale też każdy osobnik każdego gatunku (no bo chyba jasne jest, że inny jest Umwelt Tuska, inny JarKacza, a jeszcze inny Titusa z Acid Drinkers)? Co wtedy? Czy też zrobi się pesymistycznie?

Tego nie wiem. Być może tak, być może nie, to zależy od tego, co kto chce i co uznaje za pesymistyczne. No a czy mamy jakiekolwiek porozumienie z drugim człowiekiem, skoro jego Umwelt jest osobny od naszego Umwelt? A z kotem takie porozumienie mamy? Czy dobrze jest kochać Ptysia i płakać, kiedy Ptyś umarł?

Po mojemu mamy porozumienie i z drugim człowiekiem i z kotem i dobrze jest kochać Ptysia i płakać, kiedy Ptyś umarł. O tym, dlaczego to dobrze, napiszę innym razem. A na razie obejrzyjcie i posłuchajcie tego:






Bibliografia: 

M. Bekoff. O zakochanych psach i zazdrosnych małpach. Znak. Kraków 2010.

R. Dawkins. Najwspanialsze widowisko świata. Wydawnictwo CIS. Stare Groszki 2010.

T. Grandin. Zrozumieć zwierzęta. Media Rodzina. Poznań 2011.

G. W. Leibnitz. Zasady filozofii, czyli monadologia. w: G. W.  Leibniz. Wyznanie wiary filozofa. Rozprawa metafizyczna. Monadologia. Zasady natury i łaski oraz inne pisma filozoficzne. PWN. Warszawa 1969.

E. L. Mascall. The Christian Universe. Darton, Longman and Todd 1971. Podaję za: A. Linzey. Teologia zwierząt. WAM. Kraków 2010.

Św.Paweł. List do Rzymian. Biblia. Święty Wojciech Wydawnictwo. Poznań 2009.

środa, 19 września 2012

Kiedy człowiek


Kiedy człowiek umiera, to umiera samemu sobie; każdy człowiek umiera samemu sobie.

Gdy już napisałem, że człowiek umiera samemu sobie, to zacząłem się zastanawiać, czy to jest dość precyzyjne zdanie. Bo przecież może być tak, że człowiek samemu sobie nie umiera. Gdyby przyjąć za dogmat ten trick, który wymyślił Epikur, stwierdzając mianowicie w liście do Menoikeusa, że śmierć, najstraszniejsze z nieszczęść wcale nas nie dotyczy, bo gdy my istniejemy, śmierć jest nieobecna, a gdy tylko śmierć się pojawi, wtedy nas już nie ma, to raczej nie da się zasadnie powiedzieć, że człowiek umiera samemu sobie. Ale nie znam nikogo, kto brałby na serio trick Epikura. Piotr Wierzbicki w książce Zapis świata. Traktat metafizyczny stwierdził, że ludzie nie chcą umierać, między innymi dlatego, że odczuwają żal z tego powodu, iż po ich śmierci świat będzie toczył się dalej już bez ich udziału, a ludzie bardzo nie chcą, żeby świat toczył się bez ich udziału. I pisze Wierzbicki bardzo trafnie:

Zastanawiające, że te moje pretensje o nieobecność dotyczą wyłącznie wydarzeń przyszłych. Wydarzenia przeszłe, w identyczny sposób wykluczające mój współudział, przyjmuję z całkowitym spokojem.

Mniejsza o to, czy człowiek umiera samemu sobie, w każdym razie na pewno wielu ludzi umiera innym. Mnie umarło wielu ludzi, w czym nie ma niczego nadzwyczajnego, bo jak ktoś ma swoje lata i nie żyje na Marsie, to mu umiera wielu ludzi.

Dawno temu umarł mój Dziadek. To był cioteczny Dziadek czy jakoś tak. Miał najpiękniejszy głos, jaki w życiu słyszałem; to był głos lepszy od głosu Henry'ego Kissingera, kiedy Kissinger miał swoje najlepsze lata (posłuchajcie Kissingera, na przykład tutaj).

I jeszcze miał ten mój Dziadek sad. I był sławny z powodu tego sadu w całej, rozległej okolicy. I mówił mi, co trzeba robić i jak, żeby mieć taki piękny sad. A kiedy miałem pięć albo sześć lat, to dał mi niedużą książeczkę, która opowiadała o tym, jak to Amerykańce zrzucili na Japońców bomby atomowe; ta książeczka jest dla mnie ważna do dzisiaj.

Kochałem Dziadka i uwielbiałem Go. I umarł, kiedy miałem osiem albo dziewięć lat. I powiedziałem Mamie, że nie chcę jechać na pogrzeb, bo nie chcę widzieć Dziadka, który nie żyje. I Mama pozwoliła mi nie pojechać na ten pogrzeb.

Poza tym jeszcze tylko raz nie poszedłem na pogrzeb człowieka, który mi umarł, ale tej historii już nie opowiem. W pozostałych przypadkach, kiedy mi umiera człowiek, chcę iść na pogrzeb i tylko raz zdarzyło się tak, że chciałem, ale nie mogłem, bo mój kręgosłup robił mi takie rzeczy, że nie mogłem nawet leżeć normalnie. Chciałem pojechać na ten pogrzeb po to, by znaleźć pocieszenie. Chciałem spotkać się z ludźmi, którym też umarł ten człowiek, chciałem z nimi pogadać, chciałem poczuć, że ci ludzie są ze mną, chciałem im pokazać, że ja jestem z nimi. Ale nie mogłem.

Niewiele razy, niemniej jednak parę razy miałem tak, że kiedy umarł mi człowiek, nie mogłem się pozbierać. Idzie o to, że ja z niemal wszystkiego mogę zrobić swoją historię; rzeczy, które się wydarzyły, zamieniam w tekst i nie ma znaczenia, czy to jest tekst napisany. Po prostu stoję z boku, także obok siebie, rejestruję co się dzieje, a później to, co zarejestrowałem, zamieniam w tekst. Taki już ze mnie chuj; ludzie cierpią, ja też, ludzie rozpaczają, ja też, ale ludzie uczciwie poprzestają na cierpieniu i rozpaczaniu, a ja dodatkowo to cierpienie i rozpaczanie zamieniam sobie w tekst.

Kilka razy jednak nie umiałem tak zrobić, kiedy umarł mi człowiek. Nie umiałem tego wszystkiego zamienić w tekst. Nie wymyślałem żadnych filozoficznych czy pseudofilozoficznych kombinacji, nie pytałem o sens życia i o to, czy jest Bóg, a jeżeli jest, to gdzie, tylko mnie najzwyczajniej w świecie bolało. Bolało tak, że nic innego się nie liczyło; poza bólem nie było niczego innego.

Sami wiecie, że raz jest tak, a raz inaczej. Kiedy człowiek umiera.

piątek, 14 września 2012

Ananke

O mieszkańcach Chicago można mieć różne zdanie, można ich rozmaicie oceniać. Pełno jest mieszkańców Chicago i trudno jest ich ocenić jednoznacznie, biorąc ich wszystkich do kupy. W serialu Boss śledzimy losy burmistrza Chicago i jego ekipy, widzimy kulisy kampanii wyborczych, przyglądamy się pracy rady miejskiej. Mamy okazję zobaczyć, jak wyglądają interesy, które różni ludzie robią z miastem.

Burmistrz to kapitalna postać, trzyma miasto za ryj, niektóre rzeczy robi świetnie, inne rzeczy robi źle. Jedni ludzie są zadowoleni z rządów sprawowanych przez burmistrza, drudzy ludzie zadowoleni nie są. Prasa gania za burmistrzem, wynajduje jakieś afery, ludzie to czytają, następuje kryzys, ekipa ratusza pracuje na najwyższych obrotach i kryzys zostaje zażegnany; na razie każdy kryzys musi być zażegnany, bo do końca drugiego sezonu serialu jeszcze daleko.

W pierwszym odcinku drugiego sezonu - i teraz będzie SPOILER - taki jeden redaktor naczelny ważnej gazety dopina ostatnie wydanie i wścieka się, że zamiast jakiegoś ważnego i długaśnego tekstu, kolegium zdecydowało się dać jakieś pierdółki. No i ten naczelny woła tę babkę, która odpowiada za numer i drze się na nią, że co to jest, że jak to - to teraz takie pierdółki uznajemy za ważne wiadomości, kiedy tu naprawdę ważne afery się dzieją i przecież ludziom trzeba pokazać, jaki ten burmistrz jest naprawdę? Na co ta babka odpowiada tak:

- Powiem to wprost. Nikogo to nie obchodzi, Sam. Nikogo to nie obchodzi i nikt nie czyta. Przebiegają wzrokiem. Klikają na linki. Oglądają. Nie chcą zagłębiać się w 10-stronicową, popieprzoną teorię spiskową dotyczącą burmistrza. Wiedzą, że jest umoczony. Mają to w dupie!

Najważniejsze jest to: - Wiedzą, że jest umoczony. Mają to w dupie. A z tego najważniejsze jest to: - Mają to w dupie.

W Necie i w gazetach pełno jest tekstów, których autorzy zastanawiają się nad kwestią tego, jak to jest możliwe, że lemingi (ja tego określenia nie używam) widzą przecież jak wygląda rzeczywistość, a mimo to idą jak w dym za tą swoją partią. Autorzy wspomnianych tekstów zastanawiają się, ilu jeszcze potrzeba lemingom faktów w stylu, że a to Katarczycy, a to Chińczycy, a to rozmowy na cmentarzu, a to autostrady, a to Amber Gold, a to Józef Bąk, a to nagrany sędzia, żeby przejrzeć na oczy. Autorzy tekstów, o których mówię, zdają się nie rozumieć tej najprostszej rzeczy, którą rozumie dziennikarka z serialu Boss, mianowicie, że ludzie mają to w dupie. To jest punkt wyjścia, to jest to, co trzeba przyjąć na samym początku - ludzie mają to w dupie.

Kiedy już się uzna, że ludzie mają to w dupie, to sprawa robi się mało atrakcyjna, bowiem trzeba postawić dwa pytania: pierwsze o to, dlaczego ludzie mają to w dupie, a drugie o to, co zrobić, żeby nie mieli w dupie i to żeby nie mieli w dupie we właściwą stronę. Po postawieniu tych pytań sprawa robi się jeszcze mniej atrakcyjna, gdyż z szukaniem odpowiedzi na te pytania jest kupa roboty, a przecież to dopiero początek.

Sytuacja jest bardzo ciężka, bo - i tu wracam do kwestii tego, że trzeba, aby ludzie nie mieli w dupie we właściwą stronę - nie ma pewności co do tego, co jest tym, czego ludzie nie mogą mieć w dupie. Zacznijcie gadać ze znajomymi o Polsce i pytajcie ich: - Franek, a ty byś chciał, żeby co?

Jeden Franek powie, że on by chciał niskich podatków i ulg dla przedsiębiorców, drugi, że chciałby aby wszyscy zdrajcy skończyli w więzieniu, trzeci, żeby telewizja Ojca Inwestora była na multipleksie, czwarty, żeby homoseksualiści mogli brać śluby, piąty, żeby zalegalizować narkotyki, szósty, żeby Polska była silna i to fest, siódmy, żeby rząd coś zrobił z całym tym syfem, który jest, a ósmy, żeby była wolność.

Generalnie jest tak, że ludzie albo połapią się jakoś w tym galimatiasie, albo się nie połapią, z tym, że połapać mogą się tylko nasi, bo tamci połapać się nie mogą - najzwyczajniej w świecie nie są do tego zdolni, za to mogą się do nas przyłączyć jeśli grawitacja szczęśliwie zawieje w naszą stronę. Czy my się połapiemy, tego nie wiadomo, natomiast wiadomo, że jeśli się nie połapiemy i nie załatwimy sami swoich spraw, załatwi je za nas Ananke. Nie ma znaczenia kto czy co załatwi za nas nasze sprawy, bo z naszej perspektywy zawsze będzie to Ananke. Czy jeśli nasze sprawy załatwi za nas Ananke, to z automatu oznacza to, że musi być źle? Nie, nie oznacza, ale ja się boję.

Z różnych powodów

W szachach jest tak, że do najważniejszych turniejów, np. w Linares czy w Wijk aan Zee, zaprasza się najsilniejszych graczy. W najlepszych turniejach muszą grać Anand, Kramnik, Carlsen, Aronian, Iwańczuk, Radżabow, Griszczuk, Karjakin czy Morozewicz. Owszem, do tej doborowej ekipy organizatorzy często dokooptowują jakiegoś zdolnego dzieciaka, Giriego, Caruanę czy kogoś podobnego, ale żeby turniej miał najwyższą renomę musi w nim grać sprawdzona, doborowa ekipa.

W latach 1998-2004 FIDE zgłupiała i organizowała turnieje o mistrzostwo świata, turnieje grane systemem pucharowym. W tych turniejach mistrzostwo zdobyło dwóch graczy, którzy nigdy nie zaliczali się do ścisłej czołówki, mianowicie Chalifman i Kasimdżanow (dzisiaj Chalifman ma 166. ranking na świecie, a Kasmidżanow plasuje się na 70. pozycji). Zdaje się, że to Chalifman po tym, jak zdobył tytuł, powiedział, że oto gracze, których nie zalicza się do superarcymistrzów pokazali, że też potrafią świetnie grać w szachy i że dość już tego procederu polegającego na tym, że na najważniejsze imprezy zaprasza się w kółko tych samych kilkunastu zawodników. Pokazało się jednak, że nadzieje wielu szachistów na to, że nareszcie będą sobie grać z najlepszymi, pozostały nadziejami.

Oczywiście Chalifman świetnie gra w szachy, ale nigdy nie grał i nie będzie grał tak, jak grają Anand, Gelfand czy Carlsen. Gracze o sile gry Chalifmana nie sprawdzają się w rywalizacji z najlepszymi arcymistrzami. W lipcu tego roku rozegrano turniej w Dortmundzie, to była kołówka dla dziesięciu szachistów, z których sześciu miało ranki co najmniej 2700 ELO, a czterech, w tym nasz Mateusz Bartel, między 2629 a 2674. Pierwszych sześć miejsc zajęli zawodnicy z rankingami co najmniej 2700 ELO - Leko, Naiditsch, Kramnik i Ponomariow zdobyli po 5,5 punktu, a wygrali Caruana i Karjakin z 6 punktami. Bartel zajął 9. plac ugrywając 2 punkty.

Rankingi oczywiście nie grają, niemniej jednak tabela w Dortmundzie ułożyła się prawie według rankingów i mnie to nie dziwi, przy czym ci, co zajęli cztery ostatnie miejsca to są naprawdę silni szachiści. A co by było, gdyby tak do tych sześciu pierwszych z Dortmundu doszlusować nawet arcymistrza, ale z rankingiem np. 2540 ELO? Ano byłoby to, że ci z rankami od 2700 ELO w górę zjedliby chłopa po kawałku.

W kontekście, o którym piszę, szachy są bardzo elitarne; nie da się zdobyć mistrzostwa w szachach tak, jak da się wygrać np. mistrzostwo w pokerze, choćby wygrać Main Event WSOP. I bardzo dobrze, że szachy są elitarne, przy czym każdy może starać się dostać do elity. Ci, którzy zapraszani są do największych turniejów, zaczynali jak każdy, od nauki gry, ale w przeciwieństwie do milionów pozostałych graczy, dotarli na szczyt i tam, na tym szczycie, grają z nielicznymi, którzy również szczyt osiągnęli.

Grać z odpowiednio silnym zawodnikiem to jest męka; kiedyś Janusz Korwin-Mikke rozegrał mini-mecz z Iwetą Rajlich (z domu Radziewicz) i przegrał, a przecież Iwecie daleko do rankingu 2500 ELO (dzisiaj ma 2412 ELO). Najsilniejszy zawodnik, z którym grałem, to było w symultanie, plasował się na 49. pozycji w świecie; pozamiatał mnie, podpisał blankiet, chwilę pogadaliśmy i tyle było mojej walki. Zresztą, to nawet nie była walka, ja się po prostu męczyłem; nie rozumiałem tego, co gościu mi grał, nic nie mogłem mu zrobić i dobrze o tym wiedziałem. Oczywiście zagram sobie jeszcze towarzysko z zawodnikami zajmującymi lepsze miejsca, niż 49. na świecie, ale to będzie bardzo towarzyskie granie. Gdybym miał możliwość wzięcia udziału w turnieju kołowym z silnymi arcymistrzami, to bym nie zagrał; nikomu nie dałbym się podpuścić i nie polazłbym tam, gdzie lepiej, żebym nie poszedł. Nie zagrałbym z różnych powodów, a przede wszystkim, i chyba zgodzicie się, że to już wystarczy, z powodów estetycznych.

czwartek, 6 września 2012

Zapytaj listonosza

Czy pan premier kłamie czy nie kłamie w sprawie tego, co wiedział o Amber Gold? No bo ABW panu premierowi notatkę już pod koniec mają dała, ale czy to wiemy, co w notatce było napisane? Przecież nie wiemy, a zatem skąd nam wiedzieć, czy pan premier kłamie, czy też przeciwnie – nie kłamie?

A z innymi sprawami jak jest? Czy pan premier dobrze podziałał w sprawie śledztwa smoleńskiego, czy też zrobił tak, jak Ruscy chcieli, żeby zrobił? A w ogóle to z Polską jak jest? Jest ta nasza Polska państwem sieciowym z obszarami wyłączonej władzy, jak twierdzi Jadwiga Staniszkis, czy też nie jest? No i jest nasza Polska postkolonialna, czy nie? A pan premier co – szkodzi Polsce, czy raczej prowadzi ją na zielone pastwiska? A jeśli szkodzi to dlatego, że trochę nie umie, czy dlatego że leniwy, czy jeszcze z innych powodów? Jeśli jednak nie szkodzi, tylko prowadzi Polskę na zielone pastwiska, to dlatego, że chce, a na dodatek umie?

Nie mogę już słuchać tych wszystkich gaduł w radiu i telewizji i nie mogę czytać tych wszystkich tekstów, w których ludzie gadają i piszą o Tusku tak, jakby to był normalny, porządny polityk. Najgorzej, że większość tych ludzi naprawdę uważa, że Tusk jest politykiem podobnym do prawdziwych polityków. Nie wiem, dlaczego ludzie tak uważają. Bo Halicki coś powie w programie u cioci Danusi albo w programie u innej cioci? To mi przypomina tych, którzy zastanawiają się nad tym, czy zwierzęta mają jakieś uczucia. Marc Bekoff w książce O zakochanych psach i zazdrosnych małpach pisze, że kiedy studenci pytają go o jakiś dobry przewodnik po zwierzęcych emocjach, to on odpowiada, że należy popytać listonosza; jednym z najlepszych znawców psich uczuć jest Dave, listonosz, który od lat przynosi pocztę Bekoffowi. I tyle.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Prosta tabelka

Mam tak, że jak czytam jakiś tekst, dajmy na to, z lutego 2010 roku, albo wspominam coś, co się wydarzyło, powiedzmy, w grudniu 2009, to sobie myślę: - To było jeszcze przed Smoleńskiem.

10 kwietnia 2010 to jest cezura. Każdy, kto od lat czyta mojego bloga, a nie jest idiotą pytającym o to, skąd ludzie mieliby prąd gdyby państwa nie było, już dawno zauważył, że po 10 kwietnia 2010 piszę inne rzeczy od tych, które pisałem wcześniej. No piszę inne teksty, bo jak niby mam pisać takie same, skoro stało się to, co się stało? A czy byłem zaskoczony tym, co się stało, czy może taki ze mnie twardziel i znawca życia, że wcale zaskoczony nie byłem? Otóż byłem zaskoczony, bardzo, ale po 10 kwietnia 2010 rzetelnie pracowałem i już mi to zaskoczenie minęło.

Bo wiecie, ja to bym chciał tylko czytać sobie filozofów, smakować sztukę, wódkę pić i prowadzić gaduły z kapitalnymi ludźmi, ale nie da się tak, jak ja bym chciał. Nie szukam kłopotów, nie latam za zmartwieniami, ale od jakiegoś czasu dobrze wiem, że kłopotów i zmartwień szukać nie trzeba, bo one przyjdą. Najlepsze co kiedykolwiek ktoś powiedział, to dla mnie to, co powiedział Jezus, mianowicie: - Dosyć ma dzień każdy swojej biedy (Mt 6,34). Rozumiecie, co Jezus mówi? Czy ktokolwiek kiedykolwiek powiedział coś lepszego?

***

Moim zdaniem trzeba słuchać i czytać Zybertowicza, który jest socjologiem i który mówi mnóstwo ważnych rzeczy, ale też trzeba słuchać i czytać Coryllusa, który w jednym zdaniu potrafi pokazać sedno sprawy, na przykład w takim zdaniu (mniej więcej, bo to nie jest cytat), że wedle planu pomyślanego ponad naszymi, polskimi głowami, nasza piękna Polska ma być komórką na niemieckie miotły. Tak to już jest, że jednym razem najlepszy jest naukowy wykład (jeśli chodzi o koty, to bardzo cenię sobie naukowe teksty traktujące o kotach, a lekce sobie ważę wszelkie bajki, które ludzie o kotach opowiadają - kiedyś dam o tym osobny tekst), a znowu innym razem najlepsza jest baśń albo sentencja, chociażby w rodzaju tych, jakie Dávila pisał.

***

Znalazłem takie coś:



fotka stąd

Jak ktoś rozumie, co powiedziano w tej tabelce, to mu niepotrzebni Mises, Hayek czy Nozick. Ale jak ktoś nie rozumie co w tabelce powiedziano, to mu Mises, Hayek czy Nozick nie pomogą.

poniedziałek, 23 lipca 2012

Trzeba przyjąć dogmat

Wojciech Sadurski napadł na Roberta Gwiazdowskiego, między innymi przyczepiwszy się tej oto wypowiedzi, którą dał Gwiazdowski:

Kiedy w stanie wojennym śledzili mnie na uniwersytecie jacyś ubecy, musieli się porządnie nachodzić, by czegokolwiek się o mnie dowiedzieć. A teraz urzędnik wpisuje do systemu mój PESEL i dowiaduje się o mnie wszystkiego. Mało tego, dziś sam na siebie muszę składać donosy: każe mi się wypełniać PIT, a jeśli cokolwiek przeoczę, urząd skarbowy nałoży na mnie karę.

Sadurski tę wypowiedź przytoczył i już na Gwiazdowskiego naskoczył pisząc:

Przykłady niegodziwości socjalistycznego państwa Prezydent Gwiazdowski mógłby dalej przytaczać. Oto np. w socjalistycznym sklepie samoobsługowym musi przy kasie składać na siebie donos, dotyczący tego, co kupuje, a jeśli coś przeoczy i zamiast do koszyczka, włoży sobie smakołyk do kieszeni, sklep albo jakiś urząd gotów na niego nałożyć karę.

W akcie czwartym, scenie trzeciej Hamleta jest taki dialog:

KRÓL
Hamlecie, gdzie Poloniusz?

HAMLET
Na kolacji.

KRÓL
Na kolacji? Gdzie?

HAMLET
Nie tam, gdzie on je, ale tam, gdzie jego jedzą
.

Po raz pierwszy czytałem Hamleta w podstawówce i moi kumple (niektórzy) też wtedy po raz pierwszy czytali Hamleta, i jakoś wszyscy rozumieli, że jest różnica między kolacją, podczas której ktoś coś je, a kolacją, w trakcie której tego kogoś jedzą. Wydaje się, że Sadurski powinien rozumieć, że jest różnica między sytuacją, w której ktoś musi oddać zarobione przez siebie pieniądze, a sytuacją, w której ktoś chce komuś innemu coś zabrać, na przykład poprzez kradzież towarów w sklepie. Tak się wydaje, ale Sadurski tego nie rozumie.

Sadurski nie rozumie podstawowych kwestii i już kiedyś o tym napisałem, cytując Wolniewicza:

W książce Bogusława Wolniewicza Filozofia i wartości, jest tekst zatytułowany W sprawie kary głównej, który zaczyna się tak:

Z powodu mojej wypowiedzi o karze śmierci ("Życie", 30 stycznia 2001) nieznany mi skądinąd p. Wojciech Sadurski próbuje mnie oczernić ("Rz", 1 lutego 2001). Uraziło go moje zdanie, że przeciwnicy tej kary niszczą ludzkie poczucie sprawiedliwości i stają się przez to współwinni narastającej fali zbrodni. (...) Sadurski pyta mnie retorycznie, czy "ci, którzy się sprzeciwiają cenzurze obyczajowej czasopism, są współwinni demoralizacji nieletnich" - jakby nie rozumiał, że oczywiście są. Może naprawdę nie rozumie, mniejsza z tym
.

Moim zdaniem Sadurski naprawdę nie rozumie, ale zgadzam się z Wolniewiczem, że mniejsza z tym. Nas nie powinny obchodzić poziom intelektualny i poziom moralny całego tego lewactwa, bo raz na zawsze powinniśmy przyjąć za dogmat, że lewactwo to jest klasa ludzi niekumatych i szkodliwych (nie mówię o takich ludziach jak Mao, bo Mao był prawdziwym władcą, cholernie kumatym człowiekiem, który umiał tak zrobić, że nawet Kissinger co chwilę latał z USA do Chin i z powrotem, bo Mao sobie wymyślił, że zada szyku na arenie międzynarodowej i sprowadzi Nixona do Pekinu; no i sprowadził; a po tym, jak 25 października 1971 w Organizacji Narodów Zjednoczonych przegłosowano, że Pekin zastąpi Taipei w ONZ-cie, Mao przeglądał wyniki głosowania i żartując ze swoimi dyplomatami powiedział: - Wielka Brytania, Francja, Holandia, Belgia, Kanada, Włochy - oni wszyscy stali się hunwejbinami).

Nie mówię zatem o ludziach pokroju Mao, tylko o tych wszystkich lewackich biedach, które pośród innych osobliwości kultywują ideę utylitaryzmu. Każdy normalny człowiek wie, że utylitaryzm to jedna z największych głupot, jakie wymyślili ludzie i że jeśli człowiek chce rzetelnie stać na pozycjach utylitarnych, to musi zrezygnować z logiki i tego, co powszechnie określa się mianem doświadczenia życiowego.

Utylitarne lewactwo bardzo ceni sobie życie, do tego stopnia je ceni, że jest za zakazem kary śmierci, nawet w przypadku ludzi, którzy zamordowali kilkudziesięciu innych ludzi. Utylitarne lewactwo do tego stopnia ceni sobie życie, że jest za tym, aby każdy mógł wybrać moment swojej śmierci i żeby miał prawo do tego, aby inni ludzie go zabili. Utylitarne lewactwo jest za eutanazją, a więc za tym, żeby jedni ludzie mogli zabijać innych ludzi, czyli za tym, żeby jedni ludzie mogli decydować o swoim życiu i swojej śmierci, a drudzy ludzie mogli tych pierwszych zabijać, jeśli ci pierwsi o to poproszą, a jednocześnie to samo utylitarne lewactwo utrzymuje, że człowiek nie powinien mieć prawa do decydowania o tym, co zrobi z całością zarobionych przez siebie pieniędzy. Utylitarne lewactwo nie widzi różnicy między kolacją, na której ktoś coś je, a kolacją, na której tego kogoś jedzą.

Utylitarne lewactwo jest przeciwko karze śmierci, a zatem przeciwko zabijaniu dorosłych ludzi za to, że ci zamordowali innych ludzi, a jednocześnie chce, aby ludzie mieli prawo zabijać malutkie dzieci w łonie matki.

W roku 1997 Ronald M. Green opublikował atrykuł zatytułowany Parental Autonomy and the Obligation Not to Harm One's Child Genetically (Journal of Law, Medicine & Ethics, 25, 5-15), który to artykuł został opublikowany po polsku pod tytułem Autonomia rodziców a obowiązek niewyrządzania genetycznej szkody swoim dzieciom w książce Początki ludzkiego życia wydanej w roku 2010 przez Universitas. W swoim tekście Green opisuje dwa, jak to nazywa, prowokujące przypadki, z których pierwszy jest przypadkiem hipotetycznym, klasycznym w literaturze przedmiotu (tekst Greena jest z roku 1997 i nie mam pojęcia, jak dzisiaj wygląda sytuacja w dziedzinie, do której można zakwalifikować pierwszy przypadek, ale to nie ma istotnego znaczenia).

Pierwszy przypadek jest taki, że mamy głuchych małżonków, którzy odziedziczyli głuchotę po swoich rodzicach. Kobieta zachodzi w ciążę i małżeństwo odwiedza konsultanta genetycznego, chcąc, aby ów konsultant poddał płód badaniom na obecność "genu głuchoty". Konsultant przeprowadza badania, których wyniki pokazują, że płód jest głuchy, w związku z czym konsultant stwierdza, że sprawa jest oczywista i że jak najbardziej głuche dziecko nadaje się do wyskrobania. A wtedy rodzice mówią, że nie, że jest na odwrót - oni chcą głuchego dziecka, bo przy głuchym dziecku, takim, jak oni sami, będą czuć się swobodniej, natomiast wyskrobaliby dziecko słyszące.

Drugi przypadek jest prawdziwy. Idzie o achondroplazję, czyli, mówiąc najogólniej, chorobę dziedziczoną autosomalnie dominująco i powodującą karłowatość. No i było małżeństwo, które zleciło badania swojego płodu. Ci ludzie od razu powiedzieli, że kobieta urodzi tylko dziecko karłowate, natomiast dziecko zdrowe wyskrobie.

Jeśli ktoś do dzisiaj myślał, że wszystkie te badania są po to, żeby, wedle ideologii utylitarystycznej, skrobać dzieci chore w celu zaoszczędzenia im cierpienia, niech wyłączy kompa,  telewizor i komórę, niech otworzy butelkę wódki i pomyśli wieczorem nad tymi dwoma opisanymi przypadkami. I niech spróbuje rzetelnie znaleźć odpowiedź na pytanie o to, po co są te badania.

Na koniec powtórzę - nas nie powinny obchodzić poziom intelektualny i poziom moralny całego tego lewactwa, bo raz na zawsze powinniśmy przyjąć za dogmat, że lewactwo to jest klasa ludzi niekumatych i szkodliwych. Kto tego nie przyjmie za dogmat, ten przegra mecz zanim sędzia zagwiżdże po raz pierwszy.